Forum Sielce

Sielce - dolny Mokotów - Warszawa

Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
 
 AlbumAlbum   PomocPomoc   SzukajSzukaj   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wspomnień czar...

Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 11, 12, 13, 14, 15, 16  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sielce -> Historia Sielc
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 21/08/09 21:36    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Przepraszam za zwłokę... komp mi się sypie...
„Na wygnaniu” – czyli o „bandytach z Warszawy”...
Dość długo, powoli, jechaliśmy furmankami na miejsce przeznaczenia. Po drodze odłączały się od kolumny po kilka, kierując się do widocznych nieopodal głównego szlaku wiosek. Do „naszej” wioski dotarliśmy nocą. Woźnica-gospodarz zaprowadził nas do chałupy gdzie stara kobieta zaprowadziła nas do izby w której stało legowisko zasłane jakimiś ciężkimi derkami. W świetle lampy naftowej trzymanej przez gospodynię nowe otoczenie wypełnione mrokiem jawiło się dla mnie jako tajemnicze, nowe, ciekawe... Gospodyni wychodząc zabrała lampę... Ciemno. Zostaliśmy z matka sami... Starszego brata wysadzono na początku wsi. Skierowano do innego gospodarza. Wydawało się że wszystko było zawczasu zaplanowane... w szczegółach... po niemiecku... Do takich wniosków doszedłem później... po latach. „Mamo... jeść...”. Matka szuka czegoś w tobołku... Drzwi się otwierają. Z progu gospodyni pyta „chceta wrzątku?”... Tak. W obszernej kuchennej izbie siadamy przy stole. Do blaszanych kubków gospodyni nalewa z jakiegoś garnka płyn. Próbuję. Gorący... dziwny smak... kawa zbożowa?... Gorzkie. Matka wyciąga z tobołka kilka małych, zeschniętych kromek chleba. To „zapas”... jeszcze z Pruszkowa... Maczamy kromki w „kawie” i jemy powoli... Gorące. W mroku izby, przy drzwiach stoi kilka dorosłych osób. Milczą. Przyglądają się nam. Widocznie oceniają jak bardzo groźnymi jesteśmy „bandytami z Warszawy”...
Czy to tylko siła niemieckiej propagandy?... Czy również niechęć do nas przez zburzenie ich wątłego, okupacyjnego spokoju?... To są moje obecne wnioski... Wtedy odbierałem wydarzenia takimi, jakimi były na bieżąco... A na bieżąco był głód. Codziennie talerz zupy, której smaku nie zapamiętałem... Kilka kromek chleba leżące na stole do obiadu... Noce w zimnej izbie pod derkami i mój płacz z głodu... „mamo... jeść...”. Wtedy matka wyciągała spod poduszki kromkę chleba „ściągniętego” ukradkiem w czasie obiadu...
Kolejne dni i tygodnie to włóczenie się po wsi i poznawanie jej topografii. Ale najważniejszym był czas karmienia świń. Wtedy gospodyni wynosiła do chlewa dymiące sagany odcedzonych ziemniaków w „mundurkach”. Zanim przystąpiła do ich „dziabania”, udawało mi się wyciągnąć z sagana jeden albo dwa. Gorące... parzyły w ręce... Gdy dolewała mleka do karmy dla małych prosiaków bardzo byłem ciekaw jak smakuje mleko...
W „naszej” wiosce było pięć... może sześć rodzin „bandytów wypędzonych z Warszawy’. Same kobiety z dziećmi w różnym wieku.
