 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Wspomnień czar...
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 21/05/09 13:16 Temat postu: |
|
|
Witam, jako nowo zarejestrowany użytkownik tego serwisu, wszystkich mieszkańców i osoby związane emocjonalnie z Sielcami.
Mieszkałem na Sieleckiej 24 do roku 1963. Obecnie tej kamienicy, oraz przyległej do niej posesji o numerze 22 już nie ma, a w ich miejsce wybudowano nowoczesny dom z przychodnią rehabilitacyjną (adres Sielecka 22). Oba budynki sąsiadowały ze szkołą, wówczas numer 34L, w której stawiałem swoje pierwsze uczniowskie kroki.
Niewiele pamiętam ze swojego dzieciństwa na Sielcach. Sielecka przynajmniej na "moim" odcinku była tylko brukowana, a po bokach płynęły ścieki z nieskanalizowanych domów. Ubikacja dla budynków 22 i 24 była wspólna, i mieściła się na podwórku, a nieczystości były wywożone beczkowozami. W okolicach przełomu lat 50/60 nasza kamienica (i zapewne również inne) zostały podłączone do systemu kanalizacyjnego, a ulica otrzymała nawierzchnię asfaltową oraz chodniki. W naszym domu zbudowano dwa wspólne ustępy.
Jednak mimo takich warunków życia (a w przypadku naszej rodziny nakładała się na to ciasnota lokalowa) ten okres dzieciństwa wspominam mile. Co do warunków, nie zdawałem sobie może nawet sprawy, że mogą być lepsze (zresztą ze względu na "cieplarniany" charakter tego okresu mego życia wiele kłopotów nie dotykało mnie bezpośrednio). Ale przede wszystkim była inna atmosfera - wszyscy mieszkańcy się znali, i na ogół byli życzliwi. Po przeprowadzce, zanim zostały nawiązane nowe znajomości i przyjaźnie, długo w jakimś stopniu żałowałem tej zmiany w naszym życiu.
Czy ktoś z szanownych Forumowiczów pamięta ludzi z tych dwóch kamienic, albo może posiada jakieś dawne zdjęcia z tej okolicy? Szczególnie myślę o Budrysie, któremu dziękuję za prezentowanie tu swoich wspomnień, oraz serdecznie pozdrawiam.
Pozdrawiam również pozostałych Forumowiczów.
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Zofia Stały użytkownik

Dołączył: 09/01/09 15:36 Posty: 22 Skąd: Sielce
|
Wysłany: 21/05/09 20:00 Temat postu: |
|
|
Do Budrysa:
Zofie dziękują za życzenia  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 21/05/09 22:46 Temat postu: |
|
|
Witaj tg3a Tadeusz... Miło jest widzieć Cię wśród nas... Aktualnych i byłych Sielczan. Ja też opuściłem Sielce w tym samym co Ty okresie. No może tylko klika lat później.. w 1965 roku. „Moje” Sielce zakończyły się jednak wcześniej. Z chwilą przebudowy... A raczej budowy nowej trasy – ul. Gagarina. Na Sielcach zrobił się tłok... Nowe domy, nowi ludzie. A i my „dorośleliśmy” i nasze zainteresowania wybiegały daleko poza miejsce naszego dzieciństwa. Teraz jest tyko sentyment i pamięć o „starych Sielcach”. Dla mnie niemniej ciekawych jak współczesne... dla mnie mało znane. Choć bez wątpienia ładniejsze...
To co piszesz o bruku z „kocich łbów” na dawnej Sieleckiej, o wychodkach na podwórzu, o kanalizacji... było również moim udziałem – na Stępińskiej. Takie były czasy i taka była jakość życia. I ludzie byli inni...
Z dawnej Sieleckiej pamiętam jeszcze „badylarza” z poletkiem pomidorów (smak ich też był inny)... po nieparzystej stronie ulicy w pobliżu Sukcesorskiej...
Napisz trochę osobistych wspomnień. Poszerzy to i uzupełni panoramę czasu który minął...
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 21/05/09 23:01 Temat postu: |
|
|
Na Sielcach i najbliższych okolicach były trzy miejsca gdzie można było zażywać kąpieli w letnie, ciepłe dni. Każde z tych miejsc było na swój sposób atrakcyjne i korzystaliśmy z nich w zależności od aktualnego zapotrzebowania na atrakcje. Wspomniana „Legia”, „forty” i Wisła. Poza „Legią” dwa pozostałe niosły pewne ryzyko bezpieczeństwa. Choć, jak opisałem, również na „strzeżonym” przez „Grubego Kazia” basenie też można było się utopić...
Choć wydawałoby się, że kąpiel w Wiśle była najbardziej niebezpiecznym miejsce do kąpieli, było jednak inaczej. „Forty” przy Idzikowskiego, mimo swych skromnych rozmiarów miały złą sławę. Co pewien czas docierały wieści że ktoś się w nich utopił. I tu paradoks... przeważnie żołnierze, przychodzący całymi oddziałami. Mówiło się o dziwnych dołach-studniach, o nagłych zniknięciach... Nie zdarzało się... przynajmniej nie jest mi wiadome, by jakiś dzieciak stracił tam życie mimo dzikich harców, skoków „na głowę” itd. Specyfika „fortów” polegała również na ukształtowaniu stwarzającym pozory bezpieczeństwa. To przecież zaledwie około 15 metrów... Aż dziw brał, jak można się w czymś takim utopić?... A jednak... Zejście do wody stanowiły piaszczyste łachy szerokości kilkunastu metrów, zwane przez nas „plażami”, utworzone przez pasące się na pobliskich łąkach krowy. Były to zwyczajne miejsca wodopoju. Wzdłuż brzegu na odcinku miedzy Sobieskiego a Czerniakowską takich „plaż” było kilka. My korzystaliśmy ze „swoich” znajdujących się bliżej Sobieskiego. Inną specyfiką był zapach... Pachniało stojącą wodą, gnijącymi szuwarami i czymś nieokreślonym... zachęcającym, typowym dla tego rodzaju zbiorników wodnych.
