 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Wspomnień czar...
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 24/02/09 16:49 Temat postu: |
|
|
I jeszcze słówko dla GB o Woli.
Co prawda urodziłem sie na Krochmalnej... ale wspomnień z tego czasu nie mam. Może gdybym sie poddał hipnotycznej retrospekcji, może by sie cos znalazło. Natomiast z Haberbushem byłem "po sasiedzku". Przed Powstaniem mieszkałem na Łuckiej i posesję mojego domu oddzielał od browaru 3-metrowy mur. Opuściliśmy swój dom (mieszkanie) jako ostatni, tuż przed wejsciem Niemców na Wronią. Przez Norblina i Żelazną dostalismy sie do Śródmieścia,... do końca... na 63 dni. Pamietam że mówiło się o jęczmieniu z Haberbusha w czasie głodu. Wiem że teren browaru był bombardowany (przez kogo?). To bombardowanie było przed Powstaniem. Wyły syreny. Odłamki ponad murem odgradzajacym nas od browaru wpadały do piwnic przez okienka.
Tylko tyle. Niewiele i nieciekawie.
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
sp44L.113.272 Stały użytkownik

Dołączył: 05/04/07 14:00 Posty: 34 Skąd: z pogranicza
|
Wysłany: 25/02/09 16:33 Temat postu: |
|
|
| Budrys napisał: | | O warunkach życia na Sielcach powojennych można napisać wiele. (...) Z tych oczywistych względów odpowiem tylko na konkretne zapytania.(...) |
Jasne
Dlatego zapytowywuję nieśmiało o wspomnienia z tej części dzisiejszych Sielc, którą niektórzy zwą Dolnym Mokotowem, a ściślej z jego mniej elitarnych (niż np. Grottgera i Promenada) okolic, a mianowicie ul. Dolnej i Piaseczyńskiej. Moja własna pamięć nie sięga wstecz dalej niż do roku 1960.  _________________ były warszawiak  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 25/02/09 18:28 Temat postu: |
|
|
Niestety. Biała plama O Piaseczyńskiej wspomniałem w poprzednim poście, zaś z Dolną nie mam jakichś specjalnie ciekawych wspomnień. Róg Dolnej i Piaseczyńskiej w pietrowym, szarym budynku, do którego wchodziło się "z rogu" mieszkał mój szkolny kolega Henio S. Dolną biegaliśmy do kościoła św. Michała przy którym mieściła sie biblioteka i wypożyczalnia książek. Z Dolnej pamiętam "zakład". Chodzi o szpital psychiatryczny. Szary, ponury budynek wśród drzew za wysokim murem. Mijaliśmy go z ciekawościa i pewnym lękiem. Gdy wspinalismy sie na mur nigdzie nie widzieliśmy nikogo. Okna pozamykane i cisza, która dodawała grozy tej budowli. Tylko tyle. Niewiele.
Do Piaseczyńskiej dodam, że bardziej przypominała wiejska drogę mimo że brukowana (przynajmniej na pewnym odcinku). Domków niewiele, budowanych sposobem "gospodarczym". Około 200 m. od skrzyżowania z Dolną, po lewej stronie, znajdowało sie gospodarstwo "badylarskie" rodziców szkolnego kolegi Andrzeja B. Z jego terenu widać juz było "żółtą willę" na skarpie i drzewa okalajace "wojskowy" fort. Wojskowy w odróżnieniu od kanału po lewej stronie Sobieskiego zwanego "fortem".
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 25/02/09 18:29 Temat postu: |
|
|
Dla Zofii
Życie w pierwszych latach powojennych było skromne. Takie na jakie pozwalały ówczesne warunki. Sielce początkowo nie odbiegały od ogólnowarszawskich standardów tych dwóch lat 1945-46. Dystans do dzielnic centralnych, a nawet do Pragi jednak powiększał się z biegiem czasu. Zmiany następowały powoli i dopiero połowa lat 50-tych zapoczątkowała przeobrażenia we wszystkich dziedzinach życia na Sielcach. Przede wszystkim budownictwo. No i oczywiście przebicie przez środek Sielc nowej trasy z linią tramwajową. Z zapyziałego zaścianka awansowaliśmy do dzielnicy na miarę stolicy. Właśnie linia tramwajowa w pierwszych latach jej istnienia spowodowała pełniejszą integrację. Cokolwiek by nie mówić o ówczesnych „decydentach” wpływających na jakość naszego życia, część ich pomysłów okazała się słuszna. To taka refleksja z tzw. „perspektywy czasu”. A czas ma to do siebie, że poza tym że „płynie” to pozwala poddawać pod osąd wszystkie zaszłości. Wielu „starych” mieszkańców Sielc w tamtym okresie pierwszej intensywnej rozbudowy z żalem i niepokojem obserwowało te zmiany i znikające symbole trudnej przeszłości. Napływ nowych mieszkańców i ich ilość spowodowały, że lokalne społeczności już nie obejmowały grupy domów czy kilku ulic a zacieśniały się do jednego bloku czy klatki schodowej... Ale dotyczy to czasów, które wielu z Was zna z własnego doświadczenia. Myślę, że ciekawsze są najwcześniejsze powojenne lata. Przynajmniej dla mnie... Każdy dzień niósł nowe doświadczenia... każdego dnia odkrywałem świat na nowo... Każdego dnia inaczej krakały gawrony na topolach w Łazienkach. Każdy dzień wypełniony był tysiącem dziecięcych spraw... Życie było ciekawsze... Żyliśmy jak tabun preriowych źrebaków... Wolni i niezależni... dopóki matka nie przetrzepała skóry za harce i skargi sąsiadów....
