 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Puławska róg Dolnej - Co tam stało przed wojną?
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
LeM Stały użytkownik

Dołączył: 26/07/10 5:10 Posty: 22
|
Wysłany: 26/07/10 5:15 Temat postu: Puławska róg Dolnej - Co tam stało przed wojną? |
|
|
Witam,
Wiem, że to nie Sielce ale bliskie okolice więc może ktoś orientuje się co stało przed wojną na rogu Puławskiej i Dolnej? Chodzi o ten trawiasty kawałek nad dawną fontanną zwaną Rybką, lub, patrząc od Puławskiej, za krzyżem.
Stoją tam dwie bramki do gry w piłkę, które sam z kumplami z podwórka stawiałem ze 25 lat temu. Znam podziemia tego miejsca z tamtych czasów. Są tam, obecnie zasypane, korytarze i pomieszczenia jakiegoś przedwojennego budynku. Na skarpie od ulicy dolnej jest wmurowana czarną granitową kostką data budowy - 1935.
Czy ktoś wie co tam było? Może jakieś zdjęcia?
Pozdrawiam
LeM |
|
| Powrót do góry |
|
 |
LeM Stały użytkownik

Dołączył: 26/07/10 5:10 Posty: 22
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 04/08/10 0:54 Temat postu: |
|
|
Niestety, nie wiem co tam było, ale mam kogo zapytać. Trochę to potrwa. _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
dlotiwl Aktywny użytkownik


Dołączył: 02/09/06 19:41 Posty: 89 Skąd: Iwicka
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 07/08/10 21:08 Temat postu: |
|
|
LeM
Rozmawiałam z Panem, który jako dziecko mieszkał przed wojną i podczas okupacji przy ul. Odyńca i tam też przeżył Powstanie Warszawskie.
W sprawie miejsca, o które pytałeś powiedział mi, że w czasie okupacji znajdowała się tam publiczna łaźnia i odwszalnia. Warszawiacy mogli za opłatą skorzystać z kąpieli, a robili to często, bo w wielu mieszkaniach nie było łazienek.
Dowiedziałam się również, że odwszalania też była potrzebna mieszkańcom, np. jeśli nauczyciel zauważył wszy u ucznia to kierował go właśnie do tej odwszalni - chyba, że rodzice oczyścili głowę dziecka we własnym zakresie. _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
LeM Stały użytkownik

Dołączył: 26/07/10 5:10 Posty: 22
|
Wysłany: 22/08/10 2:18 Temat postu: |
|
|
| Ja z kolei znalazłem informację, że ten budynek to przedwojenny ośrodek zdrowia |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 28/08/10 0:39 Temat postu: |
|
|
Może Twoje żródło mówiło o czasach przedwojennych, a moje o okupacyjnych? _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 04/09/10 9:40 Temat postu: |
|
|
Witam...
Słówko o "odwszalniach". Plaga wszy była zawsze skutkiem przedłużajacych sie działań wojennych i skrajnie niehigienicznych warunków bytowania zarówno żołnierzy jak i ludnosci cywilnej. Stąd Niemcy wkraczając do Warszawy, po jej kapitulacji w 1939 r. zarzadzili przymusowe "odwszawianie ". Placóweki te funkcjonowały przez cały okres okupacji. Były one ukierunkowane na odwszawianie ubrań za pomocą pary wodnej. Ze wzgledu na różnice między wszami odzieżowymi a wszami "głownymi" trudno sobie wyobrazić zabieg odwszawiania głowy za pomoca pary. Służyły do tego środki domowe, przeważnie w postaci silnego roztworu octu, którym płukano włosy po umyciu. Plaga wszy istniała jeszcze kilka lat po wojnie, szczególnie wśród dzieci. Jeżeliu nie skutkowały zalecenia szkokolnych "higienistek" skierowane do rodziców, wówczas posiadacza takiego "zwierzyńca" na głowie po prostu golono "na zero". Była to najskuteczniejsza metoda. Niekiedy golono vchłopcom głowy "profilaktycznie". Po wojnie szybko uporano sie z ta plagą środkami "domowymi", bez korzystania z wzorów odwszalni z czasów okupacji. Problem zaczął być wstydliwy... a i warunki higieniczne znacznie sie poprawiły. Jedynie wybuchajace co jakiś czas w róznych środowiskach plagi pluskiew spotykało sie jeszcze do połowy lat 60-tych. Były one przenoszone w starych "przedwojennych" meblach i starych książkach. Można powiedzieć że małe prywatne antykwariaty były wylągarnią tych plag. Każdy egzemplarz zakupionej książki musiał być dokładnie przejrzany. Zasuszone między kartkami pluskwy w stanie "hibernacji" potrafiły przysporzyć amatorowi "białych kruków" nie lada problemów...
Pozdrawiam  _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
maciejszkocki Użytkownik

