 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Wspomnień czar...
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 14/02/09 22:53 Temat postu: |
|
|
Historia w historii...
Historia, ta oficjalna... poprawna pod każdym względem, opisywana w podręcznikach i dziełach historycznych zawsze posiada drugie dno. Tym drugim dnem są fakty przez tą oficjalna przemilczane. Najczęściej różni się ona od tej opowiadanej przez pryzmat własnych doświadczeń. Historyk-profesjonalista (szczególnie młodszego pokolenia) opiera swoja wiedzę historyczną na dokumentach. Dokumenty zaś są suchym zapisem wydarzeń, które należy zinterpretować. I w tym momencie następują uogólnienia, a często konfabulacja wykoślawiająca wiedzę historyczną u potomnych. Dlatego obraz pewnych wydarzeń mimo wysiłku wyobraźni umyka ze sceny historycznej tych, którzy bezpośrednio nie doświadczyli oglądania historii.
Ten przydługi wstęp ma na celu wyjaśnienie mojego podejścia do tematu, który poniżej prezentuję. Dotyczy on pewnych wydarzeń na Sielcach między 1946 a 1950 rokiem. Są one przyczynkiem do późniejszych zmian w skali kraju. Zmian ustrojowych niechlubnie zapisanych w naszej historii, a zwanych „okresem stalinowskim”.
Na Sielce „wielka polityka” do świadomości dziecka wkraczała poprzez rejestrowanie faktów dnia codziennego. W domu przez wsłuchiwanie się rozmowy dorosłych – a rozumieliśmy wiele, choć nie wszystko. Również poprzez zmiany w szkole. Zmiany w zachowaniu ludzi z naszego otoczenia i ich losy, których historia nie zauważyła.
Zacznę od koszar na Podchorążych. Wojsko... Nikt nie mówił „ludowe”. To było „nasze” wojsko... polskie. Rano z koszar dobiegał chóralny śpiew „Kiedy ranne wstają zorze...” Punktualnie, jak w zegarku. Zaś wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy...” niosło się nad okaleczonymi przez wojnę Sielcami. W niedzielne poranki całymi kompaniami maszerowali do kościoła na Chełmskiej. Przez kilka lat koszary żywiły uboższą okoliczna ludność. Do dziś pamiętam smak grochówki i krupniku, po który z garnkami i puszkami biegaliśmy w czas obiadu do koszar. To było nasze wojsko... Do czasu, gdy w miejsce „kościuszkowców” wprowadzono KBW. Tak gdzieś około 1950 roku...
Szkoła też była widownia zmian. W pierwszych powojennych latach w naszej szkole były lekcje religii. Nikt się od nich nie uchylał. Intuicyjnie wyczuwaliśmy właściwa postawę wobec „ruskiej” władzy. Jakikolwiek był w rodzinach stosunek do religii – takie były wymogi czasu i takie postawy. Też do czasu... Katechetami był ksiądz, zakonnica... Przynajmniej raz na tydzień inspekcja w czasie lekcji. Na żadnych innych lekcjach, tylko na religii. Zniknął ksiądz i zakonnica i... otrzymaliśmy cywilnego katechetę. Tłukł nas po głowach kantem drewnianego piórnika, nadrywał uszy... Były skargi rodziców. Oburzenie, i co?... Zniknął „katecheta” zwyrodnialec oraz lekcje religii na „życzenie rodziców”. Metody ludowej władzy prymitywne... ale skuteczne propagandowo.