Zanim przejdę do kąpieli w Wiśle wspomnę jeszcze o Morskim Oku. Było to miejsce zdecydowanie nie nadające się (wówczas) do kąpieli. Strome brzegi od strony Puławskiej to gruzowisko i wysypisko śmieci z pobliskiego bazaru. Brzeg przeciwległy nie był lepszy. Też gruz i wysypisko. Oglądane przeze mnie współczesne zdjęcia tego miejsca w niczym nie przypominają tamtych... Teren ładnie splantowany, zieleń, ławeczki, ani śladu po dawnym, trudno dostępnym brzegu. Brzeg od strony Willowej jakby niższy...
Morskie Oko cieszyło się złą sławą. Krążyły różne nieprawdopodobne opowiadania o jego wodach. Kilka razy oglądałem dorosłych śmiałków próbujących w nim kąpieli. Dwa – trzy metry od brzegu tracono grunt. I woda pod powierzchnią mimo upałów – lodowata. Nie zdarzyło się by któryś z nich odpłynął dalej niż na dziesięć metrów od brzegu. Nasze zainteresowanie Morskim Okiem ograniczało się do puszczania „kaczek”. Osłonięta wysokim brzegiem tafla wody przypominała niekiedy jezioro rtęci... Gładkie... czarne... przepastne...
Sadzawki na Promenadzie nigdy nie były brane pod uwagę jako miejsca do kąpieli. Brudne brzegi porośnięte trzciną i pełne różnego żelastwa dno. Nie interesowaliśmy się również Jeziorkiem Czerniakowskim. Wydawało nam się za daleko... choć odległość do niego nie była większa niż na „forty”.
Za to Wisła... Ech... W całym swoim późniejszym życiu nie widziałem czystszej wody w rzece niż wówczas. Ze stosunkowo płytkiego brzegu zaczynała się głębia w której widoczność sięgała czterech metrów! Mierzyliśmy sznurkiem nurkując. Widać było na dnie poszczególne kamyki, muszle i odblaski słońca załamujące się na falach... A najważniejsze, że nie było „chloru”, którym odkażano wodę w basenie na „Legii”. Zaś woda w Wiśle pachniała ... wodą... i smakowała jak woda.
W okresie intensywnej odbudowy Warszawy, jak i później, było wielkie zapotrzebowanie na piasek na budowy. Pozyskiwano go przeważnie z Wisły. Właśnie teren między Siekierkami a stacja pomp był takim miejscem gdzie pogłębiarki z dna rzeki pobierały piasek i rurociągami na pontonach wyrzucały na brzeg. Cały teren na długości około kilometra przypominał piaszczystą pustynię z górami piachu. Gdyby nie podjeżdżające bez przerwy samochody po ten wiślany „urobek” można było się poczuć jak na Saharze. Teren do kąpieli i zabaw wymarzony. Pogłębiarki w sezonie pracowały przez całą dobę i następnego dnia brzeg urastał o nowe zwały piasku. Pracujący przy załadunku piachu nie zwracali na nas uwagi, więc „luz” był prawie całkowity... Oczywiście ograniczony „zdrowym rozsądkiem” i dbałością o własne bezpieczeństwo. Niekiedy jednak nie udawało się uniknąć „nieuniknionego”... Zawodne było niekiedy poczucie bezpieczeństwa, z którego wynikały niekiedy dramatyczne jak i komiczne sytuacje. Co prawda, za mojej pamięci, nie zdarzyły się nigdy wśród nas ani utonięcia w Wiśle, ani nie było ofiar w zabawach „saperskich”.
Tego dnia pogoda do kąpieli była wymarzona. Upał był tak duży, że jako miejsce zabaw pozostały jedynie cieniste, chłodne bramy i nieliczne w okolicy drzewa dające cień. Mieliśmy do wyboru... albo Łazienki... albo Wisła... Oczywiście wybraliśmy Wisłę... Za każdym kolejnym naszym pobytem nad Wisłą zmieniało się ukształtowanie terenu, a to z racji powstawania nowych potężnych gór wiślanego piachu wyrzucanego na brzeg przez pogłębiarkę. Hałasując pracą jakichś silników i urządzeń na pokładzie stała w środku koryta rzeki wysuwając w kierunku naszego brzegu potężna rurę z której bez przerwy jak z fontanny tryskał potężny strumień wody i piachu. Rura znajdowała się na obłych metalowych pływakach połączonych parami i znoszona nurtem rzeki tworzyła zakole w którym nurt wydawał się łagodny i zachęcający do kąpieli. Nieopodal, wbite w dno potężne pale po jakimś moście(?) czy prowizorycznej przeprawie zachęcały do skoków do wody. Nie pamiętam momentu w którym dobiegł nas czyjś okrzyk „Marek się topi!”... Natomiast okoliczności tego zdarzenia zapamiętałem do dziś... Ale, po kolei... Rzuciliśmy się w kierunku chaotycznie chlapiącego rękami Marka. Był on o dwa lata młodszym bratem mojego kolegi. Prawie „smarkacz” przy nas... dziesięciolatkach... Gdy dopływaliśmy do niego znikł już pod powierzchnią wody. Zanurkowaliśmy... W czystej, przezroczystej toni widzieliśmy powoli opadające na dno bezwładne ciało. Głębokość w tym miejscu wynosiła około trzech metrów. Odbiwszy się od dna wypchnęliśmy bezwładne ciało ku powierzchni i podtrzymując doholowaliśmy do brzegu. Ułożywszy go na kolanie, twarzą do ziemi stosowaliśmy „pompowanie” przez miarowy ucisk na brzuch i klatkę piersiową... Skąd mieliśmy taką wiedzę o ratowaniu tonących?... Nie wiem... Nigdy przed tym nam się nic takiego nie przytrafiło. Intuicja?... Genetyczna wiedza minionych pokoleń?... Faktem jest że Marek w pewnym momencie zakrztusił się i wylał z siebie resztki wody. Wtedy dotarła do nas świadomość ogromu tragedii u której progu stanęliśmy... Gdy oprzytomniał, usiadł i próbował nam cos powiedzieć... Jego bezładna paplanina miała jeden zlekceważony wówczas przez nas sens... „Oglądałem film ze swojego życia...”. Nikt wówczas nie był zainteresowany opowiadaniem ośmiolatka... Jakież to ciekawe życie miałby mieć taki dzieciak?... Jego słowa wyłuskałem z pamięci po latach przy lekturze „Życia po życiu” R.A. Moody’ego. A jednak...