Aż nadszedł jeden dzień, a raczej noc, pełna grozy... Obudziło nas łomotanie do drzwi chałupy i w okna... świecenie przez szyby latarkami... „Otwierać!... wychodzić!...”... Gospodyni otworzyła drzwi głośno lamentując... Do chałupy z głośnym krzykiem by szybko wychodzić wpadło dwóch uzbrojonych... „Niemcy”... Nie... Nie pozwolili się ubrać. W bieliźnie i boso wypędzono nas na dwór. Na dworze było jasno od płonących wielkich ognisk na „placu wodnym” przy którym mieszkaliśmy. Ze wszystkich stron biegli nieubrani, boso po śniegu ludzie, mieszkańcy wioski. Pędzeni byli przez dziwnie ubranych, uzbrojonych mężczyzn. Już gdzieś takich widziałem... Powstanie?... Kobiety głośno lamentowały i modliły się... Zimno w nogi... Matka próbowała wziąć mnie na ręce... nie dała rady, była w ostatnim miesiącu ciąży. Widok jak ze złego snu... Wielkie ogniska rozświetlały cały plac, na którym po jednej stronie stali półnadzy ludzie a po drugiej jakieś typy z wycelowanymi w nas karabinami. „O Boże!... rozstrzelają nas!...”. „Za co”... Kto to?...”. W pewnym momencie między ogniskami za którymi stali uzbrojeni a nami pojawił się jakiś mężczyzna. Buty z cholewami, bryczesy, kożuszek, furażerka... Twarzy nie widziałem. Przy pasie kabura pistoletu... Kilka razy wolno przeszedł się wzdłuż naszego długiego szeregu. Przyglądał się nam bez słowa. Zatrzymał się pośrodku i głośno zawołał: „Ci z Warszawy wystąp!... Kto jest z Warszawy!?...”. Zakotłowało się... „To przez nich... będą ich rozstrzeliwać...”. Siłą wypchnięto nas z szeregu... Matka popchnięta mało nie upadła. Modli się i cicho płacze... Trzymam się jej koszuli. Sporo nas było. Według mojej obecnej oceny około trzydziestu, czterdziestu osób. Same kobiety i dzieci. Niektóre już znałem z moich wędrówek po wsi...
I zaskoczenie... Ten w kożuszku mówi do nas: „do domu... ubrać się i wracać!...”. Zrobiło się cicho... słychać było jak trzaskają gałęzie choiny na ogniskach. Ci z Warszawy rozeszli się po domach. Nasz dom stał tuż przy placu. Szybko wróciliśmy. Tych z Warszawy, już ubranych, ustawioną grupą z boku. Patrzyłem na tłum ubranych na biało mieszkańców... Wtedy widziałem jak dużo ludzi zamieszkiwało tą wieś. W naszej grupie słyszałem przyciszone szepty: „To ci z lasu..., z lasu..., to nasi...”.
Nie pamiętam przemowy jaką wygłosił ten w bryczesach... Sens poszczególnych jego słów sprowadzał się do zapewnienia że „... jeżeli jeszcze raz doniesie się do niego że Warszawiakom dzieje się krzywda, to wrócą i spala całą wioskę...”. Nie pamiętam reakcji mieszkańców...
Po dwóch dniach sołtys przydzielił nas do innych gospodarzy, w drugim końcu wsi... Byli młodzi... Gospodyni życzliwa, pogodna. Dużo rozmawiała z matką... Już nie było głodu. Wtedy przypomniałem sobie smak mleka...
Gdy po latach rozmawiałem z matka o szczegółach naszego pobytu „na wypędzeniu”, matka nie skarżyła się... przeważnie ze smutkiem milczała i kwitowała moje wspomnienia... „widzisz... ludzie są różni...”. Wtedy nie mogłem pojąć że mogą być aż tak różni...
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 27/10/09 10:47    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam Wszystkich fanów Sielc i Grzesiuka...
Od prawie dwóch miesięcy przewija się na Forum temat utrwalenia w płycie pamiątkowej barda warszawskiego folkloru – Grzesiuka. Moim zdaniem – pomysł dobry i wnoszący w promocję Sielc istotny element. Ale cóż... Temat obiega Forum od pomysłu do... pomysłu. I nic ponad to. Próba skrzyknięcia się na dyskusję na Pogaduchach też pozostała w sferze pomysłu...
Ze swojej strony, aby zamknąć ten temat i nagabywanie uczestników Forum o większe zaangażowanie, przedstawię mój punkt widzenia.
