 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Wspomnień czar...
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 29/05/09 0:49 Temat postu: |
|
|
Budrys napisał:
| Cytat: | | Na mojej ulicy najbliższym terenem zimowych zabaw były „bunkry”. Znajdował się on na rogu Stępińskiej i Bończej. Masywny, betonowy, obły kadłub bunkra częściowo wkopany w ziemię do którego schodziło się po kilku schodkach został zbudowany prawdopodobnie jako schron uliczny. Nie wiem przez kogo i w jakim czasie. Długości ok. 15 metrów i szerokości wewnątrz ok. 2 metrów. Posiadał na swoich załamanych pod katem prostym krańcach dwa wejścia. Te krańcowe „odnogi” bunkra miały ok. 5 metrów. Całość częściowo obsypana ziemią tworzyła wzgórek o wysokości ok. 2 metrów. |
Jak dobrze, że to napisałeś. Tylko w jednym źródle czytałam o bunkrze w tym miejscu. Ale nigdzie więcej, więc myślałam, że ktoś się pomylił. A jednak ten bunkier naprawdę istniał. Niesamowite... _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 29/05/09 8:13 Temat postu: |
|
|
Po latach... gdy pogłębiała sie moja wiedza bardziej szczegółowa na tematy "wojenne", doszedłem do wniosku że ów bunkier był przeznaczony jako schron przed odłamkami w czasie ostrzału. Wskazywał na to kształt, owe załamania pod kątem w stosunku do centralnej (dłuższej) części bunkra. Dla kogo? Dla ludności cywilnej? Być może powstał w okresie gdy budowano w Warszawie w kilku miejscach "baseny", tj, zbiorniki na wodę do celów przeciwpożarowych... Kiedyś widziałem zdjęcia takich "basenów" z czasów okupacji. Wówczas ów "bunkier" wpisywałby się w jakieś szersze plany obronne... Nie wiem, ale warto to sprawdzić.
Bunkier kształtem przypominał literę "C" z linii prostych. jakby "klamrę". Dłuższą, centralną częścią biegł równolegle z ul Stępińską, Jedno wejście znajdowało sie od ul. Bończej, drugie po jego przeciwległej stronie. Od chodnika na Stępińskiej i Bończej odległość wynosiła ok 10 metrów. Od strony Stępińskiej, na samym rogu stał murowany mały domek "babci". Może pozostałość po jakimś sklepie lub kiosku wolnostojącym, zamienionym na mieszkanie owej "babci"... I jeszcze szereg jesionów wzdłuż Stępińskiej w tym miejscu. Na Bończej drzew nie było.
Może więcej o "bunkrze" wiedział by ów Pan z Bończej, którego spotkałaś podczas rajdu po Sielcach...
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 29/05/09 8:21 Temat postu: |
|
|
Witaj Tadeusz. Dziękuje za wskazówki. O miejscu "wiru" na Wiśle juz pisałem...
Co do miejsca tragedii Twojego wujka... Jeśli korzystał z tych samych miejsc kąpielowych w Wiśle co my, to wspomniany wir znajdował się w miejscu gdzie siatka ogrodzenia Stacji Pomp sięgała nurtu Wisły, kilka metrów od brzegu. Wir był potężny... zasysający... o średnicy około dziesięciu metrów. Spieniony, nie wypuszczał z siebie żadnych przedmiotów które się w nim znalazły. Gdy jakaś deska dostała się w jego zasięg to albo została odrzucona na środek nurtu, albo tkwiła w nim przez długi czas na przemian pojawiając się i znikając nawet przez wiele dni. Znaliśmy to z obserwacji, gdy odwiedzaliśmy to miejsce po kilku dniach. Co powodowało ten wir w tym miejscu – nie wiem. Widzieliśmy kiedyś wędkarza który w pobliży tego wiru złowił ogromnego suma. To był prawdziwy potwór.
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 29/05/09 11:01 Temat postu: |
|
|
Witam wszystkich.