Otarcie się o tragedię nie powstrzymało nas przed kontynuowaniem kąpieli. Jedynie Marek siedział na brzegu jakiś dziwnie spokojny i zadumany. On, z którym jego brat miał zawsze problemy z racji jego nadpobudliwości...
Powoli zbieraliśmy się do domu... Jeszcze jeden skok... jeszcze jedno opłyniecie „zakola” przy pontonach z rurą... jeszcze chwila... I gdy kończyłem swoje „pływackie” wyczyny, zapragnąłem odpocząć na wodzie. Polegało to na ułożeniu się „na wznak” i lekko poruszając nogami można było „odpoczywać”. Był jednak przy takim odpoczynku jeden problem... Nie można było rozpoznać kierunku w którym się płynie. I tu nastąpiło owe „nieuniknione”... Jakby dalszy ciąg przygody Marka.
Choć niewidoczny i słaby na powierzchni nurt rzeki zniósł mnie w kierunku pontonów z rurą. Uświadomiłem to sobie gdy uderzyłem głową o metalowa banię pontonu... Gdy się wyprostowałem nie mogłem uchwycić się gładkiej metalowej powierzchni a prąd rzeki „wessał” mnie pod te pływaki wyrzucając z drugiej strony... Nikt tego nie zauważył. Znajdowałem się niewidoczny poza „zakolem”. Nurt rzeki nabierał szybkości i niósł mnie prosto w potężny wir wodny stale znajdujący się w tym miejscu i zawsze wywołujący u nas uczucie grozy. Byłem bez szans... Czułem się jak liść rzucony na wodę... i jak liść zostałem przez wir odepchnięty na środek rzeki.... Gdyby mnie wessał... Ale jak niekiedy mówiła nasza złośliwa sąsiadka... „Złego diabli nie wezmą...”.. pocieszając moją matkę gdy ja popadałem w tarapaty. Początkowy lęk przed wirem ustąpił miejsca spokojowi i pewności że dam sobie radę. Jednakże kosztowało mnie to sporo wysiłku by dopłynąć ze środka rzeki do brzegu. Udało się... i wylądowałem... na nabrzeżu portu przy Czerniakowskiej... Czułem się dumny i... nagi... To była taka nieznana w życiu dorosłym mieszanka dumy i... wstydu. Wrócić wzdłuż brzegu nie mogłem. Nie znałem terenu. Dostępu do brzegu strzegły różne ogrodzenia, siatki... Na terenie portu znajdowało się małe osiedle „fińskich” domków. Jakieś małe ogródki... kilka drzew... Nie wiedziałem co robić... Prosić o pomoc?... Nigdy! ... W takim stanie?!... Gdy miotałem się po terenie nagle przede mną w drzwiach jednego z domków stanął mężczyzna z wiadrem w ręku. Zaskoczony widokiem upuścił wiadro... coś krzyknął... a ja biegiem w kierunku rozwalonego muru portu od strony ulicy. Wyjrzałem zza muru... na ulicy pusto... za mną biegł mężczyzna i jakieś dwie kobiety pokazujące mnie palcami do kogoś, kogo nie widziałem... Decyzja była jedna... przebiec ten odcinek Czerniakowskiej do ogrodzenia stacji pomp. Skwarne południe i ruch na ulicy niewielki... Prawie pusto... Tylko na wysokości ulicy Szwoleżerów jakaś gruba kobieta z torbami w ręku próbowała zagrodzić mi drogę. Przeszkodę pokonałem nie tyle masą swego chudego ciała ile szybkością... Wytrąciłem jej torbę z ręki i po niedługiej chwili znalazłem się za rogiem ogrodzenia stacji.
Dopiero teraz poczułem zmęczenie... ale bezpieczny, wlokłem się „mirabelkową drogą” nad Wisłę. W połowie drogi spotkałem moich kolegów z moim ubraniem. Umawiali się kto ma powiedzieć mojej matce że się utopiłem...
Ta przygoda nie zniechęciła mnie do korzystania z uroków kąpieli w Wiśle. Pozostał jedynie niepokój przy przechodzeniu przez Czerniakowską, czy aby nikt mnie nie rozpozna jako „nagusa”... Taki wstyd... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 22/05/09 20:59 Temat postu: |
|
|
Powoli... Nieuchronnie zbliżam się do końca moich wspomnień. Jeszcze kilka obrazów... Jakieś mniej ważne szczegóły i... wraz z końcem edukacji w podstawówce na Grottgera zakończy się moja dziecięca przygoda z Sielcami. Niepostrzeżenie dla nas, nagle, z „dzieciaków” dostąpiliśmy nobilitacji na „stare konie”... A to zobowiązywało. A i Sielce już nie były takie... Tempo i rozmach z jakim na Sielce wkraczało „nowe” nie pozostawiało złudzeń co do zmian skutecznie zacierających obrazy miejsc sprzed lat... Większość z nas kontynuowała naukę w innych dzielnicach Warszawy i czas spędzało się poza Sielcami. Wkraczaliśmy w inny świat, w którym nie było miejsca na dziecięce sentymenty... Nie było czego żałować. Gruzowisk?... Bruku?... Wychodków na podwórkach?...