Sfinalizowanie pomysłu nie jest sprawą prostą. Poza dobrymi chęciami i deklaracją partycypowania w kosztach jest problem w pokonaniu potężnej bariery biurokratycznej. Jeżeli nawet udałoby się zawiązać na Forum coś w rodzaju komitetu społecznego – nie będzie on partnerem w rozmowach z Wysokim Urzędem Dzielnicy. Minęły już bezpowrotnie czasy na „inicjatywy oddolne”. Dlatego moja sugestia idzie w kierunku nawiązania kontaktu z bardziej sformalizowanym „ciałem” społecznym jakim jest grupa mieszkańców z Górskiej zabiegająca o nadanie nazwy skwerowi „imienia Stanisława Grzesiuka”. Taka współpraca może zaowocować możliwością skuteczniejszego „przebicia” w rozmowach z Urzędem. A i cel wydaje się być wspólny...
To właśnie na wymienionym skwerze może powstać poświecony pamięci Grzesiuka stosowny monumencik... Właśnie monumencik, a nie płyta umieszczona na Tatrzańskiej w ciasnocie wśród parkujących samochodów, w miejscu domu co do którego lokalizacji trwają spory.
Moja wizja jest następująca... W centralnym miejscu skweru, na niewielkim podwyższeniu znajduje się rzeźba przedstawiająca złamana kolumnę w stylu klasycznym (dowolnym) z opartą u jej podstawy mandoliną i stosownym napisem. Wysokość nie przekraczająca 1 do 1,5 metra. Może wydawać się nieco kiczowato... ale myślę odda właściwie i wymownie zarówno epokę jak i treść symboliczną.
Mogłoby być to miejsce – czyli skwer – miejscem dorocznych lub nie tylko występów?, konkursów?, okolicznościowych „pikników” miłośników twórczości Grzesiuka. A i walory turystyczne dla zwiedzających Sielce będą korzystniejsze od „płyty”...
Może wspomniany przez Anastazję kamieniarz podjąłby się wykonania? Co do mojej wcześniejszej propozycji o pomysł z ASP – wycofuję się... Obawiam się „nowoczesnych” pomysłów z rzeźbą...
Życzę wszystkim zainteresowanym sukcesu i ... zamilknę na jakiś czas. Nie mam dostępu do kompa... Post ten przesyłam dzięki uprzejmości sąsiada z laptopem na sali w szpitalu.
Pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 04/11/09 10:59    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wśród wspomnieniowych tematów Sielc czasu powojennego i mojego dzieciństwa umknął jeden... Niechybnie bardzo istotny, wpisujący się w obraz sieleckiej ulicy. Są nimi zwierzęta. Watahy psów i kotów wałęsających się po ulicach i wśród gruzowisk. Szczególnie w środkowej, parterowej części Sielc.
Wydawać by się mogło, że wojna spowodowała wzrost populacji tych skądinąd przemiłych zwierzaków. Nawet jeśli zagrożone głodem Śródmieście w czasie Powstania Warszawskiego przetworzyło na dania mięsne wszystkie domowe pieszczochy... Inaczej miała się sprawa z dzielnicami peryferyjnymi. Tu psy i koty miały się dobrze. Wojna ich nie dotyczyła. Jeśli były jakieś ofiary wśród kotów i psów w tej wojennej zawierusze – to tylko przypadkowe. I tak w niezłej kondycji przetrwały ten trudny czas... Jedynie trochę zdziczały i stały się nieufne. Być może wojenne doświadczenia psich przodków spowodowały u współczesnych pokoleń histeryczne reakcje na wszelkiego rodzaju wystrzały i wybuchy?...
Do roku 1950 zgraje psów okupowały sieleckie ulice. Nic rasowego..., same krzyżówki. Widywało się wielkie i karłowate dziwolągi... owoce psich chuci różnych ras. Wylegiwały się na chodnikach w upalne letnie dni, zaś w czasie deszczu kryły się po bramach i klatkach schodowych oraz w swoich legowiskach wśród gruzów. Nie były agresywne... raczej uciążliwe dla dorosłych. Dla nas, dzieci, były raczej obiektami do zabawy i... troski. Dokarmialiśmy je czym kto mógł. Prawie każdy z nas miał „swojego” psa. Czekały cierpliwie na swoja kromkę chleba. Towarzyszyły nam w wyprawach nad Wisłę i na „forty”. Tak się działo od wiosny do jesieni. Z nastaniem pierwszych zimowych chłodów gdzieś znikały... i wracały w pierwsze cieplejsze dni wiosny. Nieznany jest powód tych psich migracji...