Budrysie, pamiętam Twoje objaśnienia dotyczące miejsca groźnego wiru na Wiśle. Po prostu nie wiem, gdzie znajdowało się to ogrodzenie stacji pomp, o którym pisałeś. Jak ono było położone np. w stosunku do trójkątnego zbiornika wodnego zwanego, zdaje się, "osadnikiem"? Gdybyś miał dostęp do "serwisu historycznego" na http://www.mapa.um.warszawa.pl/ , to moglibyśmy dla uściślenia dodatkowo posługiwać się współrzędnymi kursora. Ale i tak jestem Ci wdzięczny za dotychczasowe informacje.
| Budrys napisał: | ...Ruiny fabryki o której piszesz, to zapewne wspomniana również przeze mnie pozostałość po "Pelikanie". Chociaż mogę sie mylić... Mogły to też być ruiny innej nie zidentyfikowanej przez mnie "fabryczki". Zbyt duża rozpietość w numeracji między parzystą stronę Stępińskiej ("Pelikan" 10-16) a nieparzysta strona Sieleckiej (Twój dom - 23). Może wiecej szczegółów...?
Pozdrawiam |
Ja przypuszczam, że to raczej była fabryka części i podzespołów radiowych Horkiewicza. Nasz dom był mniej więcej na 2/3 odległości od Chełmskiej do Gagarina (wcześniej zwanej Nowoparkową). Był po parzystej stronie Sieleckiej, pod numerem 24. Prawie naprzeciwko, z lekkim przesunięciem na północ, stała kamienica Sielecka 35, 37 lub 39 (nie pamiętam dokładnie numeru), a na południe od niej był pusty teren pokryty trawą i zaroślami. Teren ten od strony Stępińskiej zamykały ruiny wspomnianej fabryki.
Pozdrawiam wszystkich Sielczan, i innych czytelników naszego Forum.
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 31/05/09 8:19 Temat postu: |
|
|
Nie potrafię wkleić obrazka do postu, więc zamieszczam w "mojej galerii".
Na fotomapie z 1945 r.
1) zaznaczona lokalizacja "schronu" przy Bończej
2) "wir na Wiśle" - żółty - "droga mirabelkowa" przy ogrodzeniu Stacji Pomp, - czerwony - lokalizacja "wiru". Ukształtowanie brzegu mogło ulegać zmianie pod wpływem wylewów rzeki podczas powodzi w następnych latach. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 01/06/09 11:15 Temat postu: |
|
|
Witam.
Budrysie, dziękuję za wskazanie tego groźnego wiru na Wiśle. Nie wiem, rzecz jasna, czy to właśnie tam mój wujek stracił życie.
Kontynuując moje wspomnienia z Sielc przełomu lat 50/60 oraz wczesnych lat 60-tych i ja poruszę temat zimy. Będzie to okazja do dalszego opisu tego rejonu Sieleckiej, gdzie mieszkałem.
Uprawianie rozrywek zimowych ułatwiały nam dwa urozmaicenia terenowe. Pierwsze, to z grubsza półmetrowej wysokości skarpa, jaka była między północną ścianą szczytową naszej kamienicy i linią komórek zamykających obszar podwórza między domem a ogrodzeniem szkoły 34L (obecnie Cervantesa), a wybrukowanym trylinką łącznikiem ulic Sieleckiej i Iwickiej, który stanowił m.in. dojazd do szkoły. Drugie - to chyba półtorametrowej wysokości wzgórek na ruinach fabryczki (prawdopodobnie Horkiewicza) po przeciwnej, nieparzystej stronie Sieleckiej.
Oba zjazdy kończyły się na ulicach, i jako takie stanowiły potencjalne zagrożenie dla bawiących się dzieci. Jednak dojechanie na sankach do Sieleckiej wymagało bardzo silnego odepchnięcia się na wzgórku, a może nawet pomagania sobie po drodze, więc ryzyko było znikome. Z kolei uliczką "trylinkową" praktycznie nic nie jeździło (regularnie to tylko śmieciarka - chyba nawet nie codziennie). Ale dla saneczkarzy niska skarpa była mało atrakcyjna. Zjeżdżało się tam natomiast po ślizgawkach, na butach lub łyżwach. Jednak dorośli co jakiś czas niszczyli te ślizgawki, wysypując na nie popiół z kuchni węglowych (dla naszego bezpieczeństwa).
Było też lodowisko na podwórku.
Starsi saneczkarze chodzili zjeżdżać ze skarpy "pod pałacyk" - chodziło niewątpliwie o pałacyk Szustra nad "Morskim Okiem". Ale ja do tego etapu wtedy jeszcze nie dorosłem.