Były zabawy nieznane współczesnemu pokoleniu 10-latków. Współcześni wyzywają się w grach komputerowych, gdzie w strzelaninach traci się kolejne „życie”. My na wertepach nad Wisłą waliliśmy z prawdziwych „pancerfausyów”. Czym są emocje wspinających się po „skałkach” w porównaniu z wspinaczką po ścianie zrujnowanego domu róg Górskiej i Bończej po wiszącą na zbrojeniach 100-kilową bombę lotniczą... czy „głuszenie” handgranatami ryb w kanałach na „fortach”. Nie było narkotyków i „kleju”... był przez rok unoszący się nad Warszawą zapach spalenizny i kurzu...
Było... minęło... Chyba dobrze że minęło... Bez zmian nie byłoby dzisiejszych pięknych Sielc.
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
sp44L.113.272 Stały użytkownik

Dołączył: 05/04/07 14:00 Posty: 34 Skąd: z pogranicza
|
Wysłany: 26/02/09 15:12 Temat postu: |
|
|
| Budrys napisał: |
Do Piaseczyńskiej dodam, (...) Około 200 m. od skrzyżowania z Dolną, po lewej stronie, znajdowało sie gospodarstwo "badylarskie" rodziców szkolnego kolegi Andrzeja B. |
Piaseczyńska 10 ? Nie tak dawno spotkałem zupełnie przypadkowo i bardzo daleko od Warszawy osobę, która wychowała się pod tym adresem, o ile dobrze zrozumiałem - w czasie okupacji i krótko po wyzwoleniu. Niestety, okoliczności nie pozwoliły na dłuższą wymianę wspomnień...
| Budrys napisał: |
Z jego terenu widać juz było "żółtą willę" na skarpie (...) |
Niestety, nie pamiętam tego obiektu - dobrze za to pamiętam inną "żółtą willę", stojącą w szczerym polu po prawej stronie Sobieskiego między "fortami wojskowymi" przy Idzikowskiego a skrzyżowaniem z ul. Bonifacego (chyba stałą na wysokości wylotu dzisiejszej Limanowskiego)
Ech, fajne wspomnienia - jeśli dożyję emerytury, trzeba będzie pozbierać..
Pzdr  _________________ były warszawiak  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 26/02/09 16:12 Temat postu: |
|
|
Opisałem Dolną i Piaseczyńską zapamiętaną z lat przed 1950. Gdybym wiedział jak ważne dla potomnych będa szczegóły - przyglądałbym się uważniej. Spieszę wyjaśnić pewna nieścisłość, która wkradła sie do mojego opisu... Powodująca nieporozumienie. Otóż: idądc Sobieskiego od Chełmskiej po prawej stronie było kilka domków w kepach drzew dochodzących do Piaseczyńskie. Dalej, aż do Idzikowskiego puste pola. Po lewej stronie poczynając od Chełmskiej również puste pola. Sama ulica Idzikowskiego przypominała raczej brukowaną wiejska drogę. Bliżej Czerniakowskiej znajdowało sie kilka niewielkich budynków. Tuż za Idzikowskiego, na całej jej długości znajdował sie kanał ok. 15 szeroki porośniety szuwarami. Pod ul. Sobieskiego łączył się podziemnym przepustem z innym szerszym kanałem w kierunku Puławskiej. Ten teren wraz ze zbiornikiem wodnym nazywaliśmy "fortami wojskowymi" (nie miały one nic wspólnego z "prawdziwymi" fortami na Sadybie. Wojskowe dlatego że był to wówczas teren wojskowy z zakazem wstępu. Zapuszczaliśmy sie tam niekiedy by wspólnie z żołnierzami, którzy dysponowali łódką, "głuszyć ryby. Idzikowskiego przy tych "wojskowych fortach" była nieprzejezdna (zakaz). Z tego miejsca na Sobieskiego, ponad drzewami tych wojskowych fortów było widać na skarpie "żółtą willę". Nic bliższego o niej nie wiem. Służyła ona jedynie jako punkt orientacyjny. Podobno w jej pobliżu biło źródło zasilające wodę w wymienionych obu "fortach". Były to spore zbiorniki wodne. W tych po lewej stronie Sobieskiego kąpaliśmy się. Przychodziło też wojsko na kąpiel. Były bardzo niebezpieczne, głębokie miejscami. Były wypadki utonięć. Zbiornik ten przy Czerniakowskiej wpływał do jakiegoś podziemnego ujęcia pod ulicą. Podobno wypływał do Jeziorka Czerniakowskiego. Tuż za tym zbiornikiem szły tory kolejki z "mijanką". Tory skręcały z Sobieskiego w kierunku Czerniakowskiej. Od tego miejsca na Sobieskiego obie strony ulicy były porośnięte wysokimi topolami aż po cmentarz w Wilanowie. Oba odcinki Sobieskiego nazywano niekiedy Królewska Drogą. Teraz pewnie nie ma śladu po tych miejscach...  _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 27/02/09 16:50 Temat postu: |
|
|
Podchorążych... (1945-47)