Psy i koty były nieprawdopodobnie zapchlone. Skutek naszej przyjaźni z psami był taki, że przynosiliśmy do domów coraz więcej tych niemiłych stworzeń. Gdy matki odkryły źródło tej pchlej plagi, otrzymaliśmy kategoryczny zakaz kontaktowania się z naszymi ulubieńcami... Ale mimo zakazów nie zdradziliśmy naszej przyjaźni... , zaś kolejne nawroty pchlej epidemii zrzucaliśmy na koty.
Natomiast koty nie cieszyły się u nas dobrą opinią... Płochliwe, wredne, nie dające się złapać i pogłaskać... a jeśli nawet który wpadł w nasze ręce w celach zaprzyjaźnienia się... drapał do krwi. Jedynie dziewczynki potrafiły je obłaskawiać. Tak jak my mieliśmy psy, tak dziewczynki koty... Dokarmiały je na różne sposoby. Gdy bawiły się w swoje „dziewczyńskie” zabawy w „dom” i „odwiedziny u znajomych” – paradowały z kotami uwiązanymi na sznurkach... Oczywiście gdy nas w pobliżu nie było...
Obok wspomnianych wyżej zdziczałych psów na parterowych Sielcach były psy „udomowione”. Czyli takie, które dostawały w misce resztki z obiadu, miały budę i... łańcuch. Te psy były groźne. Nie wszystkie, ale przeważnie... Nie cieszyły się naszą specjalną sympatią... Woleliśmy zdziczałe, wolne jak my...
Z psami „udomowionymi” miałem przykre a zarazem niesamowite doświadczenie... Na Sieleckiej, w okolicach Sukcesorskiej, na niewielkim poletku miał swoje uprawy ogrodnik, którego złośliwie nazywaliśmy „badylarzem”. Współcześnie nazwa ta przyjęła się w języku potocznym, lecz w tamtych latach było to określenie pogardliwe. Nasz stosunek do rzeczonego „badylarza” wynikał z racji posiadania przez niego dwóch wielkich i groźnych psów. Przeważnie uczepione były na łańcuchach i bardzo rzadko spuszczane. Jednak swoim wyglądem wzbudzały respekt... Skutecznie hamowały nasze apetyty na „kosztele” znajdujące się nieopodal małego domku-klitki zbudowanego z surowej cegły. Za tym domkiem i małym sadem z „kosztelami” znajdowało się niewielkie poletko z uprawą pomidorów.
Tego upalnego popołudnia znaleźliśmy się niebezpiecznie blisko siatki odgradzającej pomidorową plantację... A za siatką na krzakach piękne, duże, dojrzałe pomidory... A zapach... Czy wiecie że kiedyś pomidory posiadały intensywny zapach i smak?... Że pomidory jadało się jak jabłka?...
Oparci o mocno sfatygowaną, powyginaną siatkę ogrodzenia na odległość ocenialiśmy smak tych darów natury. Trwało to dłuższą chwilę... Psy niewidoczne za domkiem i drzewami ujadały wyczuwając naszą obecność... a może i nasze jeszcze nieskonkretyzowane zamiary... Normalnie... jak „psy ogrodnika”... Gdy przed domkiem nie pojawił się „badylarz”, który w takiej sytuacji zawsze wychodził by uciszyć psy, doszliśmy do wniosku że nie ma go na posesji... Okazja jakich mało... Przejście przez byle jak skleconą siatkę ogrodzenia nie stanowiło problemu... i zanurkowaliśmy w pachnący gąszcz pomidorowych krzaków. Pomidory były tak duże że nie mieściły się w kieszeniach spodenek, więc pchaliśmy je „za pazuchę”, czyli pod harcerska bluzę ściągniętą paskiem. Po dwa... trzy pomidory i... chodu! Jakkolwiek nasz „pomidorowy” desant trwał zaledwie około pół minuty, czas wystarczający na zerwanie z góry upatrzonych owoców... to wrzask „psy!”, spadł na nas niespodziewanie. Gdy wychyliliśmy głowy ponad krzakami, ukazał się nam właściciel stojący przed domkiem i dwa wielkie psiska gnające w naszym kierunku, przeskakujące ponad krzakami pomidorowymi! Rzuciliśmy się