Około 1950 roku wprowadzono nowy przedmiot nauczania. „Nauka o konstytucji”. Była nawet książka – zbiór frazesów i wzorów życia z radzieckiego „raju”. Nauczycielką była uszminkowana i „wytapetowana” gruba baba bez kwalifikacji pedagogicznych, chwaląca się do nas – dzieci, tym że wydała w ręce NKWD swojego męża „bandytę” z AK. Pochodziła z Wileńszczyny. Wzorem dla nas miał być Pawka Korczagin... Jaki to miał być wzór – ciekawych odsyłam do źródeł traktujących o „bohaterach” młodzieżowych w Związku Radzieckim. Wprowadzono codzienne apele przed rozpoczęciem lekcji, na których obowiązywało odśpiewanie hymnu radzieckiego. Wściekła biegała zadyszana wzdłuż korytarza chcąc wyłowić tych, którzy „fałszowali”. A dzieciarnia podzielona na klasy wyła, każda na swój sposób. Szczytem jej pedagogicznych „kwalifikacji” było rekrutowanie klasowych kapusiów. Z nich to zwerbowała kilku do pracy w UB. Po rozdaniu świadectw z końcowej 7 klasy, zaprosiła wybranych do knajpy „jako dorosłych” na alkoholową libację w towarzystwie typów z UB. Niemożliwe? Możliwe. Miałem kiedyś kolegę, który padł ofiarą jej zakusów. Opowiadał mi z detalami. Chwalił się, że dostaje co miesiąc paczki żywnościowe „unrowskie”. Po miesiącu biegał z „TT-ką” za paskiem z poleceniem obserwację jakiegoś domu na Promenadzie... Wsiąkł na całe życie i marnie skończył. Ale on nie był z nas... Nie był z Warszawy. Z jakiegoś miasteczka na Podlasiu.
Były i inne oznaki nadciągającej nocy.... Zjednoczenie PPS-u z PPR-em odbywało się przez szykany i tortury. Zlikwidowano siedzibę PPS na Stępińskiej. Nasza sąsiadka – działaczka PPS-u po torturach w UB zmarła. Inna sąsiadka, której brat był „w lesie” szykanowana popadła w chorobę nerwową. A w „szkole partyjnej” (obecnie szpital przy Stępińskiej) może w piwnicach zachowały się ślady „edukacji”...
Ludzie zaczęli się przyglądać sobie uważniej...
Tyle „polityki” zapamiętanej przeze mnie na Sielcach tamtych czasów. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Zofia Stały użytkownik

Dołączył: 09/01/09 15:36 Posty: 15 Skąd: Sielce
|
Wysłany: 14/02/09 23:26 Temat postu: |
|
|
Opowidz proszę jeszcze więcej o ludziach. Jacy byli, jak się mieszkało w latach 50 i 60 -tych.
Bardzo mnie interesuje kim byli ludzie którzy zasiedlali nowoczesne na ówczas "luksusowe osiedle robotnicze" przy Gagarina które powstało w latach 50 -tych. Byli to miejscowi czy przyjezdni (jeśli tak to z innych dzielnic czy spoza Warszawy ?). Prawdziwi robotnicy czy wręcz przeciwnie, osoby nobilitowane w tamtym okresie ? |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 14/02/09 23:54 Temat postu: |
|
|
OK Zofio.... w następnym poście. Jeśli Cię to ciekawi... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 17/02/09 0:52 Temat postu: |
|
|
Przepraszam Zofio... To nie ten temat. Będzie w następnym...
„aż mnie świerzbi moje pióro wyśmiać cnotę poniektórą...”
To tak na wstępie. Odnosi się do postów w innych tematach traktujących o nazewnictwie. Sprawa smutna i zarazem irytująca. Irytująca ponieważ ustalenia historyczne jednoznacznie wskazują na Sielce. Można dla rozrywki wieść spory o granice Sielc, ale nie o ich nazwę. Smutna ponieważ poniektórzy chcieliby przypisać Sielcom nazwę „Czerniaków”. Nazwa traktu wiodącego na Czerniaków, czyli ulica Czerniakowska, nie oznacza że teren przy niej położony należy do Czerniakowa. Tak jak Radzymin nie zaczyna się przy pomniku „śpiących”. Kiedyś mówiło się że ktoś mieszka przy Czerniakowskiej i zaraz precyzowano miejsce: „Czerniakowska przy Powislu...”, „Czerniakowska przy Sielcach...” dla sprecyzowania adresu. Nikt nie chciał aby przypisywano mu miejsca zamieszkania jako „Czerniaków”. Tym bardziej na Sielcach. Z prostej przyczyny. Czerniaków znany był jako siedlisko biedy, bandytyzmu i prowincjonalności. Nikt nie chciał uchodzić za „oprycha” czy „żula” z Czerniakowa. W pewnym okresie „polityki kulturalnej” PRL-u zaczęto lansować „ludowość” i „plebejskość” Warszawy. Odnaleziono Grzesiuka i włączono go do folkloru. W czasach mojego dzieciństwa na Sielcach znali go jego sąsiedzi z Tatrzańskiej i nie traktowali jako idola. Sława przyszła później, gdy zaczęły znikać