Był to czas gdy ulica Podchorążych stanowiła główna arterię przez Sielce, oczywiście w takiej samej mierze jak Chełmska. Chełmska była droga tranzytową z Puławskiej przez Dolną w kierunku Sadyby. Podchorążych zaś na same Sielce i szlak na „zwałkę” przy Bartyckiej. Na zwałkę jechały przeważnie konne wozy z gruzem z Mokotowa, rzadziej traktory i samochody. Wiosną i latem 45 r. Róg Podchorążych i Belwederskiej był punktem rekrutującym chętnych do pracy przy odgruzowaniu. Rano schodzili się mieszkańcy z okolicy by podjąć jakąkolwiek pracę... przy odgruzowaniu, przy sprzątaniu, przy remontach. Rekrutowało BOS (Biuro Odbudowy Stolicy). Zapłatą za dniówkę był przydział chleba, rzadziej jakieś pieniądze. Do odgruzowania najmowały się przeważnie kobiety. Przyjmowanie do brygad przy odgruzowaniu wyglądało następująco: przy jakimś stoliku stojącym na chodniku wpisywano nazwiska członków brygady i gdy uzbierano potrzebną liczbę osób kierowano taka grupę w odpowiednie miejsce, niekiedy znacznie oddalone. Pamiętam że brygady z Sielc porządkowały hangary na Okęciu. Do pracy udawali się pieszo całą grupą, zaś na miejscu otrzymywali łopaty i inne akcesoria potrzebne do pracy. Rozliczenie za pracę było dniówkowe, jednak zlecone zadania musiały być wykonane w całości.
Ciągnęły więc przez Warszawę brygady 30-50-osobowe na miejsce pracy, często z małymi dziećmi, których matki nie miały gdzie pozostawić pod opieką. Przedszkola na Sielcach zaczęły dopiero funkcjonować jesienią. Zdarzały się sytuacje gdy PPR-owcy wykorzystywali taka sytuację w perfidny sposób. Nagle, w połowie dniówki przyjeżdżał do brygady jakiś „przedstawiciel” ogłaszając że jest „redukcja” i wszyscy maja odłożyć sprzęt i wracać do domu. Gdy dopominano się o zapłatę – rozkładał ręce twierdząc że takie ma polecenie i zapłaty nie będzie. Ludzie odkładali sprzęt i zaczynali się rozchodzić. Wtedy „przedstawiciel” ogłaszał następny komunikat: „kto się zapisze do PPR-u może dalej pracować”. Skutek był taki że wracaliśmy do domu głodni z niepokojem o przeżycie następnego dnia. W komentarzach ludzie zastanawiali się co nas jeszcze czeka, bo takie metody to dopiero przedsmak sowieckiego raju...
Na Sielcach werbunek do brygad odbywał się jeszcze do jesieni. Szczęśliwie matka otrzymała pracę w odbudowującej się firmie, w której przed woja pracował ojciec.
I tak mijał rok 1945. Rok oczekiwań... rok powrotów... rok nadziei na powrót z zawieruchy wojennej ojców, matek, braci... Były poszukiwania przez PCK, oczekiwania na jakąkolwiek wiadomość... były kartki z nazwiskami i adresami na murach, parkanach... wieści niepewne... Najczęściej daremne.
Mijający 45 rok w moim dziecięcym życiu przyniósł pewną zmianę... Matka po otrzymaniu stałego zatrudnienia „zapisała” mnie do przedszkola. I to była pierwsza próba samodzielności i odpowiedzialności. Jak wyglądało wówczas moje życie? Życie przedszkolaka?... Przed 6 rano budzono mnie. Była zima... mieszkanie nieopalone... Z blaszaną bańką po marmoladzie, wyliczonymi pieniędzmi i „kartką na mleko” oraz zapasowym kluczem do mieszkania uwieszonym na sznurowadle na szyi szedłem ze Stępińskiej na Belwederską przy Podchorążych gdzie w wypalonym domu znajdował się sklep. W zimowe ranki było jeszcze ciemno... Stałem w kolejce do otwarcia sklepu. Niekiedy mleka brakowało. Powrót do domu... kluczem na sznurowadle otwierałem drzwi do mieszkania w którym domowników już nie było. Wyszli do pracy. W kaflowej kuchni rozpalałem ogień z przygotowanych szczap drewnianych, nalewałem mleko go garnka i gotowałem. By mleko nie wykipiało musiałem widzieć. Ale jak? Mój wzrost wówczas był taki że nosem dosięgałem ledwie krawędzi kuchni... Stawałem na stołeczku, który pozwalał mi na swobodne „gospodarzenie” na kuchni. Wypijałem trochę gorącego mleka... wygaszałem ogień w palenisku... zamykałem mieszkanie na klucz i... szedłem do przedszkola. A tam o 9 była zupa mleczna z kaszą. Zup obiadowych nie jadałem. Czegoś podobnie wstrętnego już nigdy w życiu nie spotkałem.
Pora wrócić na Podchorążych... ale do roku 46. W następnym poście. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 526 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 28/02/09 0:53 Temat postu: |
|
|
Budrys napisał:
| Cytat: | | Tuż za Idzikowskiego, na całej jej długości znajdował sie kanał ok. 15 szeroki porośniety szuwarami. |
Ten kanał istnieje do dziś. Każdego lata porasta szuwarami - jak dawniej.