Nowe miejsca, nowe zainteresowania, nowe środowiska powodowały że rwały się dawne przyjaźnie i w niepamięć popadały wspólne przeżycia z lat najwcześniejszych. Tak działa czas i takie są prawa rządzące życiem... Wówczas pobyt na Sielcach oznaczał jedynie miejsce zamieszkania, numer domu i cztery ściany własnego (o ile się taki miało) pokoju w którym przybywało książek i marzeń o wielkim świecie. Realia najbliższego sieleckiego otoczenia jawiły się jako nie ciekawe, coraz bardziej obce... Gdy okoliczności powodowały że znalazłem się na Czerniakowskiej, Chełmskiej, Piaseczyńskiej, Sieleckiej.. a nawet na teraz z rzadka odwiedzanym odcinku Stępińskiej, ze zdumieniem obserwowałem zmiany... nowy dom... nowe miejsce... nowi ludzie... I powoli zacierał się obraz „starych Sielc”... Jedynie gdzieś tam... w środku... na pamięciowych kartach własnej przeszłości pozostały twarze tamtych ludzi... tamtych kolegów... tamte sprawy... I tu ukłon w stronę Twórcy tego Forum Sieleckiego, przypadku i zachęty z Waszej strony, który sprawił że po tak długim czasie odżyły we mnie wspomnienia... Dziękuję. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 22/05/09 21:41 Temat postu: |
|
|
Budrysie,
Kiedy idę ulicami sieleckimi i próbuję na nie spojrzeć przez Twoje wspomnienia uderza mnie brak dzieci i młodzieży na ulicach, brak ludzi starszych. Życia nie widać. Ludzie spieszą na przystanek autobusowy, tam chwilkę czekają lub zaraz przed domem wsiadają w samochód i znikają. Nikt nie zatrzymuje się na dłużej... _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 22/05/09 23:16 Temat postu: |
|
|
Witam wszystkich Sielczan.
| Budrys napisał: | | ... Nurt rzeki nabierał szybkości i niósł mnie prosto w potężny wir wodny stale znajdujący się w tym miejscu i zawsze wywołujący u nas uczucie grozy. Byłem bez szans... |
Budrysie, Twoje wspomnienie groźnej przygody na Wiśle przypomniało mi, że mój wujek utonął w Wiśle, wciągnięty przez wir. Było to 4 lipca 1952 roku, jeszcze przed mymi narodzinami. Może to ten sam wir, o którym napisałeś...
Jeśli chodzi o moje wspomnienia, pewnie niewiele wniosę nowego. Byłem w takim wieku, że obowiązywał mnie zakaz wałęsania się gdziekolwiek bez opieki dorosłych, z wyjątkiem podwórka.
Owszem, chodziliśmy nieraz z rodziną w letnie niedziele na "łąkę", czyli teren położony na południe od kościoła św. Kazimierza, nad strumykiem płynącym od "fortów" do zarośniętego w większości trzcinami stawu. Raz do tego strumyka wpadła mi piłka, i wartki prąd zaniósł ją do stawu. Na szczęście któryś ze starszych chłopaków z naszego domu ją tam złapał, i odniósł. Na tę "łąkę" prowadziła ulica biegnąca zachodnim skrajem terenów wytwórni filmowej (obecnie nosi ona nazwę Zbigniewa Cybulskiego); mniej więcej w połowie przecinał ją kanałek odpływowy ze wspomnianego stawu.
Pamiętam, jak w czasie jednej z pierwszych takich wypraw zaskoczył mnie, a nawet trochę przestraszył, widok wzniesionej na horyzoncie jakby olbrzymiej ręki. Później w domu, gdy trochę oswoiłem ten swój przestrach, i zapytałem się, co to za "ręka", usłyszałem, że to skocznia igielitowa, ale wówczas nic mi to nie mówiło. Dopiero wiele lat później, gdy już widziałem w telewizji skoki narciarskie, skojarzyłem to ze swoim wspomnieniem z dzieciństwa. Czasami te wyprawy "na łąkę" przeradzały się w wyprawy "na forty". Wtedy mogłem podziwiać intrygującą mnie skocznię z trochę bliższej odległości. Trochę też zmieniała się perspektywa - już pewnie nie porównałbym jej do ręki.
O pływaniu wówczas nie było mowy - mogłem co najwyżej zamoczyć nogi po kostki przy brzegu.
Opowieści o groźnych "dołach i kanałach" na "fortach" oraz ich ofiarach krążyły i wśród nas, mieszkańców Sieleckiej 24.
To na razie tyle, żeby nie zanudzić, i żeby nie było "grochu z kapustą".
Pozdrawiam wszystkich
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 23/05/09 14:00 Temat postu: |
|
|
Tak, Anastazjo... Współczesność charakteryzuje się „cywilizacją” blokowisk. Niesie ona w sobie izolację, poczucie zagrożenia... ludzie uciekają w anonimowość... Dzieje się tak wszędzie... nawet na prowincji. Już nie sposób odbudować relacji społecznych charakterystycznych dla środowisk miejskich dawnych czasów... Teraz, gdy niespodziewanie natkniesz się na zwykłą, ludzką życzliwość – doznasz zaskoczenia... miłego, ale poczytasz to jako wyjątkowość. Dawniej życzliwa obserwacja otoczenia, sąsiadów, nastawiona była na pomoc. Dawniej wiedziało się z kim ma się do czynienia... Stąd większe poczucie bezpieczeństwa i większa presja środowiska na tzw. „patologie”. Obecnie status materialny sąsiada o niczym nie świadczy... do niczego nie zobowiązuje... Arogancja, czy wręcz zwykłe chamstwo jest tarczą za którą kryją się ludzkie lęki dawniej nieznane. Śladem nieznanych współcześnie stosunków „miedzyludzkich” i relacji sąsiedzkich jest komediowy serial „Alternatywy”. Wykoślawiony przez satyrę obraz, nie oddaje poprawnie „cnót” dobrosąsiedzkich nadając im zdecydowanie pejoratywny charakter. Miał służyć radosnemu wejrzeniu we własne przywary mieszkańcom „blokowisk” a nie ku czerpaniu wzorów... Jednakże uważny widz poddając ocenie zachowania bohaterów tego filmu znajdzie w nich ślad pozytywnych, nieznanych obecnie relacji międzysąsiedzkich...