Z ciekawostek dotyczących zimy pamiętam również, że jeden z mieszkańców naszej kamienicy, który był kierowcą ciężarówki, w czasie opadów śniegu miał na tej ciężarówce montowany pług. Nie wiem, czy było to rozwiązanie wspomagające jakieś służby odśnieżania, czy też takich wyspecjalizowanych służb po prostu wtedy jeszcze nie było.
To na razie tyle. Pozdrawiam wszystkich.
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 02/06/09 17:09 Temat postu: |
|
|
Po latach... gdy wracały wspomnienia, odkryłem, że w latach mojego dzieciństwa czas biegł wolniej. Tyle różnych spraw, wydarzeń, składało się na jeden dzień... Inna była percepcja czasu. Jeden tydzień dawniej, to jak jeden miesiąc obecnie... Dwa miesiące wakacji to jak cała epoka wypełniona rozlicznymi przygodami.... Żyliśmy szybciej... zachłanniej... i niepostrzeżenie „dorośleliśmy”.
Wraz z dorastaniem zmieniały się nasze marzenia... Rozrywki też uległy zmianie. Coraz rzadsze, przypadkowe spotkania z dawnymi kolegami były jedynie wymianą informacji o nowej szkole, o nowych miejscach poza Sielcami, o nowych kolegach... Już nie było wspólnych wypraw na „forty” czy nad Wisłę... już nie przełaziliśmy całą zgrają przez mur na zabawy do Łazienek... Już nie było „wycierania się” po zakamarkach nowych budów... Długie spodnie zobowiązywały... A tak bardzo pragnęliśmy być „jak dorośli”... W zachowaniu również. I to zobowiązywało. Dochodził jeszcze do tego brak czasu. Nauka, dojazdy, nauka... i tak zajęcia dnia zamieniały się w swoisty rytuał wymuszany na nas przez czas i miejsce w którym się znaleźliśmy. Gdy spotykaliśmy kolegów rozmowa się zaczynała i kończyła: „Cześć... jak leci?... no to cześć...”. Jedynie do koleżanek zaczęliśmy mówić: „Dzień dobry...”. Jedynie dla nich znajdowaliśmy niekiedy czas na grzeczny spacer po Łazienkach..., na wyprawę „na lody” do „Zielonej Budki” na Puławską..., na pożyczenie książki... Zaczynały nas onieśmielać... dziwnie szybciej „doroślały” niż my...
Sielce między 1954 a 1960 rokiem w mojej pamięci to okres bałaganu budowlanego. Wykopy, rusztowania, objazdy... „wywrotki” dowożące na budowy piach, cement i wapno znaczyły na jezdniach i chodnikach nieusuwalny przez całe lata ślad. Nie pamiętam w tym krajobrazie dni słonecznych... Ucieczka z tego miejsca była marzeniem wielu. Zaczynał się robić tłok... Zmieniali się sąsiedzi, odchodzili do nowych mieszkań w innych dzielnicach. Mieszkań „spółdzielczych”, „z pracy” lub wyżebranych w różnych instytucjach. Nowi lokatorzy zasiedlający opuszczone przez „szczęśliwców” lokale nie zawsze wpisywali się w „starosieleckie” standardy... Zaczynało się robić nieciekawie... Jedno trzeba przyznać „ludowej władzy”... nie było ludzi bezdomnych. Obowiązywał „kurs na człowieka” i sprawy tzw. „potrzeb” załatwiano według możliwości. A często tych możliwości nie było wiele... Co bardziej zdeterminowani fatalnymi warunkami mieszkaniowymi i beznadziejnym oczekiwaniem wymuszali nowe mieszkanie w sposób dość oryginalny i... skuteczny. Były przypadki gdy jakaś rodzina lokowała się przed Pałacem Kultury i Nauczki na przyszłość z całym dobytkiem na noc... lub pod „Poniatowszczakiem”, i... rano dostawali klucz do nowego mieszkania na nowym osiedlu. Ale takich odważnych, stosujących prowokacyjne metody było niewielu. Większość czekała cierpliwie. Ja też.