I właśnie tędy wzdłuż grobli - jak myślę - biegły tory kolejki wilanowskiej. _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 526 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 28/02/09 1:03 Temat postu: |
|
|
Budrys napisał:
| Cytat: | | Od tego miejsca na Sobieskiego obie strony ulicy były porośnięte wysokimi topolami aż po cmentarz w Wilanowie. Oba odcinki Sobieskiego nazywano niekiedy Królewska Drogą. Teraz pewnie nie ma śladu po tych miejscach... |
Gdzieś czytałam, że wzdłuż Drogi Królewskiej sam król Sobieski sadził lipy. Oczywiście śladu po nich nie ma i być nie może, ale po topolach z lat 40. - w XX w... chyba są. Na przystanku naprzeciwko wylotu ul. Limanowskiego w kierunku Wilanowa jest pień grubego drzewa...a u zbiegu ulicy Sobieskiego i alei Wilanowskiej rosną stare drzewa....i wśrod nich chyba są topole...muszę to sprawdzić jak tylko przyjdzie wiosna... _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
globus Aktywny użytkownik


Dołączył: 12/11/07 21:34 Posty: 57 Skąd: Sielce
|
Wysłany: 28/02/09 2:00 Temat postu: |
|
|
Budrys ale rozbujałeś to forum  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 28/02/09 14:43 Temat postu: |
|
|
Dziękuję Anastazjo... Tak to ten "fort"...
Globus... miło mi że sie nie znudziłeś...
Rok 1946
Zima i wiosna 45 upłynęła w przedszkolu i w domu zwykłym rytmem codziennych zajęć i obowiązków. W przedszkolu też były obowiązki. Czas między śniadaniem a obiadem wypełniony był obowiązkowym wyplataniem lejc z kolorowego sznurka papierowego. Po kilku początkowych, nieudanych próbach, szło nam całkiem dobrze. Po podłodze, obok nielicznych klocków i piłek, poniewierały się kłęby tego sznurka. Z każdym dniem drobne dziecięce palce nabierały wprawy i rosły sterty uprzęży magazynowane w magazynku. Były to plecione uprzęże i lejce do zabawy. Dla kogo? My się nimi nie bawiliśmy... Widocznie musieliśmy „zarobić” na obiadek. A był on najgorszą codzienną torturą. O ile ziemniaki z byle czym były zjadliwe, to każda „zupka”, w której było wszystko co aktualnie kucharki miał pod ręką – często przyprawiała o torsje. Smak każdej zupki to przede wszystkim smak naci pietruszki i niedogotowanej marchewki. „- Jedzcie... będziecie zdrowi i szybko rosnąć...”. Chciałem być zdrowy i szybko rosnąć ale zupka zawsze powodowała we mnie wątpliwości. Kończyło się na tym, że gdy tylko wychowawczyni wychodziła z sali, choćby na chwilę, od stolików wybiegali z miseczkami co bardziej zdeterminowani i... wylewali zupkę do stojącego w kącie sali wiaderka. Biada temu kogo przyłapano na tym niecnym procederze... Musiał zjeść dodatkową miseczkę tego paskudztwa pod nadzorem wychowawczyni. A po obiedzie ponownie braliśmy się za kłębki i pletliśmy... pletliśmy... Z zapałem ze świadomością, że tortura „zupki śmieciowej” była tego dnia poza nami.
Wraz ze zbliżającą się wiosną odczuwałem coraz większą niechęć do życia przedszkolnego i coraz częściej urządzałem sobie przedszkolne „wagary”. Nie ja jeden. I tak zadzierzgały się więzy koleżeństwa na wspólnych wyprawach poza teren zamieszkania. Wyprawy ze Stępińskiej na Czerniakowską, czy poza Chełmską nie stanowiły dla nas żadnego problemu. Najchętniej jednak, gdy pogoda wiosną dopisała, szwędaliśmy się po Podchorązych czekając na poranny wymarsz wojska na ćwiczenia na nadwiślańskie łąki.
Wymaszerowywali z koszar kompaniami w pełnym rynsztunku. Jako że wojsko nie jest instytucja demokratyczną i wszelka dyskusja jest niemożliwa... ostatnie „czwórki” kompanii dźwigały tarcze strzelnicze i ciężkie „ruskie” cekaemy. Byli to najniżsi wzrostem żołnierze, którzy pod ciężarem tych wojennych instrumentów ledwo dotrzymywali kroku całej kompanii. Jedna po drugiej z koszar wymaszerowywało 4-6 kompanii. Oficer – dowódca szedł chodnikiem, zaś oddział waląc podkutymi butami – jezdnią Oficer dawał komendę „- Kompania śpiewa!” i z pierwszej czwórki „zapiewajło” gwizdem albo solo rozpoczynał piosenke... „A un do wojska był przynaleźniony... a una za nim płakała...”.
My przedszkolaki-wagarowicze dzielnie dotrzymywaliśmy im kroku aż do brzegu Wisły tworząc w maszerującej kompanii dodatkowe czwórki. Każdy oddział śpiewał inną piosenkę. A my razem z nimi darliśmy się jak marcowe koty...
Odkrycie drogi do brzegu Wisły, plaż z czystym piaskiem i łąk aż hen... po zabudowania na Siekierkach zapoczątkowało samodzielne wyprawy w następnych latach w okolicznościach do tego sprzyjających.