Tadeusz... Twoje dzieciństwo przypada na okres budowy nowych Sielc. Stąd zrozumiałe są ograniczenia i większa troska Twoich Rodziców dla zapewnienia bezpieczeństwa. W tej sytuacji teren dziecięcych zabaw z konieczności musiał ograniczać się do najbliższego otoczenia jakim było „podwórko”. To już inne czasy, choć odległe od siebie o zaledwie kilka lat... Twoje wspomnienia mogą być również cenne w budowie nieznanej historii Sielc. Zapamiętane szczegóły dadzą obraz pewnej ciągłości, wpisując się w czas kiedy moje zainteresowanie Sielcami zmieniło swoja perspektywę... Nie musisz dbać o chronologię, opisuj zapamiętane obrazy, wątki tematyczne do których aktualnie sięga twoja pamięć...
Co do miejsca tragedii Twojego wujka... Jeśli korzystał z tych samych miejsc kąpielowych w Wiśle co my, to wspomniany wir znajdował się w miejscu gdzie siatka ogrodzenia Stacji Pomp sięgała nurtu Wisły, kilka metrów od brzegu. Wir był potężny... zasysający... o średnicy około dziesięciu metrów. Spieniony, nie wypuszczał z siebie żadnych przedmiotów które się w nim znalazły. Gdy jakaś deska dostała się w jego zasięg to albo została odrzucona na środek nurtu, albo tkwiła w nim przez długi czas na przemian pojawiając się i znikając nawet przez wiele dni. Znaliśmy to z obserwacji, gdy odwiedzaliśmy to miejsce po kilku dniach. Co powodowało ten wir w tym miejscu – nie wiem. Widzieliśmy kiedyś wędkarza który w pobliży tego wiru złowił ogromnego suma. To był prawdziwy potwór.
Łączki za kościołem były urocze... To takie magiczne miejsce na Chełmskiej gdzie dla nas kończyło się „miasto”... Na starych mapach prezentowanych na Forum są w tym miejscu zaznaczone jakieś ulice... Niczego takiego nie pamiętam. Może to tylko życzenia i pomysły projektantów od urbanistyki lat przedwojennych... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 23/05/09 22:47 Temat postu: |
|
|
Jest pewien temat dotyczący Sielc... choć nie tylko... który nie daje się poprawnie zweryfikować. Zbyt długi dystans czasu dzieli współczesne moje spojrzenie na jego źródło. Temat zaś dotyczy pewnego zjawiska charakteryzującego „stare Sielce”. Stare – to znaczy do momentu rozbudowy i napływu nowych mieszkańców. Mówię o zjawisku istnienia „języka sieleckiego”. Temat niewątpliwie wdzięczny dla poszukiwaczy ciekawostek językowych i specjalistów od folkloru językowego, jednakże dla mnie pozostaje odnotować jedynie jako fakt jego istnienie. Nie wiem czy obecnie ktokolwiek zajmuje się warszawskim folklorem językowym tamtych czasów. Z racji ograniczeń jakie nakłada ew. dyskusja na Forum streszczę się do zapamiętanych faktów.
W szkole wymagano przy odpowiedzi posługiwania się „pełnymi zdaniami”, co wpisywało się w ogólnie przyjętą konwencję posługiwania się mową. Na przykład na pytanie nauczyciela „Czy masz odrobiona lekcję?” – wymagana odpowiedź brzmiała: „Tak, proszę pana, mam odrobioną lekcję”. Żadnych skrótów w postaci: „Tak...”. I styl takiej konwersacji był przenoszony na grunt „prywatny” do kontaktów z dorosłymi. Każda wypowiedź była czytelna, wyczerpująca, pełna. Oczywiście inaczej rzecz się miała w kontaktach z rówieśnikami. Posługiwanie się językiem było dowolne... byle zrozumiałe. Powstawały w „naszym” języku nowe określenia, nowe wyrazy będące przede wszystkim pochodną „zbitek” pojęciowych typowych dla wieku dziecięcego. Jednakże nie słownictwo było tu najważniejsze, a sposób wymowy... akcent... coś co można nazwać „melodią” języka. Skąd się to brało?... Być może z osłuchania mowy starych Sielczan... z którymi mieliśmy kontakt każdego dnia.. w różnych okolicznościach. Być może następowało podświadome naśladownictwo?... „Z domu” tego nie „wynosiliśmy”... W naszym dziecięcym środowisku byli synowie i córki urzędników, rzemieślników a nawet spauperyzowane środowiska przedwojennej burżuazji, których trudno posadzić o slang czy niechlujstwo językowe.
Nikt z nas nie był świadom „odmienności” naszej mowy. Nie wiem jak miała się sprawa z moimi kolegami... u mnie na ten fakt zwróciła uwagę matka: „Weź się za siebie... mówisz jak stary Wójcikowski... wstyd...” Co matka chce od starego Wójcikowskiego? Miły starszy pan... i opowiada takie ciekawe rzeczy... Matka nie ustępowała i nastąpił moment gdy zrozumiałem różnicę między „mieee..” a „mnie”, między „Warsiawa” a „Warszawa”, między „siąsiadka” a „sąsiadka”. Przyznam, sporo wysiłku kosztowało mnie „wyprostowanie” mojego języka. Przede wszystkim pomocna była lektura czytana na głos. Dalsza edukacja i zmiany środowisk skutecznie pozbawiły mnie tej „przypadłości”.