Istnieje współcześnie pewien mit o „tamtych” czasach... O represjach za słuchanie muzyki jazzowej, za czytanie „zakazanych” lektur, za okazywanie „religijności”, za słuchanie „Wolnej Europy”... Jeżeli te wszystkie „nieprawomyślne” działania nie miały charakteru prowokacyjnego, „władza” udawała że nie widzi... Oczywiście z wyjątkami... Jeżeli ktoś na zabawie publicznej z okazji „22 lipca”, czy na „płycie” na Powiślu przy Rozbrat tańczył „Korea hop...” lub oficjalnym klubie młodzieżowym „puszczał” muzykę jazzową, to musiał liczyć się z uznaniem tego za prowokację a w rezultacie zamknięciem na „24 godziny” albo „pałowaniem”. Nikt nie chodził z „Kulturą” paryska pod pachą na spacer po Jerozolimskich, nikt nie puszczał z radia na cały regulator „Wolnej Europy”... Ludzie czytali, słuchali, bawili się jak kto chciał... byle we własnym gronie i nie publicznie. Co bardziej „rozrywkowi” z młodzieży ubierali się na „bikiniarzy”. Była to kosztowna rozrywka, ponieważ byle ciuch kupiony na bazarze przy pl. Szembeka kosztował krocie. A tak naprawdę to ubiory „bikiniarzy” nijak się miały do amerykańskiej mody. Była to raczej karykatura... ale amerykańska. W czasie takiej „parady bikiniarzy” po Śródmieściu ludzie mieli „ubaw po pachy”. Inspirowało to co bardziej krewkich przedstawicieli „władzy” do walki o „socjalistyczne wychowanie” i ... napuszczali na nich „aktyw” młodzieżowy z ZMP... ganiali się z nimi po ulicach. A gdy dopadli... ucinali nożyczkami krawat z „gołą babą”. Po latach wyrosła z tego legenda o „walce ideologicznej”.
Na Sielcach nie było „bikiniarzy”. Nie było komu pokazywać się... A i koszt bycia „bikiniarzem”, ten wymierny, w złotówkach, też był znaczny. Nie każdego było stać... Jedynie idąc za ówczesną modą strzygliśmy się „w kancik”. Nosiliśmy „plerezy” nabłyszczane nieprawdopodobnymi ilościami brylantyny. To byłby prawdziwy szok dla współczesnych fachowców od „zdrowych włosów”.
Jeżeli interesuje Was ówczesna moda młodzieżowa, to pociągnę ten watek w następnym poście. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 07/06/09 21:50 Temat postu: |
|
|
Witam wszystkich Sielczan.
Budrysie, Twoje wspomnienia są, jak zwykle, bardzo ciekawe. Z pewnością tak samo będzie i z dalszym drążeniem wątku mody młodzieżowej.
Ja w tym temacie nie mam w związku z Sielcami nic do powiedzenia. Wówczas te sprawy mnie nie interesowały. W oczekiwaniu więc na dalszy ciąg Twoich wspomnień zamieszczam tymczasem kolejną porcję moich. Tym razem będzie trochę o instytucjach.
Wiele razy miałem do czynienia z przychodnią. Gdy objawy choroby wyglądały zbyt poważnie jak na "domowe sposoby", najpierw rodzice wzywali lekarza na wizytę domową. Później po kuracji antybiotykowej (z reguły była to popularna wówczas oxyteracyna, czasem zastrzyki z penicyliny robione przez przychodzącą pielęgniarkę) chodziłem na wizytę kontrolną do przychodni, która mieściła się przy ulicy Górskiej. Kilka wizyt w tej instytucji było też związanych ze szczepieniami lub badaniami okresowymi. Idąc do przychodni po drodze z Sieleckiej mijało się gdzieś w okolicy Stępińskiej cukiernię.
W przychodni nasz rejon obsługiwała doktor Ring.
Jeśli były potrzebne jakieś dalsze leki (zwykle były to jakieś witaminy wzmacniające), potem szliśmy dalej, na Chełmską do apteki na rogu Chełmskiej i Górskiej.
Drugą instytucją, którą tu wspomnę, była poczta na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej. Byłem tam chyba tylko raz, ale mogę tę wizytę ocenić bardzo pozytywnie.
Było to w 1 klasie szkoły podstawowej, niewątpliwie w drugim półroczu, gdy już, zgodnie z programem, umieliśmy pisać. Pani zabrała nas na pocztę, abyśmy nauczyli się napisać, zaadresować i wysłać kartkę pocztową. Wtedy były dwa nominały znaczków (na list miejscowy i zamiejscowy), oraz były dwie skrzynki: czerwona na listy zamiejscowe i zielona na listy miejscowe. Gdy po zakończeniu tej wycieczki wróciłem do domu, tego samego dnia około południa listonosz przyniósł moją kartkę.