środowiska ówczesnych „dresiarzy” i z ciekawością wsłuchiwać się w „romantyzm” czerniakowskich oprychów. Jeżeli ktoś rozumie o czym piszę, powinien sięgnąć do pokrewnego tematu o praskich Szmulkach i parterowym Targówku. A gdy chce posmakować autentyzm tamtych czasów polecam lekturę „Pitawalu Warszawskiego” z lat przedwojennych. Sielce nigdy nie były „ubogą krewną” ani Mokotowa, ani Czerniakowa. Takie zbitki pojęciowe powstawały w rozumowaniu ludzi niewiele wiedzących o Sielcach i ich mieszkańcach. Fakt – Sielce nie były miejscem zamieszkania elit. Przy głównych Sieleckich traktach skupiała się piętrowa zabudowa. W centralnej części przewaga parterowa. Przed wojną przemysł tam lokalizowany miał dać szansę na rozwój i dobrobyt mieszkańców. Nie zdążono... Wojna pogrzebała nadzieje pozostawiając zniszczenia i ruinę. W czasach PRL-u, gdy rozglądano się za dogodnymi terenami pod budownictwo mieszkaniowe, przypomniano sobie o Sielcach. I tak przeobrażały się z „brzydkiego kaczątka” permanentnej niemożności awansu do rangi warszawskiej dzielnicy współczesne Sielce. Dawni mieszkańcy wyburzanych ruder otrzymywali mieszkania w innych dzielnicach, niektórzy odchodzili sami... Powinniście być dumni ze swoich Sielc, bez względu czy mieszka wśród Was poznaniak, krakus czy badylarz z Pipidówka.
Czy „lepszym” sielczaninem jest ten kto urodził się w nowych blokach na Sielcach w czasach wielkich migracji „mieszkaniowych”? Czy ten który spędził na Sielcach tylko dwadzieścia lat. Lat dzieciństwa i młodości? Bo tak naprawdę nie urodziłem się na Sielcach. Trafiłem tu z rodziną z powojennej tułaczki. Moje miejsce urodzenia to Krochmalna na Woli. Cztery domy przed knajpą „Taty Tasiemki”.
Więc pozdrawia Was chłopak z Woli... były sielczanin. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 17/02/09 14:04 Temat postu: |
|
|
O warunkach życia na Sielcach powojennych można napisać wiele. Więcej niż pomieściłby jeden post. Z tych oczywistych względów odpowiem tylko na konkretne zapytania. A więc Zofio... w wielkim skrócie i uproszczeniu wyglądało to tak...
Zasiedlanie Sielc następowało w miarę powrotu rozproszonych po świecie warszawiaków. Już w lutym 1945 roku ciągnęły tłumy przez most pontonowy od strony Pragi. Od strony zachodniej Warszawy nieregularne połączenia kolejowe zwoziły zebranych po drodze tych, którzy po Powstaniu zostali wysiedleni. Wracali do swoich domów. A częściej do miejsc. Wracali ci, co przeżyli. Ci, którzy mogli wrócić. Na Sielce wracali dawni mieszkańcy i mieszkańcy innych dzielnic Warszawy. Każdy szukał miejsca gdzie znajdował jakiś lokal... po prostu „dach nad głowa”. I z tej ogólnowarszawskiej mieszanki powstawało społeczeństwo mieszkańców Sielc. O warunkach zamieszkania i życia w świetle współczesnych standardów – dno. Stopniowo ruszyła elektrownia na Powiślu, potem wodociagi... Pierwsza zapalona żarówka i pierwsza woda w kranie dawały nadzieje. Oczywiście warunki mieszkaniowe były zróżnicowane w zależności od lokalu który się zajmowało. W części Sielc założono nieistniejącą do tego czasu kanalizację. Ruszyła również gazownia. Zaświeciły się latarnie gazowe na Podchorążych. I tak stopniowo z roku na rok, w dość szybkim jak na „warunki wyjściowe” zmieniały się Sielce i jakość życia ich mieszkańców. Po 1950 roku nastąpiło „planowe” zasiedlanie w nowo budowanych blokach przez administrację „resortów”. Szczególnie dwóch – UB i wojsko. Tworzyły one swoiste „getta”. Pierwsze z nich znajdowało się w odremontowanych po spaleniu domach między Parkową a Belwederską. W większości zamieszkiwali tam funkcjonariusze nowej „administracji centralnej”. Następnym, zwanym „gettem ubowskim” był kompleks nowo wybudowanych bloków (budowanych przez jeńców niemieckich) w okolicach ulicy Badowskiej i Baniowskiej. O wyposażeniu „pod klucz” mieszkań w tych domach krążyły po okolicy legendy. To była własnie ludność napływowa. Z zewnątrz. Nie warszawiacy. Ale oni nie zmienili charakteru Sielc. Za bardzo się izolowali od otoczenia dla własnego bezpieczeństwa. Innym miejsce resortowych zasiedleń były dwa nowe bloki na Stępińskiej między Bończą a Podchorążych,. Będące pod administracja wojskową.