Można zlekceważyć ten temat jako mało atrakcyjny i dla wielu współczesnych nie do końca zrozumiały. Lecz w tamtych czasach często był „wizytówką” świadczącą z kim ma się do czynienia... Oto obrazek z „wesołego miasteczka”, które przez kilka sezonów znajdowało się nad Wisłą przy moście Poniatowskiego od strony Muzeum... Chodziliśmy tam niekiedy żądni sensacji i atrakcji „wielkiego świata”. A tam... kilkunastoosobowe grupki „dorosłych” chłopaków z Powiśla, Woli, Pragi, Szmulek, Kamionka... Wiedzieliśmy kto jest skąd... Inna „melodia” mowy była tych z Woli, inna z Powiśla a jeszcze inna ze Szmulek. Nie wulgaryzmy były tu wskazówką, takich w miejscach publicznych nie słyszało się wówczas nawet u „żuli”... Była rozpoznawalna przez nas owa „melodia”... akcent charakterystyczny dla środowisk z tych dzielnic. Rozpoznawaliśmy bezbłędnie.
Po latach gdy po raz pierwszy słyszałem publiczne wykonanie twórczości Grzesiuka, byłem zaskoczony że posługuje się akcentem chłopaków z Woli a nie z Czerniakowa czy Sielc. Z Woli... i w dodatku z „Gibalaka”... Chyba świadomi jesteście że poza „atrakcyjnością” tekstów z piosenek Grzesiuka jest jeszcze pewien nieokreślony urok jego głosu... To mowa starej Warszawy... no i oczywiście określonych środowisk...
Być może szczątki „sieleckiej mowy” pobrzmiewają jeszcze współcześnie... u Owsiaka. Wszak to chłopak z Sielc... Gdy słyszę jego „róbta co chceta” to jakbym słyszał Pietrzakową z magla na Stępińskiej... I dobrze... że jest tak „czytelny” i „rozpoznawalny”... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
globus Aktywny użytkownik


Dołączył: 12/11/07 21:34 Posty: 57 Skąd: Sielce
|
Wysłany: 24/05/09 0:59 Temat postu: |
|
|
Grzesiuk I "Gibalak" ?  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 24/05/09 8:33 Temat postu: |
|
|
Właśnie... I to mnie wówczas zaskoczyło. Z początkiem lat 60-tych oglądałem w "Non-Stop" przy "Atlantiku" filmowy "videoklip" z piosenką śpiewaną przez Grzesiuka. Była to "Apaszem Stasiek był...". Przyznam że robiła wówczas wrażenie... Ja natomiast jeszcze nie pozbyłem sie wraźliwości słuchowej na "melodię językową" warszawskich dzielnic. Znałem chłopców z Woli... z Chłodnej, z Krochmalnej, z Karolkowej i z "Gibalaka" którzy mówili akcentem typowym dla swoich środowisk. Niekiedy różnice były bardzo subtelne, ale przy dłuższej rozmowie można było rozpoznać tych z Karolkowej od tych z "Gibalaka" czy z Siennej.
Myślę że Grzesiuk świadomie wybierał odpowiednią modulację głosu w zależności od śpiewanej piosenki. Przykładem mogą być różnice (gdy podda się analizie pod tym kątem) wykonanie wspomnianego "Apasza..." i "U cioci na imieninach...". Najbardziej "sielecki" akcent pobrzmiewa w "Czabaku".
Miałem kolegę który potrafił naśladować mowę z różnych środowisk Warszawy. Nawet tzw. "kminę kazionną" z Brzeskiej na Pradze. Jest więcej niż prawdopodobne, że piosenki śpiewane przez Grzesiuka powstawały w różnych dzielnicach i różnych środowiskach co, gwoli autentyczności, wymuszało na odtwórcy zachowanie typowych akcentów. Myślę że Grzesiuk z racji osobistego doświadczenia znał to zagadnienie... i przystosowywał je do potrzeb swojej interpretacji "szemranej" twórczości.
Współcześnie różnice w mowie Warszawiaków zatarły się z racji oczywistych jakim było przemieszczanie między dzielnicami. Zniknęły Szmulki, stary Targówek, Gibalak... Jeszcze przed pół wiekiem można było odróżnić pochodzenie po mowie tych z Podlasia od tych z Kurpi... Tych z Wilna od tych ze Lwowa. Jako ciekawostką może być nagranie głosu Piłsudskiego w którym wyraźnie rozpoznawalny jest akcent wileński...
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 25/05/09 22:45 Temat postu: |
|
|
Witam wszystkich.
Zachęcony przez Budrysa i Anastazję spróbuję kontynuować swoje wspomnienia z Sieleckiej. Wiem jednak, że nie dorównam Budrysowi ani treścią, ani chyba też formą.
Na wstępie trochę o sobie. Moi rodzice należeli do "Sielczan napływowych" - w tym wypadku ze wschodniego Mazowsza. Wydaje się, że to nie przeszkodziło w dobrej, jak sądzę, integracji ze środowiskiem naszej kamienicy. Ja urodziłem się dokładnie na Sieleckiej - poród przyjmowała akuszerka Ceglińska, która mieszkała gdzieś po przeciwnej stronie ulicy.