w kierunku siatki ogrodzenia... I wtedy, jak w złym śnie, potknąłem się o jakiś korzeń... Gdy szybko się podniosłem ujrzałem że koledzy byli już za ogrodzeniem, a przy siatce oba ujadające psy... Byłem w pułapce... Między mną a ogrodzeniem w odległości około dziesięciu metrów czekała mnie śmierć przez rozszarpanie. Psy gdy mnie dostrzegły zamilkły i przez chwilę patrzyły na mnie jakby zdziwione... Pod wpływem grozy popadłem w jakiś dziwny trans... Jakbym wyszedł z siebie... Uciekać!... Trwało to chwilę... Wydawało się mi jakbym płynął nad ziemią, a przestrzeń nie istnieje... Przede mną w odległości około dziesięciu metrów dwumetrowy mur odgradzający poletko „badylarza” od sąsiedniej posesji... Żadnych dźwięków... tylko ten dziwny stan i przytłumiona świadomość, że przechodzę po pionowym murze jak po chodniku... Stan ten minął gdy spadłem na drugą stronę muru. Pomidory pod bluzą zamieniły na skutek upadku w czerwoną masę... Kolana poobijane do krwi o gruzowisko cegieł...
Obejrzałem się na mur za którym ujadały psy... Udało się!... Ale jak?... Mur był dla mnie tak wysoki, że gdybym nawet podskoczył, nie udałoby mi dosięgnąć jego krawędzi... Od strony Sieleckiej nadbiegli koledzy. Zza siatki obserwowali całe zdarzenie.
- Ale fajnie!... Gdzieś się tego nauczył?... Jak to się robi?... – były to pytania na które nie potrafiłem odpowiedzieć.
Czułem osłabienie, kolana z których ciekła krew trzęsły mi się, że ledwie mogłem ustać... Zacząłem wyrzucać zza pazuchy rozgniecione pomidory...
- Muszę do domu... uprać bluzę... mama zaraz wróci...
Przez kilka następnych dni koledzy nagabywali mnie prowokująco:
- A po murze do Łazienek przejdziesz?... A do pierwszego piętra dasz radę?...
- Oczywiście!... Jak zechcę... – Ale nie chciałem...
Gdy byłem sam, podejmowałem próby powtórzenia zdarzenia na różnych ścianach. Bez skutku... Wszystkie próby kończyły się bolesnymi upadkami. Do tej pory nie wiem jak to było możliwe...
No cóż... są sprawy o których się „fizjologom” nie śniło – jak mawia Ferdek Kiepski...
Dokończenie tematu „zoologicznego” w następnym poście...
Pozdrawiam
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nośka
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 11/08/09 14:01
Posty: 42
Skąd: iwicka

PostWysłany: 05/11/09 18:16    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witaj Budrys Very Happy
Jak szanowne zdrówko? Z poprzedniego postu wynika, że byłeś w szpitalu. Czy wszystko w porządku?
Pozdrawiam Very Happy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 07/11/09 10:37    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witaj Nośka... Very Happy Dziękuję za życzliwe zainteresowanie... Wszystko jest Ok... Chociaż... Czas powoduje nieuchronny "rozpad funkcji". Jak u "Terminusa" Stanisława Lema... Very Happy
Życzę Ci dużo zdrówka i dużo słoneczka na jesienne dni...
Serdecznie pozdrawiam
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
tg3a
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24
Posty: 33
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 08/11/09 22:40    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam wszystkich.
Budrysie, życzę Ci dużo zdrowia. Chyba aluzja do "Terminusa" nie oznacza, że wystukujesz podświadomie jakieś teksty alfabetem Morse'a, jak to czynił ów robot z jednego spośród opowiadań o Ijonie Tichym? Wybacz ten żart, ale kiedyś też pasjami czytałem Lema.