Prawdziwym „ciosem” w serce Sielc było przebicie trasy miedzy Belwederską a Czerniakowską – ulica Gagarina z linią tramwajową. Od tego momentu Sielce utraciły swą sielankową zaściankowość i stały się placem budowy na całym swoim obszarze. I to był koniec starych Sielc. Z tzw. perspektywy czasu w mojej ocenie – wyszło na dobre ... i mieszkańcom i Sielcom jako dzielnicy.
Jeszcze słówko o pewnej kategorii mieszkańców „nowych Sielc” z tamtych czasów. Oczywiście że istniały kryteria polityczne lub przynajmniej „lojalnościowe” w przydziale nowych mieszkań. Byli to mieszkańcy rzadziej z innych dzielnic Warszawy a raczej z „prowincji”. To oni zaczęli lansować „mokotowskość” Sielc. Dzielnica zamieszkania dla tych „elit” była bardzo ważna. Jak powiedzieć swoim znajomym, że się mieszka na jakichś tam Sielcach, których nazwa może się kojarzyć z ich rodzinna wiochą? Mokotów – to brzmi dumnie... A i Rada Narodowa z Mokotowa swoim zasiegiem obejmowała i Sielce. Więc lepiej brzmiało – „dolny Mokotów”. Więc nie dajcie się Sielczanie zwieść argumentom odradzającej się frakcji „Sielczan z dolnego Mokotowa”.
Innym pokrewnym tematem do wspomnień może być zasiedlanie MDM-u, gdzie nowi lokatorzy hodowali świnie w łazienkach i kury na balkonach. Gdzie dębowe, eleganckie parkiety malowano farbą olejną. Czasy gdy ludność napływowa zmieniała charakter i styl Warszawy. Gdy wysiedlano na zsyłkę, na Ziemie Zachodnie jak do kolonii karnych „nieprawomyslnych” warszawiaków bez prawa powrotu. Wiele jest tematów o sprawach zapomnianych. Często bolesnych. Dobrze że czas leczy wszystko... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Zofia Stały użytkownik

Dołączył: 09/01/09 15:36 Posty: 15 Skąd: Sielce
|
Wysłany: 17/02/09 15:53 Temat postu: |
|
|
Bardzo dziękuję za rozwinięcie tego wątku.
Mam nadzieję że kiedyś pojawi się okazja aby poznać Pana osobiście.