Najstarsze zapamiętane przeze mnie jak przez mgłę obrazy, to śmietnik na podwórku, przydomowe ogródki, "kocie łby" na Sieleckiej i rynsztoki po bokach, droga do kościoła na Chełmskiej, w trakcie której przekraczało się wyjazd z jakiejś "fabryczki" zaopatrzony w wystającą ponad głowami tabliczkę "Uwaga samochód" (później dowiedziałem się, że to stolarnia - zniknęła w trakcie budowy nowych domów między Chełmską a Nowotarską). Później wykopy, pompa wypompowująca z nich wodę, rury, dziwny zapach (jakiegoś środka konserwującego?), dźwigi... i ani się spostrzegłem, jak już mieliśmy kanalizację, wodę w mieszkaniach, a przy Nowotarskiej pojawiły się domy z charakterystycznymi oknami w dachach. Sielecka zyskała nawierzchnię asfaltową, znikł wychodek za budynkiem i przestał przyjeżdżeć beczkowóz wybierający nieczystości (co przedtem było powodem potężnego smrodu co jakiś czas - tydzień? dwa tygodnie? - nie pamiętam). Nasz dom otoczyły rusztowania i został otynkowany (chociaż wydaje mi się, że tylko od ulicy).
Ale jeszcze po drugiej stronie Sieleckiej ku Stępińskiej były zarośla i ruiny, jak mówiono, po jakiejś fabryce. Teren wymarzony do zabawy w chowanego (i nie tylko), do której z jednej strony byłem już po trochu dopuszczany, a z drugiej strony rodzice nie oponowali, bylebym tylko nie chodził po ruinach fabryki i dalej (sam obszar zarośli był widoczny z naszego okna).
Po pewnym czasie uporządkowano również i ruiny, a przynajmniej ich część, i zrobiono skwer między Sielecką, Nowotarską i Stępińską, na którym moje siostry uczyły się jeździć na rowerze. Zlikwidowano ogródki przydomowe od strony ulicy (w tym i nasz), i posiano trawę. Na podwórku z kolei zbudowano piaskownicę.
Część opisanych wyżej przemian odbywała się zapewne w czasie naszych letnich wyjazdów do rodziny na wieś, i dlatego ich momentu nie zarejestrowałem. Nie jestem też pewien chronologii.
Odkąd tylko pamiętam, obszar podwórka od naszego domu aż do ogrodzenia szkoły podstawowej 34L i liceum 34 od strony północnej zamykał dwustronny rząd komórek drewnianych, w których lokatorzy trzymali różne rzeczy (podobno kiedyś ktoś chodował tam nawet prosiaka, ale to mogło być jeszcze przed moim urodzeniem).
I nieliczne zapamiętane wydarzenia. Któregoś lata "beczka śmierci" na rogu Sieleckiej i Gagarina (a może to była jeszcze Nowoparkowa? - nie pamiętam) - jeździł po jej ścianach człowiek na motocyklu.
Co najmniej raz lub dwa razy oglądanie pokazów kolorowych rakiet towarzyszących "Wiankom", widocznych akurat na osi Sieleckiej ponad ogrodzeniem koszar przy Podchorążych.
Przejście całej trasy procesji Bożego Ciała po ulicach Sielc, której towarzyszyła jakaś orkiestra w uniformach (strażacka? - nie pamiętam).
Pamiętam, jak któregoś lata elewacja budynku szkoły z płyt charakterystycznego piaskowożółtego koloru była piaskowana przy pomocy rury wydmuchującej sprężone powietrze z piaskiem pod wysokim ciśnieniem - dość hałaśliwa operacja, na co nakładał się jeszcze hałas sprężarki.
I w końcu przyszedł czas, gdy i ja poszedłem do tej szkoły, wraz ze swoją rówieśniczką, córką sąsiadów i towarzyszką zabaw z podwórka, a już po roku opuściłem Sielce... znowu jakby znienacka, choć spodziewanie - wyjechałem na wieś do babci, i już wróciłem na Wolę, do nowego, 4-pokojowego mieszkania, które w porównaniu z naszą klitką na Sieleckiej mogłoby zasługiwać na miano pałacu, gdyby nie brak wyposażenia...
To na razie tyle o zapamiętanych najbliższych miejscach i zdarzeniach. Pewnie jeszcze co najmniej raz się odezwę, jeśli nie zanudzam. Pozdrawiam wszystkich Sielczan -
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 26/05/09 9:37 Temat postu: |
|
|
W Galerii zdjęcie ciuchci wilanowskiej na Belwederskiej w 1953 r. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 28/05/09 20:44 Temat postu: |
|
|
Witaj Tadeusz... Właśnie o to chodzi. O szczegóły sieleckiego pejzażu z dawnych lat.
Ja też pamietam ową "beczkę śmierci". Wysoka, drewniana konstrukcja z desek gdzie po wewnętrznej stronie jeździł motocyklista. Niekiedy podjeżdzał do samej barierki dla widzów u góry. Na górze znajdowała sie platforma dla widzów, dookoła "beczki". Szybko się połapaliśmy o "śmiertelnych" wyczynach motocyklisty... i szybko przestał być atrakcją.
Ruiny fabryki o której piszesz, to zapewne wspomniana również przeze mnie pozostałość po "Pelikanie". Chociaż mogę sie mylić... Mogły to też być ruiny innej nie zidentyfikowanej przez mnie "fabryczki". Zbyt duża rozpietość w numeracji między parzystą stronę Stępińskiej ("Pelikan" 10-16) a nieparzysta strona Sieleckiej (Twój dom - 23). Może wiecej szczegółów...?
Pozdrawiam _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 28/05/09 23:35 Temat postu: |
|
|
Było o Wiśle, „fortach”, Łazienkach... A zapomniałem o spędzaniu czasu na zabawach w zimie. Dawniej, gdy nie było jeszcze tak znaczących dla pór roku „anomalii pogodowych” zima zaczynała się na św. Marcina, który „przyjeżdżał na białym koniu”. Czyli w dniach 11-12 listopada. Nie pamiętam aby to ludowe przysłowie nie sprawdzało się. Pod wieczór wyglądałem oknem by zaobserwować „pierwszy śnieg”. Gdy zaczynał padać rozbudzał radosną nadzieje na zmianę.