Ja na Sielcach miałem też bardzo nieprzyjemne przejście z psem. Również nie chodziło tu o psa bezpańskiego. Samego zdarzenia nie pamiętam, bo byłem zbyt mały, ale był to podobno jakiś duży pies, który mnie gonił na podwórku, przewrócił i tarmosił za sweter, może nawet ugryzł. Podobno na tydzień po tym zdarzeniu straciłem mowę. Od tej pory długo bałem się każdego psa, a nawet i dzisiaj, jak usłyszę szczekanie, lub co gorsze, warczenie jakiegoś psa blisko mnie, ogarnia mnie odruchowy strach.
Pozdrawiam serdecznie -
Tadeusz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 09/11/09 6:14    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dziękuję Tadeusz... i wzajemnie Very Happy ... Zdrówko to wartość sama w sobie, z której utraty zdajemy sobie sprawę przeważnie dość późno i okolicznościach dramatycznych... U mnie serduszko nieco szwankuje... Ale narazie jest OK... do następnego razu Very Happy
Co do "Terminusa", to analogia nieprzypadkowa... Czyż nie wystukuję na klawiaturze kompa (chociaż nie "morsem") przeszłości?... Świata i ludzi, którzy we mnie ciągle żyją?... Gdy "wystukam" wszystko z siebie czeka mnie złomowisko Very Happy ... Ale póki co...
Twoja przygoda z psem potwierdza moje spostrzeżenia co do natury psich zachowań... I potwierdza zadziwiającą prawidłowość, że upodobniają się swoim zachowaniem do właścicieli. Jeżeli właściciel jest nerwowy, agresywny... to i jego pies przejmuje te cechy. Zaś psy bezpańskie, dzikie, porzucone... są jedynie nieufne a zarazem pragnące mieć przyjaciela w człowieku. Popatrz w psie oczy i zaobserwuj zachowanie psich "sierot" w schroniskach... To człowiek kształtuje ich psychikę i zachowanie. Miałem już kilka dużych psów, tzw. "obronnych", które żyły w przyjaźni nawet z kotami, a bardziej skutecznym od nich był napis na bramie: "UWAGA! - DOBRE PSY! TYLKO TROCHĘ NERWOWE!" Very Happy
Serdecznie pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 14/11/09 16:01    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dokończenie tematu o psach, kotach... i nie tylko...
Fascynacja zwierzętami wśród sieleckiej dzieciarni nachodziła jakby falami... Przez naśladownictwo. Prawdopodobnie działo się tak również w innych dzielnicach... Obejmowało całą Warszawę. Oczywiście rodzaj „zwierzaków”, które były obiektem zainteresowania, zależał od przedziału wiekowego. Inne były u 6-ciolatków, inne u 10-ciolatków a jeszcze inne u 13-letnich „starych koni”... Na przestrzeni lat dziesięciu przechodziło się wszystkie etapy. Myślę że miało to ważne znaczenie edukacyjne... Niewymuszone szkolnymi programami a jedynie powodowane ciekawością przyrody, do której mieliśmy prawie nieograniczony dostęp. Innym powodem była potrzeba organizowania sobie czasu w sposób dla nas ciekawy, a zarazem pozostający poza ściślejsza kontrola dorosłych.
Dokończę jednak temat naszych przyjaźni z psami i kotami... W szkole mieliśmy „pana od biologii” prawdziwego pasjonata przyrody. Do tej pory pamiętam jego charakterystyczną postać... Wysoki, chudy, lekko przygarbiony z długimi włosami w ciągłym nieładzie. Okulary z grubymi szkłami w drucianej oprawce, zawsze zsunięte na czubek nosa... Wiek nieokreślony... Mówił cichym łagodnym głosem... Był jak rodzynek wśród surowego i wymagającego „ciała pedagogicznego”. Bardzo go lubiliśmy... A szczególnie organizowane przez niego wycieczki „w plener”. Kroczył na czele klasy z osadzoną na długim kiju siatką na motyle. Całymi godzinami wałęsaliśmy się po łąkach i rowach między Chełmską a Wilanowem. Ciekawie opowiadał o napotkanych kwiatkach, robakach, ptakach. Część tej przyrodniczej wiedzy już posiadaliśmy z racji własnych doświadczeń i „badań’, ale poparta autorytetem „pana od biologii” nabierała innej wagi.