Pozdrawiam
Zofia |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 17/02/09 16:24 Temat postu: |
|
|
Też mam taka nadzieję Pozdrawiam _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
rwawrzycki Aktywny użytkownik


Dołączył: 12/01/09 12:06 Posty: 50 Skąd: Turecka 2
|
Wysłany: 19/02/09 0:42 Temat postu: |
|
|
no i prosimy o więcej oczywiście  _________________ Pozdrawiam,
Rafał Wawrzycki |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 20/02/09 18:50 Temat postu: |
|
|
Belwederska (1945-52)
Od strony p;. Unii dochodziło się do Belwederskiej na skróty tzw. „czarną drogą”. Usypana z czarnego żużlu służyła tylko dla pieszych. Zaczynała się na wysokości ul. Goworka i kończyła przy Belwederskiej przed ogrodzeniem stacji kolejki wilanowskiej. Sama stacja (krańcowa) była normalnym dworcem dla pociągów, tyle że w miniaturze. Posiadała jeden peron i dwa tory z których korzystały mijając się pociągi – jeden wjażdzał na stację, inny wyjeżdzał korzystając dalej z jednego toru aż do kolejnej „mijanki” która znajdowała się za zakrętem w kierunku Czerniakowskiej przy „fortach” (kanał). Stacja posiadała budynek z poczekalnia i kasą. Skład pociągu to trzy albo dwa wagony starego typu z otwartymi pomostami i parowozem. Pod koniec swojego istnienia parowozy zamieniono na lokomotywy spalinowe zwane „motorki” ciągnące dwa „nowoczesne pulmany”. Tor biegły zachodnia stroną Belwederskiej do Chełmskiej, następnie wschodnia stroną Królewskiej Drogi czyli Sobieskiego aż do wymienionych „fortów” gdzie skręcały w Czerniakowską w kierunku Wilanowa. Trasa kolejki kończyła się w Konstancinie-Jeziorna. Był czas gdy trasę tą obsługiwały równolegle kolejka i linia autobusowa do Wilanowa, bodajże „103”. W „godzinach szczytu” czyli rano i popołudniu obie trakcje obsługiwały dojeżdżających do pracy. Zarówno kolejka jak i autobusy były nieprawdopodobnie zatłoczone. Pasażerowie kolejki oblepiali wagoniki jak winogrona. Zdarzały się wypadki.
Teren przy Belwederskiej od Spacerowej (ulica brukowana w fatalnym stanie) do Zajaczkowskiej to zakrzaczone gruzowisko. Pośrodku tego odcinka znajdowała się przy torach kuźnia do której chodziliśmy zbierać zużyte hacele do gry w „ciupy”. Za kuźnią, w kierunku Puławskiej stał wśród krzewów bzu i kilku drzew owocowych domek „babci”. Mieszkała w nim starsza kobieta uprawiająca przydomowy warzywnik. Przy ul. Zajączkowskiej stał tylko jeden na pół zrujnowany, ale zamieszkały, pietrowy dom z czerwonej cegły. Narożne budynki przy Belwederskiej i Pogodnej znaczyły tylko sterty gruzu.
Belwederska miała nawierzchnie asfaltową w fatalnym stanie. Wąska z poboczami brukowanymi. U wylotu Podchorążych do Belwederskiej, po stronie Parkowej stał wypalony i częściowo zrujnowany budynek w którym od strony Belwederskiej znajdował się pierwszy sklep spożywczy w tym rejonie Sielc.
Po przeciwnej, narożnej stronie Podchorążych znajdowały się dla mnie bardzo tajemnicze budowle. Widać było jakby wieże małego kościoła i szare ponure budowle wśród drzew. Znajdowało się tam prawdopodobnie jakieś zgromadzenie sióstr. Był czas gdy z talonem na zupę chodziłem z bańką do tych właśnie budynków. Obsługiwały zakonnice. Mówiło się o „zupie z RGO”. Dla nieświadomych tego skrótu przypomnę – „Rada Główna Opiekuńcza”. To ona żywiła nas w obozie w Pruszkowie po upadku Powstania.
Dalsza część Belwederskiej tamtych czasów w następnym poście
Nie mogę pisać takich długich... bo Admin da mi „po łapach”... i będzie miał racje
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Jamad Aktywny użytkownik


Dołączył: 26/02/07 0:48 Posty: 70 Skąd: Prawie Sielce - 2 km od PeKiNu.
|
Wysłany: 21/02/09 0:25 Temat postu: |
|
|
| Budrys napisał: | Belwederska (1945-52)
...
Dalsza część Belwederskiej tamtych czasów w następnym poście
Nie mogę pisać takich długich... bo Admin da mi „po łapach”... i będzie miał racje
Pozdrawiam. |
Pisz Budrys. Admin pewnie zaczytuje Twoje posty z zapartym tchem . _________________ Pozdrawiam
[||==||][==||==||] |
|
| Powrót do góry |
|
 |
globus Aktywny użytkownik


Dołączył: 12/11/07 21:34 Posty: 57 Skąd: Sielce
|
Wysłany: 21/02/09 23:52 Temat postu: |
|
|
Budrys Wielkie Dzięki za Twoją fotograficzną pamięć.