Wojsko się ćwiczyło... Strzelali do tarcz... biegali... i padali zmęczeni w czasie „przerwy na papierosa”. A my? Mimo chłodu pierwszych kwietniowych dni „na golasa” wskakiwaliśmy na przybrzeżne płycizny przekonując się nawzajem że woda wcale nie jest zimna... może chłodna... ale zimna zdecydowanie – nie. I tak przyjemnie mijał czas skradziony przedszkolnej edukacji. Przed godziną pierwszą wojsko wracało do koszar na obiad. Zmęczeni... zziajani... wracali przez pola z pieśnią na ustach aż echo odbijało się od nielicznych domów na Czerniakowskiej.
Niektórzy wracali wraz z wojskiem.. niektórzy nie... Pozostawaliśmy nad Wisła kąpiąc się i biegając po rowach strzeleckich. Musieliśmy uważać by zgrać czas powrotu z czasem wyjścia z przedszkola amatorów „zupki śmieciowej”. Po powrocie uważnie przeglądaliśmy nasze ubranka, czy aby nie pozostał na nich ślad naszych harców w postaci pobrudzenia czy rozdarcia. I jako grzeczne dzieci bawiliśmy się przed naszymi domami w oczekiwaniu na powroty z pracy dorosłych. Takich jak ja z kluczami na sznurowadle było wielu. Muszę wspomnieć że wśród nas uczestniczką tych wagarów była rówieśniczka – dziewczynka z Bończej. Taka mała feministka... zadziorna i skora do bójek. Nie przepadaliśmy za jej towarzystwem. Bo jak tu się bić?... z dziewczyną?...
W następnym będzie o jesieni 46 i szkole... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 02/03/09 22:36 Temat postu: |
|
|
c.d.
W poprzednim poście wkradł się błąd. Powinno być na początku : zima 45 i wiosna 46. Przepraszam.
Po wakacjach letnich 46 miałem dostąpić awansu edukacyjnego z przedszkolaka na ucznia. A póki co czas upływał na pogłębianiu wiedzy o topografii Sielc. Nie było w rejonie Stępińskiej, Górskiej i Sieleckiej takich gruzowisk których byśmy nie „zaliczyli”. Jedynie Łazienki stanowiły dla nas tajemnicę. Ale do czasu. Wejście do parku przy Podchorążych było zbyt odległe i... łatwe. Odkryliśmy wygodniejszy i szybszy sposób na wejście. Było nim przejście przez mur przy kapliczce. Niewiele było osób spacerujących, wiec nie czuliśmy skrępowania w naszych zabawach. W pobliżu „pomarańczarni” zbieraliśmy „rajskie jabłka”, w krzakach robiliśmy szałasy, ale najatrakcyjniejszy był teren „gospodarczy” , tam gdzie obecnie znajduje się wejście do Łazieniek naprzeciwko Stępińskiej.
Szkoła nr 31 przy Pogodnej przywitała nas wstępnymi badaniami lekarskimi. Jako skutek okupacyjnej wegetacji wśród dorosłych i dzieci istniało zagrożenie gruźlicą. Mówiło się że Szwedzi niosą nam dużą pomoc a nawet chorych zabierają do siebie na leczenie. Do nas ta pomoc dotarła w postaci tranu. Co jakiś czas urządzano zbiorowa degustacje tego „lekarstwa”. Nawet „zupka śmieciowa” wydawała się przy nim smaczna i aromatyczna. Tranowe akcje były przeprowadzane nagle, bez zapowiedzi. Z przyczyny oczywistej – niewielu uczniów byłoby tego dnia obecnych. Zaś sama „akcja tranowa” wyglądała w sposób następujący: nagle, w czasie jakiejś lekcji do klasy wkraczało kilku nauczycieli i woźna. Dzieciaki kuliły się w ławkach. Prowadząca lekcję nauczycielka ustawiała kolejkę według ławek. Jedna z nauczycielek nalewała w wielkiej brązowej butli na stołowa łyżkę tran, inna nauczycielka trzymająca łyżkę łapała za nos i do otwartych ust wlewała jej zawartość. Za plecami stał zawsze nauczyciel by opornego przytrzymać siłą. Po „egzekucji” woźna częstowała każdego małym kawałkiem chleba z solą pokrojonego w drobną kostkę. Łyżka po każdorazowym użyciu była maczana w kubeczku z wodą „dla dezynfekcji”. Kolejka do tranu była dwukolorowa. Część dzieciaków była blada, druga część zielona...
W czasie przerw zdobywaliśmy wiedzę o szkolnych zwyczajach, zapoznawaliśmy nowych kolegów i kibicowaliśmy starszym grającym w „cymbergaja” na parapetach
Powrót do domu. Jeśli do szkoły szliśmy Podchorążych przy ogrodzeniu Łazienek, to powrót był wolniejszy i ciekawszy. Szliśmy stroną przeciwną gdzie w domach między Sułkowicka a Nabielaka znajdowały się sklepy. W kolejności – fryzjer, sklep mięsny w którym można było kupić bez kartek końska kiełbasę, sklep spożywczy, sklep o mieszanym asortymencie i na końcu drogeria zwana „mydlarnią”.