Dołączył: 22/05/07 14:23 Posty: 4 Skąd: z Mokotowa
|
Wysłany: 07/10/10 8:47 Temat postu: |
|
|
Do roku 1944 na rogu Dolnej i Puławskiej stały zabudowania Pogotowia Opieki dla Dzieci. W czasie Powstania był tam szpital.
Cytuję za Rzeczpospolitą: http://www.rp.pl/artykul/342712.html
Uciekajcie, palą nas
Opis tych przerażających wydarzeń zachował się w relacji Mieczysława Dobrowolskiego 'Bogumiła', dziennikarza mieszkającego przy ul. Narbutta. Niespełna dwa tygodnie przed zajęciem przez Niemców Mokotowa zachorował ciężko na czerwonkę. Trafił do szpitala mieszczącego się w niewielkim jednopiętrowym budynku obok ulicy Puławskiej, przy skarpie opadającej w ulicę Dolną. 26 września Niemcy przystąpili do skoncentrowanego ataku wzdłuż ulicy Dolnej, siejąc śmierć i zniszczenie. Pociski niemieckie rwały się nieomal tuż przed oknami naszego szpitala. (...) W chwilach opadania pyłu przez czeluści okien widać było wycofujące się z Dolnego Mokotowa oddziały powstańcze. Posuwali się gęsiego pod murami zwalonych i dymiących domów, obdarci i często okrwawieni. Obok nich szły sanitariuszki, podtrzymując rannych; nie młode dziewczęta, ale upiory, chude i brudne, o gorejących jak węgle oczach. (...) Paniczny strach przed Niemcami ogarnął nawet ludzi bardzo odważnych. Chorzy niszczyli opaski i dystynkcje powstańcze, zachowując najczęściej jedynie legitymacje swoich formacji. (...) Około jedenastej nastąpiła całkowita cisza, aż w uszach dzwoniło, i po chwili usłyszeliśmy znienawidzony szwargot Niemców. Rozmawiali z personelem naszego szpitala. Po paru minutach zjawiła się jedna z pielęgniarek, oświadczając, że Niemcy obiecali dostarczyć żywność i medykamenty oraz przyrzekli pełne bezpieczeństwo chorym. Zapanowała nieopisana radość. Czując, że wyrządzam wielką krzywdę współtowarzyszom, zabierając im nadzieję ujścia z życiem, powiedziałem między innymi: Ja im nic nie wierzę. Tamtej nocy Dobrowolski nie mógł zasnąć, myślał o bliskich, o tym, czy dane mu będzie się z nimi spotkać. Za oknami słychać było kroki, a następnie jakby przesuwanie szaf w korytarzu bądź w sąsiedniej izbie. Po pewnym czasie znów usłyszałem jakieś kroki, którym towarzyszyły ciche rozmowy i chrobot tak jakby przekręcanych w zamkach kluczy. Po czym znów nastąpiła cisza. W naszej izbie wszyscy spali, oddychając lekko. Długo nadsłuchiwałem. Potem zmorzony snem przytuliłem głowę do poduszki. Obudził mnie blask i zapach dymu. Przetarłem rękami oczy klejące się od brudu. W pierwszej chwili wydawało mi się, że to jakiś koszmarny sen. Iskry padały na poduszkę przez otwór okienny do naszej izby. A z sąsiednich izb dochodziły do mych uszu pojedyncze nawoływania: Siostro, ratunku, siostro!. Wokół mnie wszyscy spali, nie przeczuwając nic złego. Zdenerwowany do ostatnich granic wydobyłem ukryty rewolwer i wsunąłem do kieszeni. Począłem budzić chorych. (...) Uciekajcie, palą nas! Poczułem się z nagła silny. To było zdumiewające. Jeden skok na taboret, następnie drugi przez okno i znalazłem się po chwili pomiędzy płonącym szpitalem i siatką drucianą oddzielającą skarpę ulicy Dolnej od płonącego szpitala. Z wnętrza szpitala