Życzę zdrowia i proszę o więcej |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Xawery Ekspert

Dołączył: 09/09/07 17:41 Posty: 122 Skąd: Warszawa Sielce
|
Wysłany: 22/02/09 1:25 Temat postu: |
|
|
| Budrys jesteś wspaniały. Czekamy na dalsze informacje o Sielcach. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 23/02/09 21:30 Temat postu: |
|
|
Belwederska (c.d.)
Chciałbym wyjaśnić pewną bardzo istotną sprawę odnośnie Sielc tamtych czasów. Opisy dotyczą tylko Sielc i nie dotyczą Warszawy jako całości. Dotyczą terenów pozostających na uboczu wydarzeń politycznych i gospodarczych Warszawy tamtego okresu. Gdy Sielce na długi okres popadły w zaściankowość, Warszawa już od samego początku powrotu do miasta jej mieszkańców tętniła życiem. W ciągu niespełna dwóch lat uporano się ze zwaliskami gruzu, działała infrastruktura miejska, jeździły tramwaje, funkcjonowały niektóre teatry, kina... Aprowizacja działała, choć nieco kulawo. Była tzw. „parterowa” Marszałkowska na której znajdowały się sklepy, ruch na ulicach Śródmieścia był nie mniejszy niż przed wojną. Tak wyglądał 1947 rok w Warszawie. A na Sielcach?.... Spokój i cisza, jakby zapomniane u boku gwarnej Puławskiej. Czasami, by łyknąć „wielkiego świata” Warszawy wyprawialiśmy się na Puławska by jeździć na tramwajowym „cycku” miedzy pl. Unii a Dworkową... Do czasu... Gdy „atrakcje” te wyparły inne. Otwarto kino „Moskwa” na Puławskiej i „Stolica” na Narbutta. Seanse filmowe dla dzieci i młodzieży w tych kinach – tak zwane „poranki” kosztowały 1 zł 20 gr. To była cena 2,5 biletu tramwajowego. A filmy... różne, ale oczywiście produkcji radzieckiej. Nachalna propaganda nie trafiała do serc i umysłów młodocianej widowni. Dla nas kino... to kino. Im bardziej treści propagandowe zawierał film, tym bardziej traktowaliśmy go jako śmieszne. Pamiętam scenę z filmu „Maksim z kołchozu :Zorza:”... młody kołchozowy kierowca biegnie do pięknej traktorzystki i oświadcza się jej... „Olgo Iwanowna, ja was lublu i waszu maszynu toże...”... cała sala ryczała ze śmiechu... A przy scenie gdy obdarowuje go komsomolskim pocałunkiem i obraz na ekranie matowieje by nie zgorszyć widza, sala kwituje tupaniem i wrzaskami „puść to ciało!”... Inną chybioną akcją propagandową była w Warszawie wystawa „Oto Ameryka” w pomieszczeniach Arsenału. Szkoły warszawskie miały obowiązek zwiedzania tej wystawy. Więc stały przed Arsenałem tłumy dzieciarni i dorosłych by zobaczyć „wredne oblicze amerykańskiego imperializmu”. A w środku... witała wchodzących muzyka jazzowa... gabloty z wyposażeniem amerykańskich szpiegów... zdjęcia amerykańskich żołnierzy w Korei... amerykańska moda... w oddzielnym pomieszczeniu można było zobaczyć urywki filmów „kowbojskich”... Organizatorzy zafundowali Warszawie nie lada frajdę!... Komentarze zwiedzających pełne zachwytu i podziwu. W krótkim czasie wystawę zamknięto. Ale komuniści zafundowali tą wystawą modę na „bikiniarzy”....
Rozgadałem się... wrócę do tematu „Belwederska” następnym postem...
Pozdrawiam.