Odcinek między Nabielaka a Bończą szedł po łuku w środku którego znajdowały się ruiny domu. Na parterze tych ruin był lokal mieszkalny w którym mieszkała rodzina z dziećmi. Mieszkali w bardzo trudnych warunkach... ale mieli „szczęście”... W czasie budowy „getta ubowskiego” pijany traktorzysta „nie wyrobił się...” i staranował ich lokal. Nikt w tym wypadku nie ucierpiał. Mieszkańcy dostali nowy, wyposażony w meble lokal z puli MBP.
To były czasy gdy w wypadkach drogowych usprawiedliwieniem był fakt, że kierowca był pijany! Inną ciekawostką „komunikacyjną” było używanie klaksonów przez kierowców i „dzwonienia” przez motorniczych tramwajów. O ile na Sielcach z racji małego ruchu było spokojnie i cicho, to Śródmieście rozbrzmiewało kakofonią różnych dźwięków. To był jeden z aspektów wielkomiejskiego charakteru Warszawy.
Wracaliśmy albo Bończą, albo Podchorązych przez podwórka znajdujących się tam domów i „gruzy” w miejscu gdzie obecnie stoją domy Stępńska 43-45.
Przeważnie do powrotu domowników pozostawało jeszcze kilka godzin, wiec zabawy na podwórkach i ulicy trwały w najlepsze... A odrabianie lekcji? Oczywiście! Ale wieczorem przy wsparciu dorosłych. Ja odrabiałem lekcje z „babcią-sąsiadką”, którą objęła ogólnokrajowa akcja likwidacji analfabetyzmu. Typowa analfabetka – podpisywała się „krzyżykami”. Babcia miała 55 lat a ja 8. Szło nam całkiem nieźle. Razem „odrabialiśmy słupki” i czytanki, choć każde z nas z innej książki. Wspólnie wydziwialiśmy na ortografię nie mogąc zrozumieć dlaczego „babcia” pisze się przez „b” a nie „p”... przecież to wszystko jedno. A wynik tej babcinej edukacji był taki, że po kilku latach biegałem dla niej do biblioteki przy kościele św. Michała na Puławskiej by wypożyczyć „Chłopów” Reymonta i „Ziemię” E. Zoli. Lektury przez które mnie było trudno przebrnąć po wielu latach...
Myślę..., że komuniści nie przeprowadzaliby akcji walki z analfabetyzmem z takim zapałem i pod przymusem, gdyby wiedzieli że po latach społeczeństwo będzie czytać nie tylko propagandowe teksty i dokopie im tak skutecznie... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 05/03/09 1:13 Temat postu: |
|
|
Powinienem się cofnąć w tych wspomnieniach do ulicy Nabielaka. Wiąże się z nią kilka zapamiętanych wydarzeń z tamtych lat.
Pierwsze to „referendum”, czyli głosowanie na „3 x TAK”... ponieważ praktycznie innej opcji nie było. W wyznaczony dzień mieszkańcy z okolicy przybyli na Nabielaka gdzie w pomieszczeniach „fabryczki” znajdował się lokal wyborczy. Pamiętam tłum ludzi i kolejkę do wejścia, której pilnowali uzbrojeni milicjanci. Przed wejściem do lokalu wtykali każdemu do ręki kartkę z napisem „3 x tak”. Samego momentu oddawania „głosu” nie pamiętam, jednakże, choć z polityki niewiele rozumiejąc, wyczuwałem atmosferę przymusu i rezygnacji.
Zapamiętany obraz ulicy Nabielaka to owa „fabryczka” zwana również „pralnią”. Był to mały kompleks budynków po lewej stronie (od Podchorążych) z ciężką, metalowa bramą. Nad ich dachami co jakiś czas z sykiem unosiły się kłęby pary.
Za „pralnią” aż do Tatrzańskiej było gruzowisko. Róg Nabielaka i Tatrzańskiej stał bardzo charakterystyczny budynek o nowoczesnej architekturze. Znajdował się w nim sklep. Na parterze tego budynku mieszkał mój szkolny kolega Irek. Okna jego mieszkania wychodziły na wewnętrzny ogródek z krzewami i drzewami. Jego tata był kierowcą tzw. „kanadyjki” z amerykańskiego demobilu. Za wstawiennictwem Irka przewoził nas niekiedy na przejażdżkę do Wilanowa i z powrotem.
Lewą stroną (od strony Tatrzańskiej) biegł wąski chodnik. Jezdnia brukowana, zaś prawa strona obejmowała wąski chodnik i pas ubitej ziemi na całej długości ulicy aż do Belwederskiej. Za tym ok. 3-4 metrowym pasem były ogrodzenia na podmurówce. Być może że w tym miejscu biegł, wspomniany gdzieś na forum, kanał. Za mojej pamięci tego miejsca, kanału nie było. To miejsce miało w naszych zabawach szczególne znaczenie z racji obecności wśród nas Irka. To on przyciągał na ten teren rzesze, niekiedy do dwudziestu, uczestników oglądających jego popisy aktorskie.
W drodze ze szkoły zachodziliśmy do niego na ten placyk, a on dawał nam popisy monodramatyczne. Wyglądało to tak, że siedzieliśmy na ziemi a on przed nami na murku, po zrujnowanym ogrodzeniu, opowiadał nam różne historie z książek „kowbojskich” lub zmyślone... biegał, strzelał, rzucał lassem... Talent aktorski bez wątpienia. Potrafił zająć naszą uwagę i ciekawość na kilka godzin gdy się „rozkręcił”. Niekiedy zastanawiałem się nad jego losami w dorosłym życiu... Niestety, rozrzuciło nas po świecie... Nawet jego nazwiska nie pamiętam...