W zasadzie wydaje się że to nic wielkiego, jeśli dokonuje się wstępnej segregacji już na miejscu wysłania przesyłki. Ale nie wiem, czy w dzisiejszych czasach poczta zadziałałaby tak szybko.
Pozdrawiam wszystkich -
Tadeusz. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 10/06/09 17:45 Temat postu: |
|
|
Tadeusz napisał:
| Cytat: | | Drugą instytucją, którą tu wspomnę, była poczta na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej. |
Czytałam gdzieś o tej poczcie. Z tego tekstu wynikało, że owa poczta mieściła się po wschodniej stronie ul. Czerniakowskiej. Tam, ze względu na grząski grunt stawiano lekkie konstrukcje. I poczta też podobno mieściła się w drewnianym domku.
Tadeusz, proszę, określ dokładne położenie poczty i potwierdź lub zaprzecz moim informacjom. Pozdrawiam  _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 10/06/09 20:43 Temat postu: |
|
|
Witam Forumowiczów.
Anastazjo, potwierdzam, że ta poczta znajdowała się po wschodniej stronie Czerniakowskiej. Nie pamiętam już, czy była naprzeciwko kina "Czajka", czy też zajezdni. A może nawet dokładnie na osi Chełmskiej? Nie zapamiętałem też, jaka tam była zabudowa - po prostu w tej okolicy bywałem zbyt rzadko (ze trzy razy w "Czajce" i pewnie tylko raz na samej poczcie); zresztą na etapie poranków poczta mnie jeszcze nie interesowała.
Z kolei z "Czajki" zapamiętałem to, że wchodziło się tam po schodach na któreś piętro, przy wejściu na salę stała bileterka lub bileter w jakimś uniformie, a sala była oświetlona wiszącymi świetlówkami, które miały różne odcienie - część była białych, ale niemało też było żółtawych i różowawych. Wśród muzyki puszczanej przed seansem często słyszałem śliczny utwór na klarnet i fortepian (później dowiedziałem się, że nosi on nazwę "Mały kwiat"). Albo obsługa też go lubiła, albo mieli mały wybór płyt.
Pozdrawiam wszystkich -
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Xawery Ekspert

Dołączył: 09/09/07 17:41 Posty: 180 Skąd: Warszawa Sielce
|
Wysłany: 11/06/09 1:22 Temat postu: |
|
|
Pamietam dobrze, że poczta mieściła sie po wschodniej stronie ulicy Czerniakowskiej, kilkadziesiat metrów od wylotu Chełmskiej,w kierunku Wilanowa.
Był to parterowy budynek drewniany. Z poczty wychodziło sie prawie bezpośrednio na przystanek tramwajowy w kierunku Śródmieścia. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 11/06/09 10:51 Temat postu: |
|
|
Czas mija... Bez mała pół roku minęło od mojego pierwszego postu na Waszym Forum. Była zima (ech... dawniej to były zimy!...) i domowe zacisze sprzyjało w taka porę wspomnieniom o czasie minionym... Ale i wspomnienia, jak wszystko na tym świecie, ma swój kres. Czas mojego dzieciństwa... okres „starych Sielc” kończy się na połowie lat 50-tych. Dalsze wspomnienia już są mniej ciekawe. O ile obraz Sielc przełomu lat 40-tych i 50-tych zawiera dla mnie bardzo silny ładunek emocjonalny z racji bezpośredniego kontaktu z „ulicą” i rówieśnikami, tak okres późniejszy jest szary i bez wyrazu... Zdominowany pragnieniem by jak najszybciej opuścić to miejsce, coraz bardziej obce... zatłoczone... zmieniające swój dawny, zaściankowy charakter i niepowtarzalną nigdy później atmosferę sieleckiej ulicy. Nowe domy, nowi ludzie... Piaseczyńska nie do poznania... Stegny... szybko znikają podwilanowskie łąki... Już niewielu mówi na ulicę Sobieskiego - „królewska droga”... Ogrodzenie Łazienek na odcinku Podchorążych zmieniono na stylowe w miejsce czerwonego muru... Nowe wejście do parku na wprost Stępińskiej... Z pewnością ładniej, funkcjonalniej... i z myślą o dalszych zmianach jakie czekały Sielce. A mnie jest troszeczkę żal dawnej Podchorążych... cichej o zmroku... z gazowymi latarniami... z krzywymi płytami chodnikowymi... z tupotem podkutych butów żołnierzy wracających z przepustki...