Kto chce posmakować atmosferę tamtych czasów polecam „Złego” Tyrmanda. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
gb Stały użytkownik

Dołączył: 20/01/09 22:20 Posty: 22
|
Wysłany: 24/02/09 0:23 Temat postu: |
|
|
| Budrys napisał: | Belwederska
Po przeciwnej, narożnej stronie Podchorążych znajdowały się dla mnie bardzo tajemnicze budowle. Widać było jakby wieże małego kościoła i szare ponure budowle wśród drzew. Znajdowało się tam prawdopodobnie jakieś zgromadzenie sióstr. Był czas gdy z talonem na zupę chodziłem z bańką do tych właśnie budynków. Obsługiwały zakonnice. Mówiło się o „zupie z RGO”. Dla nieświadomych tego skrótu przypomnę – „Rada Główna Opiekuńcza”. To ona żywiła nas w obozie w Pruszkowie po upadku Powstania.
|
Ta tajemnicza budowla mieściła się tam gdzie obecnie Uniwersus. W Gazecie Stołecznej był na ten temat kiedyś tekst ale nie potrafię go obecnie odszukać.
Czy kojarzysz też inne zabudowania wzdłuż Belwederskiej? Chodzi mi o wille w trójkącie ulic Belwederska, Podchorążych, Sułkowiecka. Podobno pod numerem Belwederska 18 (obecnie restauracja) mieściła się główna siedziba KGB na Polskę. Również ciekawi mnie okolica ul Tureckiej (w innym temacie już pisałeś o budynku z apteką).
Mam też pytanie kompletnie z innej beczki. Związane także z Wolą i ul. Krochmalną. Czy masz jakieś wspomnienia związane z browarami w Warszawie (Haberbusch i Schiele) bądź rozlewniami piwa? Na Sielcach rozlewnie były w okolicach ul. Dolnej, Pytlasińskiego i Chełmskiej. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 24/02/09 16:28 Temat postu: |
|
|
Belwederska - zakończenie
Pora zakończyć temat Belwederskiej. Miały być luźne wspomnienia a zaczyna się robić pamiętnik... Belwederska to przede wszystkim „ciuchcia”. Kolejkę wilanowską nazywano tak nawet gdy zastąpiono parowozy „motorkami”. Wtaczała się na Belwederska w kłębach pary i dymu. Sapiąc i niekiedy gwiżdżąc z mozołem ciągnęła wagoniki oblepione pasażerami do granic możliwości. Rano wiozła „ludzi pracy” na warszawskie budowy, handlarzy na mokotowskie bazary i... szmuglerów. Tradycja nielegalnej aprowizacji z czasów okupacji na linii wilanowskiej funkcjonowała jeszcze kilka lat. Wiązało się to z kontrolą państwa nad produkcja rolną i „obowiązkowymi dostawami” dla państwa. Ubój w gospodarstwach rolnych bez wiedzy odpowiedniego urzędu był nielegalny. Stąd pokątny handel wyrobami mięsnymi. Zdarzało się obserwować jak z tłumu wiszących na pomostach wagoników wypadały jakieś worki, paczki... Widocznie na docelowej stacji pod Belwederem były jakieś kontrole. Więc towar wyrzucano wcześniej w umówionym miejscu. Miejscem tym były okolice Grottgera. Gdy kolejka oddaliła się jacyś ludzie podbiegali i zbierając w pośpiechu worki znikali miedzy domami na Grottgera. Bardzo mnie ciekawiło ci jest w tych workach. Ciężkie, że dwóch mężczyzn musiało je dźwigać. Dowiedziałem się przez przypadek, gdy jeden z worków rozerwał się przy upadku. Kiełbasa.... pęta świeżo wędzonej kiełbasy.
Zdziwienie współczesnych może dziwić fakt, że dla mnie i moich kolegów atrakcja nie była sama „ciuchcia” ale... dym z parowozu. Mieszanina pary, sadzy i gorącej oliwy tworzy niezapomniana mieszankę zapachów. Kto nie podróżował pociągiem z parowozem – wiele stracił. Dziś to prawie niemożliwe. Powoli snujący się po Belwederskiej dym z parowozu nastrajał do marzeń o podróżach i jakichś niejasnych wspomnień...