dochodziły nawoływania i krzyki płonących ludzi. Płomienie huczały. Ogień trawił łatwopalny materiał budynku. Dopadłem siatki, w której wyciągniętymi rękami szukałem jakiegoś przejścia. (...) Znalazłszy się przy narożniku budynku, wychyliłem głowę. Z dala ujrzałem w świetle płonącego szpitala sylwetki Niemców z rozpylaczami w rękach. Schowałem natychmiast głowę i zacząłem się cofać tą samą drogą, czepiając się rozpaczliwie siatki. (...) Nieludzkie krzyki płonących żywcem ludzi zlewały się z szumem pożaru i terkotem broni maszynowej.
W śmierci wybawienie
Dobrowolski piwnicami posuwał się w dół Mokotowa. Zatrzymał go mężczyzna niski, krępy, o skośnych oczach, w mundurze niemieckiego żołnierza. Zaprowadził Polaka do domu, gdzie siedziało dwóch sierżantów. Jeden z nich wymierzył pojmanemu cios. Widząc, że mnie już nic nie uratuje, prosiłem, by mnie zastrzelił. W śmierci widziałem swoje wybawienie. Skąd w swojej pamięci znalazłem tyle słów niemieckich, nie jestem tego w stanie zrozumieć, gdyż w szkole miałem bardzo słabe stopnie z niemieckiego, a później nigdy nie posługiwałem się tym językiem. Niemiec, patrząc na mnie, stanął jak wryty. Pięści mu się rozkurczyły i przyglądał mi się badawczo. Po chwili wskazał krzesło. Usiadłem bez wahania i poprosiłem o papierosa. Niemiec podał mi i zapalił. Gdy zaciągnąłem się, wszystkie ściany i meble zaczęły wokół mnie wirować. Straciłem przytomność.
Potem Dobrowolski został przejęty przez inną grupę żołnierzy wroga albo antyfaszystów, albo przekonanych o beznadziejności dalszej wojny. Dali mu ubranie, buty, nalali wódki. Polak znalazł się wreszcie w szpitalu na ulicy Chocimskiej, z którego został ewakuowany razem z innymi rannymi i chorymi. Z wolna kolumna wozów poruszała się wzdłuż ulicy Puławskiej. Jeszcze raz spojrzałem na gruzy i popiół po spalonym szpitalu, ale już nie myślałem o tej koszmarnej nocy. Myśli moje zaabsorbowane były nie dniem wczorajszym. Zastanawiałem się, gdzie nas wiozą Niemcy i co przyniesie dzień następny. Za kolejką grójecką na szosie zaczęli pojawiać się ludzie. I w miarę jak oddalaliśmy się od Warszawy, ludzi było coraz więcej. Zeskoczyłem z wozu i przez jakiś czas szedłem przy nim, obserwując szosę i wzdłuż niej chodzących ludzi. W pewnym momencie uskoczyłem w bok do rowu, gdzie ukryłem się za jakimiś krzakami. Gdy kolumna wozów przejechała, spokojnie wyszedłem i nawiązałem rozmowę z jakąś kobietą niosącą na plecach duży tobół pościeli. Szła do Pyr, gdzie zamieszkała wraz z mężem, gdy wybuchło powstanie. Mąż jej był tramwajarzem, pracował w zajezdni na Mokotowie. Zaprowadziła mnie do siebie. Mieszkała w jakimś domu po niemieckich osadnikach. Pamiętam, że na sąsiednim domu była tabliczka z nazwiskiem Baer. Przenocowałem u tych miłych i zacnych ludzi. Nakarmili mnie jakąś kaszką miałem dalej czerwonkę i wyprawili w dalszą drogę.(...) |
|
| Powrót do góry |
|
 |
LeM Stały użytkownik

Dołączył: 26/07/10 5:10 Posty: 22
|
Wysłany: 15/10/10 1:01 Temat postu: |
|
|
O kurna...
A ja tam boisko z kumplami zrobiłem...
Jakaś tablica powinna tam stanąć. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|