Zniknęły wszystkie te „magiczne” miejsca, gdzie czuło się dziwny, irracjonalny związek z historią... tą dawną... Miejsc, które zniewalały swym niewytłumaczalnym urokiem... Ostatnim takim miejscem, już poza Sielcami, był plac Bernardyński. Poniżej nasypu na którym znajdowała się pętla tramwajowa, na łące pasły się konie... Cisza i spokój. Z rzadka zajeżdżały tramwaje na krótki postój... I ostatnie łąki ... hen... po Jeziorko Czerniakowskie. Ale największym przeżyciem w rodzaju dejavu było przekroczenie bramy w białym murze odgradzającym mały kościółek... W słoneczne popołudnie słońce zaglądało do wnętrza przez kolorowe witraże... Można było w ciszy chłonąć niepowtarzalna atmosferę malutkiego wnętrza z igrającymi po barokowym wnętrzu kolorowymi refleksami świetlnymi. Zdobiona krata odgradzała kruchtę od wnętrza... Podobny kościółek oglądałem kiedyś na Wawrzyszewie.
Zaniechałem pomysłu by ciągnąć wątek o modzie. Byłoby nie na temat „sielecki”. Może ogólnowarszawski... jednak nie mieszczący się ściśle w tematyce sieleckiej.
Od tej pory będę jedynie obserwatorem i czytelnikiem Waszych postów. Oczywiście z ograniczonym prawej zabierania głosu w sprawach aktualnych dotyczącym Sielc. Przecież nie jestem już Sielczaninem...
Czytając Wasze posty w różnych tematach jestem pełen podziwu dla wiedzy i dociekliwości w szczegółach sieleckiej historii. Oczywiście jeśli ma się wgląd w różne archiwalia... Przy tej okazji chciałbym zasygnalizować pewien „refleksyjny” temat. Dotyczy on analiz fotomap z serwisu historycznego Warszawy. Otóż... porównując Sielce na tych mapach z 1935, 1939 i 1945 roku, wysnułem wniosek, że pięcioletni okres między 1935 a 1939 rokiem był niesłychanie dynamiczny w budownictwie. I, co ciekawe, większość „substancji mieszkaniowej” pochodząca z tamtych lat ostała się w stanie nadającym do odbudowy w latach powojennych. Najwięcej spustoszenia dokonano w „parterowej’ zabudowie w centrum Sielc. Gdyby nie wojna, jak wyglądałyby Sielce po kolejnych pięciu latach?...
Kończąc „swój” czas na tym forum, oddaję głos Tadeuszowi i innym uczestnikom, którzy z pewnością maja wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia ze swego dzieciństwa (i nie tylko) na Sielcach... Taka niewielka zmiana „pokoleniowa” zawsze wychodzi na dobre...
Pozdrawiam Was Wszystkich bardzo serdecznie i... do następnej okazji na dialog w tematyce sieleckiej. Dziękuję również Adminowi za cierpliwość i wyrozumiałość. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 14/06/09 21:10 Temat postu: |
|
|
Witam wszystkich Sielczan (także i byłych).
Budrysie, w naszym domu (dokąd w nim mieszkałem) nazwa "Królewska Droga" była również używana, wydaje się, że na równych prawach z "Sobieskiego". Pierwszy raz zapamiętałem tę nazwę w związku z czyjąś relacją, że Królewską Drogą wjeżdżał do Warszawy Wyścig Pokoju. Ja pewnie byłem wtedy za mały, by to zdarzenie obserwować osobiście. Były to czasy zwycięstw raczej już Magiery, choć jeszcze wiele mówiło się o Królaku. Ale któryś z późniejszych Wyścigów już widziałem - na Belwederskiej lub Sobieskiego / Królewskiej Drodze.
W okresie fali szału po którymś Wyścigu młodzież z naszego domu (a może i z sąsiednich?) urządziła sobie lokalny wyścig na rowerach. Było to kilka okrążeń wiodących, z tego co pamiętam, m.in. Górską, Tatrzańską i Nabielaka. Nagrodą był wieniec, uwity przez dziewczyny.