Belwederska miedzy Grottgera a Promenadą to przede wszystkim otwarty teren porośnięty wysokim zielskiem z dwoma sadzawkami w których topiono różne śmieci. Poprzecinany ścieżkami wydeptanymi przez okolicznych mieszkańców. Nas, chłopców ze Stępińskiej, Górskiej i Bończej nie interesował specjalnie jako teren dziecięcej „eksploracji”. Mieliśmy swoje, ciekawsze miejsca do zabaw. Jedynie zimą Promenada stawała się atrakcyjniejsza. A to za przyczyną skarpy z której ślizgawki ciągnęły się aż do połowy Grottgera. Zjeżdżało się na „byle czym”, Czyli na kawałku blachy, deski czy wprost na pupie... Lodowe rynny stanowiły różne poziomy trudności. A zimy wówczas były że hoho...
Promenada i Dolna stanowiły wspólny kompleks budynków. Gdy się mówiło o chłopcach z Promenady miało się na mysli również chłopców z Dolnej.
Inna atrakcja – to fabryka eteru. Ogrodzona, szczelnie zamknięta zdradzała swą produkcję zapachem. Z południowym wiatrem zapach niósł się aż do Tureckiej.
Dalej za Dolną Piaseczyńska, przy której z rzadka znajdowały się liche gospodarstwa warzywne. Odwiedzałem jedno z nich gdzie mieszkał mój kolega. Głównym obiektem do zabawy był betonowy bunkier ze strzelnicami i zardzewiałym karabinem maszynowym. Znajdował się on na terenie uprawianym po brukselkę... Poniewierające się niemieckie hełmy w których gospodarze nasiadywali kury. I pola... łąki aż hen po „forty”. Ale „forty” to oddzielny temat.
Wracając na Belwederską do tajemniczego trójkąta Sułkowicka – Podchorążych – Belwederska... Rzeczywiście budynek na styku Sułkowickiej z Belwederską był obsadzony przez Rosjan. Nigdy nie wiedzieliśmy co w nim się działo. Czasami tylko jacyś oficerowie przyjeżdżali lub wyjeżdżali. Po wewnętrznej stronie ogrodzenia pilnowali uzbrojeni sowieccy żołnierze. Gdy zatrzymywaliśmy się przy ogrodzeniu przepędzali nas: „uchadi... uchadi...”. Budynek (willa?) był koloru czekolady... Dostrzegłem go na jednym ze współczesnych zdjęć i rozpoznałem. Być może że gospodarzem tego obiektu było NKWD, bo KGB to ta sama „firma” tylko z późniejszego okresu.
Co do aptek, to było ich dwie... jakie pamiętam. Jako pierwsza to apteka na Puławskiej przy pl. Unii. Druga na Belwederskiej w ostatnim domu przed skręcającą Parkową. Przed tym (obecnie zamkniętym odcinkiem Parkowej przy której znajduje się hotel rządowy) a domem z apteką stała jeszcze jedna tajemnicza budowla. Odgrodzona wysokim murem mała willa. Ciekawili nas jej mieszkańcy. Niestety nigdy nie udało się nam nikogo dostrzec.
Dla uzupełnienia panoramy ówczesnej Belwederskiej należy wspomnieć o transporcie, który w pierwszych powojennych latach odbywał się tą ulicą. Spacerową w dół do Belwederskiej (Spacerowa przebiegała trochę inna trasą) i dalej Podchorążych do Czerniakowskiej ciągnęły konne furmanki z gruzem z Mokotowa na „zwałkę” przy Bartyckiej. Byli to wynajęci przez BOS wozacy z podwarszawskich miejscowości. Było też kilku na Sielcach. M.in. na Górskiej i Sieleckiej. Transport konny był wówczas dość powszechny. Poczta miała swoje „furgony”. Podobnie piekarnie rozwoziły „furgonami” pieczywo do sklepów. Kuźnia przy belwederskiej, o której wspomniałem w innym miejscu miała pełne ręce roboty. Tylko niekiedy przejeżdżały Belwederską traktory, samochody osobowe i ciężarowe, niektóre pamiętające czasy okupacji... napędzane na „holzgas”. Taka była belwederska lat 1945-46. Pewnie pominąłem jakieś szczegóły... ale tak zawsze bywa...
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|