Z moich opowiadań można błędnie wywnioskować, że byliśmy bandą uliczników samopas szwędajacych się po ulicach. Nic podobnego. Po prostu nasze zabawy były odpowiednie do ówczesnych warunków w jakich przyszło nam żyć i dorastać. Nie byliśmy łobuziakami ani wandalami. Nie krzywdziliśmy nikogo i niczego nie niszczyliśmy. Zaś zabawy często wychodziły poza lokalne środowisko rówieśników. Można było zawsze dołączyć do zabawy z chłopakami z Hołówek czy Promenady... Istniała jakaś mistyczna solidarność dzielnicy. Nie oznacza to że nie było między nami bójek... Owszem, zdarzało się. Ale zawsze swoich racji dochodzono w starciu „jeden na jednego”, nawet na „obcym” terenie. Nie zdarzało się jednak by kilku pobiło jednego. W okresie „saperskim” naszych zabaw tereny brzegu Wisły gromadziły niekiedy po kilkudziesięciu amatorów wybuchowych „atrakcji” w różnym wieku i z różnych części Sielc. Ale to już inna historia...
Wrócę na Podchorążych. Była pewna tajemnicza budowla, która do dziś nie została przeze mnie zidentyfikowana. Mianowicie, na Podchorążych, w podwórku jednego z domów przed zakrętem ulicy w kierunku koszar stał kilkupiętrowy budynek o charakterystycznych żelaznych oknach z małymi szybkami, wskazujący na jakieś hale fabryczne. Po dachach jakichś przybudówek od strony Stępińskiej dostawaliśmy się do pomieszczeń hali na pietrze. A tam... sterty sztyletów, szabli, kordzików, szpad, bagnetów... Wszystko zwalone na stos sięgający prawie pod sufit. W mojej współczesnej ocenie wiele z nich, o ile nie wszystkie, miały wartość muzealną. Skąd, po co, i w tym miejscu? Jaki był dalszy los tych „skarbów”? Pewnie docelowo trafiły do huty... Jako pamiątka przez długi czas był w moim posiadaniu sztylet z bardzo charakterystyczną głową orła... Gdybym wówczas wiedział!... Nie „kolekcjonował” bym wówczas pod moim łóżkiem zardzewiałego „parabellum”, „pepeszy” i „handgranatów”... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 205
|
Wysłany: 09/03/09 23:23 Temat postu: |
|
|
W poprzednim poście poruszyłem wątek tzw. „saperski”. Opiszę go szerzej licząc na zrozumienie Czytelników. Należy uwzględnić ówczesne warunki, wiek „saperów” oraz realia życia w tamtych latach. To był zupełnie inny świat... inne wartości... inne od współczesnych podejście do dziecka i jego roli w społeczeństwie. Ale to już odrębny temat i chcąc uniknąć niepotrzebnych dyskusji, argumentów itd. Przejdę do faktów.
Środowiska dziecięce (przynajmniej na Sielcach) przechodziły różne „etapy” w organizowaniu sobie wspólnych zabaw. Był okres intensywnej gry w „zośkę”, włącznie z „meczami” na Nabielaka i boisku szkoły przy Grottgera... był okres gry w „ciupy”... w „getto”... wyścigi na hulajnogach zrobionych z łożysk... biegania z „fajerkami” i wygiętym kawałkiem drutu zwanym „kieryjką”... niewinna gra w „zielone” i „zamawianie”... w „futerko”... i kilka jeszcze innych niezbyt mądrych zabaw ze współczesnego punku widzenia. Był „berek”, podchody, w „czarnego luda”, były skakanki zrobione ze sznura do wieszania bielizny... Był również okres „saperski”, który zapoczątkowało pewne znalezisko nad Wisłą.
Najczęściej uczęszczanym szlakiem do brzegów Wisły była „aleja mirabelkowa” biegnąca od Czerniakowskiej przy ogrodzeniu stacji pomp. W okresie wakacji okoliczna dzieciarnia ciągnęła na piaszczyste dzikie plaże i łąki aż do Siekierek. Były rowy strzeleckie ćwiczącego się wojska z Podchorążych... były dzikie harce w wodzie... zupełny luz! Najważniejsze że nikt nam niczego nie zabraniał... dorośli mieli swoje dorosłe sprawy i nad Wisłę wybierali się niekiedy z rodzinami w niedziele.
W okopach zbieraliśmy łuski po nabojach do „kabeków” i „pepesz”. Większe łuski mogliśmy wymienić ze starszymi kolegami na przykład na ołów do „zosiek”, zaś oni przekazywali łuski dalej do „wytwórców” zapalniczek benzynowych. Nawet jedna do tej pory poniewiera się gdzieś w moich szpargałach...