W ogóle w czasie przełomu lat 50/60-tych młodzież przejawiała więcej inwencji przy urządzaniu sobie zabaw. Kiedyś z kolei córki jednej z naszych sąsiadek, Zosia i Krysia, wymyśliły, żeby wystawić przedstawienie na podstawie bajki Andersena "Księżniczka na ziarnku grochu". Przedstawienie było kostiumowe (stroje były z prowizorycznie przerobionych ubrań dorosłych), oraz były użyte różne pomysłowe rekwizyty, których już jednak nie pamiętam. Wykorzystano nasze mieszkanie, w którym kuchnia była oddzielona od pokoju przepierzeniem, i mogła pełnić rolę przebieralni (a przepierzenie - kulis). Powieszono też na rozpiętym sznurku koc w roli kurtyny. Jeden z chłopaków, Andrzej, był operatorem "reflektora", czyli latarki, która była wykorzystana w scenie nocnej, gdy księżniczka wierciła się na "łóżku" (łóżeczko dziecinne?), nie mogąc zasnąć z powodu tytułowego ziarnka grochu podłożonego pod kilkoma materacami.
Przedstawienie zostało uznane przez dorosłych za sukces - niewątpliwie bardziej organizacyjny, niż aktorski czy reżyserski.
Ale powoli zaczęła wchodzić telewizja, która już od dłuższego czasu zabija pozytywną wyobraźnię dzieci, a także przyczynia się do zaniku życia rodzinnego. Paradoksalnie jednak początkowo chyba jakoś sprzyjała integracji życia w kamienicy - po prostu telewizorów było mało, i na telewizję chodziło się do sąsiadów.
To na dzisiaj tyle. Trochę niejednorodna tematyka wyszła, ale uznałem, że warto wspomnieć o ówczesnych inicjatywach młodzieży, może bardziej związanych z takimi, a nie innymi czasami, niż akurat z Sielcami. Ale do końca nie wiadomo - może jakiś genius loci?
Pozdrawiam -
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ewa Lichosik Użytkownik

Dołączył: 26/04/09 0:05 Posty: 4
|
Wysłany: 16/06/09 23:09 Temat postu: |
|
|
| tg3a napisał: | Witam Forumowiczów.
Anastazjo, potwierdzam, że ta poczta znajdowała się po wschodniej stronie Czerniakowskiej. Nie pamiętam już, czy była naprzeciwko kina "Czajka", czy też zajezdni. A może nawet dokładnie na osi Chełmskiej? Nie zapamiętałem też, jaka tam była zabudowa - po prostu w tej okolicy bywałem zbyt rzadko (ze trzy razy w "Czajce" i pewnie tylko raz na samej poczcie); zresztą na etapie poranków poczta mnie jeszcze nie interesowała.
Z kolei z "Czajki" zapamiętałem to, że wchodziło się tam po schodach na któreś piętro, przy wejściu na salę stała bileterka lub bileter w jakimś uniformie, a sala była oświetlona wiszącymi świetlówkami, które miały różne odcienie - część była białych, ale niemało też było żółtawych i różowawych. Wśród muzyki puszczanej przed seansem często słyszałem śliczny utwór na klarnet i fortepian (później dowiedziałem się, że nosi on nazwę "Mały kwiat"). Albo obsługa też go lubiła, albo mieli mały wybór płyt.
Pozdrawiam wszystkich -
Tadeusz |
Witam wszystkich sielczan.
Poczta znajdowała się naprzeciwko zajezdni, natomiast naprzeciwko kina znajował się zakład szklarski oraz stolarnia, do której wejście było od strony podwórka. Prowadził ją, o ile dobrze pamiętam Pan Kostusiewicz. Z podwórka było również wejście do zakładu masarskiego oraz warsztatu ślusarskiego, który prowadził mój tata. Dobrze pamiętam to miejse bo przez wiele lat, codziennie, zanosiłam tacie ciepłe obiady. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 17/06/09 10:25 Temat postu: |
|
|
Witam...
No proszę... O bardzo ciekawych sprawach piszesz Tadeusz. Właśnie takie szczegóły z życia na Sielcach potrzebne są do pełniejszego obrazu tamtych czasów. Prosimy o wiecej... A może Ewa dorzuci jakieś szczegóły?....
Pozdrawiam _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|