Rano biel śniegu zamieniała otoczenie w bajkowa krainę... Wszystko było inne. Sprawiało wrażenie czystości. Domy, drzewa, place... a nawet ruiny. Droga do szkoły była pasmem ślizgawek na chodnikach, na jezdni. Poza uprzątaniem śniegu na chodnikach przed domami przez „gospodarzy” nikt go nie usuwał dalej niż do krawędzi chodnika. W miejscach gdzie przy ulicy nie było zabudowań, śnieg zalegał przez całą zimę. Na jezdniach brukowanych „kocimi łbami” po każdych opadach narastała gruba warstwa ubita kołami pojazdów.
Na mojej ulicy najbliższym terenem zimowych zabaw były „bunkry”. Znajdował się on na rogu Stępińskiej i Bończej. Masywny, betonowy, obły kadłub bunkra częściowo wkopany w ziemię do którego schodziło się po kilku schodkach został zbudowany prawdopodobnie jako schron uliczny. Nie wiem przez kogo i w jakim czasie. Długości ok. 15 metrów i szerokości wewnątrz ok. 2 metrów. Posiadał na swoich załamanych pod katem prostym krańcach dwa wejścia. Te krańcowe „odnogi” bunkra miały ok. 5 metrów. Całość częściowo obsypana ziemią tworzyła wzgórek o wysokości ok. 2 metrów. I to było miejsce zimowych „szaleństw” okolicznej dzieciarni. Niekiedy do późnych godzin wieczornych w blasku stojącej na rogu latarni zabawa trwała w najlepsze. Przeważało zjeżdżanie na butach, na „byle czym” i niekiedy na wymarzonych łyżwach przykręcanych specjalnym kluczykiem do butów. Ten rodzaj łyżew musiał wymyślić jakiś sympatyk szewskiego fachu, dostarczając szewcom klientów... Mimo że obuwie zimowe (kamasze) tamtych czasów było solidne, to przez deformację zelówki przy przykręcaniu łyżew osłabiało ją... i bywało że w trakcie ślizgania się po nierównej powierzchni i zawadzeniu o kamień czy cegłę... zelówka się obrywała. Były łyżwy przykręcane do obcasa i podeszwy, były też przykręcane tylko do podeszwy, zaś w obcas na spód którego przybijana była metalowa płytka z otworem wchodził krótki profilowany sztyft. Oba typy łyżew były oczekiwanym marzeniem jako prezent „pod choinkę”. Ale największym marzeniem i obiektem podziwu były „hokeje”. Czyli buty ze sztywną cholewką i przymocowanymi do nich fabrycznie łyżwami znacznie wyższymi od wymienionych wyżej. Były również inne akcesoria umożliwiające uprawianie przez nas „zimowych sportów”. Wystarczył żelazny pręt o kanciastym profilu zagięty pod katem prostym, gdzie na krótszym odcinku stawiało się stopę, przytrzymując ręka za dłuższy i... odpychając się nogą hulało po ubitym śniegu sieleckich ulic. Różnie nazywano ten „wynalazek”. U nas było to „melo”.
Były i inne sposoby na ślizganie się poza wymienionymi. Były to „żabki” przybijane przez szewców... lub samodzielnie, do obcasów butów. Skutecznie poprawiały „nośność” obuwia po lodzie. Inną metodą była jazda na krawędziach „podkówek”. Ich posiadacz po umiejętnym wykręceniu nogi w kostce mógł szybciej i z „fasonem” zjeżdżać z pagórków na których znajdowały się ślizgawki.
Do zabaw zimowych „na bunkrach” dochodziły jeszcze inne. Przede wszystkim czepianie się z rzadka przejeżdżających samochodów lub furmanek. Z tymi ostatnimi był jednak niekiedy problem... Nie wszyscy woźnice byli wyrozumiali i można było „oberwać” batem. Co prawda bez większego uszczerbku, ponieważ skutecznie chroniło grube, zimowe ubranie. Z rzadka spotykało się sanki... Przeważnie chałupniczej roboty z rurek lub kątownika.
Jednak największą „frajdę” mieliśmy po wyjściu ze szkoły. Ze skarpy, w okolicach ruin pałacyku Szustra biegły w dół dwie lub trzy ślizgawki o różnym stopniu trudności. Te ślizgawki to śnieżno-lodowe rynny z zakrętami i progami do skoków na których popisywali się starsi chłopcy. Ciągnęły się niekiedy do połowy długości Grottgera. O ich „jakość” dbali chłopcy z Grottgera i Promenady, polewając na noc wodą przynoszoną w wiadrach. Tymi lodowymi rynnami można było też zjeżdżać na teczkach, kawałkach desek lub blachy. W gruzach pałacyku miałem schowaną pogięta tacę znaleziona w jego ruinach, która służyła mi przez kilka sezonów... może nawet była srebrna?...
Były też rzadkie wypady na wagary do Powsina. Od stacji w Powsinie trzeba było pokonać drogę do Ośrodka w wysokim, kopiastym śniegu. Bardzo męczące... ale warto było. Po schowaniu, zagrzebaniu w śniegu teczek, mogliśmy za jedyne 2 złote i legitymacje szkolną wypożyczać narty na wiele godzin. Pusty w zwykłe dni Ośrodek z przyległymi pagórkami był widownią naszych popisów narciarskich. Przeważnie kończyły się one zamierzonymi lub nie, wywrotkami i ostateczny wynik – to przemoczone ubranie. Mimo świadomości, że nasze wagary zostaną prędzej czy później odkryte z oczywista ich konsekwencją... uważaliśmy że „warto jednak było”... Co teraz dla mnie zastanawiające... nie lepiliśmy bałwanów. Znaczy się – my, chłopcy. Bałwanami zajmowały się dziewczynki. Były takie nie wytrzymałe na „sportowe” igraszki... Byle garść śniegu wsypana im za kołnierz powodowała wrzask i skargi do matki... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|