O ile do tej pory mieliśmy stosunek obojętny do różnego rodzaju żelastwa „wojennego” znajdowanego w gruzach i innych mniej ciekawych miejscach, to wydarzenie odkrycia „arsenału” nad Wisłą zapoczątkowało większe zainteresowanie akcesoriami wojennymi. Mniej więcej pół kilometra od siatki ogrodzeniowej stacji pomp w kierunku brzegu siekierkowskiego odkryliśmy potężne bale wbite w dno rzeki ciągnące się w kierunku głównego nurtu. Wygladało to na jakiś most drewniany lub inną przeprawę z czasów wojennych. Wskazywały na to odkryte w płytkim dnie skrzynki z różnorodną amunicją. Były naboje karabinowe luzem i w „łódkach”... były taśmy do ckm-ów... były pociski artyleryjskie... były granaty...
Przez cały okres tych wakacji główna atrakcją wypraw nad Wisłę było palenie ognisk i przykrywanie ich kawałem blachy na której stawialiśmy „na sztorc” taśmy naboi co ckm-ów, najchętniej „kolorowe” zapalające i... z ukrycia w okopach obserwowaliśmy te osobliwe „fajerwerki”. Problem zaczynał się wówczas gdy taśma pod wpływem drgań od wystrzałów przewracała się płasko i pociski zaczynały „grzać” po okopach w których się skrywaliśmy.
Odbywał się też handel tymi „skarbami”. Za skrzynkę naboi do „kabekaesów” można było dostać od starszych kolegów „pancerfausta”, którego można było wystrzelić w kierunku siatki ogrodzeniowej stacji pomp.
Każdy z nas trzymał w domu lub różnych skrytkach granaty, naboje i różne elementy wojskowego rynsztunku z podrdzewiałymi karabinami włącznie. Z granatami biegaliśmy na „wojskowe forty” i okrzykami wywoływaliśmy żołnierzy. Podpływali łódką i zawieraliśmy umowę... Oni głuszyli naszymi granatami ryby i dzielili się z nami po połowie.
Gdy granatów zabrakło postanowiliśmy sami robić ładunki wybuchowe. Uważaliśmy że najlepiej nadaje się do tego materiał wypełniający pociski moździerzowe - „bombki”. Z rozbrajaniem tych pocisków nie było problemu... Brało się taką „bombkę” między kolana... kawałek gwoździa i kamień... i odkręcało się zapalnik. Makabryczne... prawda?...
Niestety, żółty proszek wypełniający te pociski nie nadawał się. Źle się spalał i potrzebował detonatora... Więc przypomnieliśmy sobie o bombie lotniczej na Górskiej... Wisiała ona na jakichś drutach w rozwalonym domu w pobliżu Bończej. Z domu pozostały tylko ściany z widokiem na kafle kuchni na każdym piętrze... wisiały też na tych kaflach garnki... i ta bomba na drugim piętrze. Wystarczyło ją ściągnąć lub po prostu zrzucić... przecież to niewypał... W czwórkę wdrapaliśmy się po rozwalonej ścianie jak po schodkach docierając w pobliże naszego celu. Ściana się lekko chwiała więc postanowiliśmy nie ryzykować i zejść. Nastąpił jednak problem... ostatni z kolegów miał lek wysokości i gdy spojrzał w dół zaczął wrzeszczeć ze strachu... Ściana była bardzo wąska i nie mogliśmy go ominąć. Trwało to jakiś czas... Na wrzaski naszego koleżki zareagowali „wozacy” bracia mieszkający w pobliżu na Górskiej. Zjawili się... popatrzyli... przynieśli długą drabinę i kazali po kolei schodzić. Niestety... nasz bojaźliwy kolega nie mógł samodzielnie, wiec ściągnęli go. Na dole jeden z wozaków „przełożył” go „przez kolano” i prał szerokim pasem po d... Wrzask był niesamowity... i obawa przed takim laniem. Następny kolega schodząc samodzielnie już płakał chcąc wzbudzić litość u „oprawców”... Niewiele pomogło... odebrał swoja porcje „pasów”. Byłem następny... jeżeli łzy dziecka nie robią na tych typach wrażenia – nie będę poniżał się do płaczu... Wozacy stali przy drabinie podtrzymując ją ponieważ była bardzo niestabilna i groziła przewróceniem. Gdy oni podtrzymywali drabinę ja nie bedac jeszcze w zasięgu ich rąk zeskoczyłem między szczeblami... i uciekłem. Czwarty... ostatni kolega dostał podwójna porcje lania... za siebie i za mnie. Niewielka była moja satysfakcja z fortelu. Gdy wróciłem do domu matka już o wszystkim wiedziała... Jak?... Od kogo?... Wszyscy niby znali się wtedy z widzenia... Może od kogoś przechodzącego w pobliżu? ...
Czekała mnie w domu rozmowa z matką... Gorsza niż lanie wozaków. Spokojna, cicha, smutna przez godzinę tłumaczyła mi moje zachowanie. Wolałbym krzyk i dostać lanie... Tak wielki żal wzbudzała we mnie jej mowa i świadomość że uczyniłem jej przykrość swoim zachowaniem... I stawałem się grzecznym dzieckiem... do następnego razu. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Jamad Aktywny użytkownik


Dołączył: 26/02/07 0:48 Posty: 70 Skąd: Prawie Sielce - 2 km od PeKiNu.
|
Wysłany: 10/03/09 12:14 Temat postu: |
|
|
Świetnie opisane, chociaż powiało grozą ...
Wszystkie wymienione przez Ciebie zabawy były modne w latach 60-tych. No może oprócz "saperki" . _________________ Pozdrawiam
[||==||][==||==||] |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|