Na zakończenie jednej ze swoich lekcji zapytał nas czy mamy swoje ulubione zwierzęta... Oczywiście mieliśmy. Zachęcił nas abyśmy przynieśli je na następną lekcję... Prawdopodobnie miał na myśli jakieś małe, udomowione stworzonka... których nikt z nas z racji warunków nie posiadał. Żadnych chomików, papużek, myszek itd... Ale mieliśmy „nasze” psy!... Więc na następną lekcję przyciągnęliśmy na sznurkach naszych zapchlonych psich przyjaciół. Dziewczynki również przyprowadziły swoje koty... Różne „kiciusie”, „mruczki” i „pieszczoszki”. Przystrojone w zawiązane na szyi kokardy, paradowały ciągnięte na sznurkach. A przed szkołą... awantura.
Przed wejściem do szatni szkolnej stała Pani Woźna i wywijając wielką, mokrą ścierą skutecznie broniła wejścia naszym czworonogom. Dziewczynki próbowały przemycić koty w workach na kapcie, a my puszczając nasze psy przodem szturmowaliśmy wąskie przejście, skutecznie unikając mokrej ściery... Nie pomogło... Koledzy ze starszych klas turlali się ze śmiechu i drażnili nasze psy... Wrzaski, wycie i szczekanie psów, miauczenie przerażonych kotów spowodowało pojawienie się Pana Buraśia... kierownika szkoły. Dłuższą chwilę trwało nasze tłumaczenie, że „pan od biologii kazał...” i wszystkie zwierzaki są „pomocami naukowymi na lekcję”.
Te argumenty nie przekonały kierownika szkoły i nakazał przywiązać nasze „pomoce naukowe” do siatki, do czasu lekcji biologii... a potem „się zobaczy...”. Nie było odwołania od tej decyzji. Z jednej strony siatki, przy domu dozorcy dziewczynki przywiązały koty a my swoje psy przy wejściu od strony Pogodnej,,,
Na pierwszej przerwie zbiegliśmy na dół by sprawdzić jak się maja nasze zwierzaki... i... pusto!... Tylko przy siatce pozostały resztki sznurków... Koledzy ze szkoły 33, którzy mieli w tym czasie „wuef” na podwórku poinformowali nas, że widzieli jak Pani Woźna poprzecinała nożem sznurki i przegnała spod szkoły wszystkie zwierzaki... I to był koniec możliwości zaprezentowania naszych ulubieńców na forum naukowym, czyli... szkoły. Nasza gorliwość skutkowała jedynie tym, że kierownik „wziął na dywanik pana od biologii” w celu wymuszenia na nim zmiany metod edukacyjnych...
Koniec „psiego raju” nastąpił w jakiś czas później wraz z pojawieniem się na Sielcach hycla... Stara, rozklekotana „kanadyjka” z amerykańskiego demobilu przemierzała ulice o różnych porach dnia siejąc popłoch wśród psów i grozę wśród nas... Opowiadano różne niesprawdzone wieści co hycel robi z psami... Sam widok sposobu w jaki nasi ulubieńcy byli traktowani przez rakarzy był porażający... Nagle pojawiała się owa „kanadyjka” ze szczekającą i wyjącą zawartością w środku i wyskakiwało z niej dwóch drabów z „wędkami”, czyli długimi tyczkami z zaciskającym się lassem na końcu, osaczając przerażoną psinę z dwóch stron zarzucali na nią swoje „wędki” i uczepioną za szyję ofiarę wrzucali do środka przez klapę w kufrze samochodu.
Jako dzieci wojny widzieliśmy w swoim krótkim życiu co może zrobić człowiek człowiekowi... ale doświadczenie co może zrobić człowiek zwierzęciu było nowe i szokujące... Po miesiącu „pracy” hycla sieleckie ulice były wolne „tej zarazy” jak mówili dorośli... Fakt... już nie przynosiliśmy pcheł do domu...
Koty jeszcze długi czas widywało się paradujące po parkanach z kokardami na szyi... Po traumatycznych przeżyciach opisanych wyżej wydarzeń „ze szkoły” stały się nieufne i kokardy na ich szyjach stanowiły swoiste kocie „memento”... Nie trwało to jednak długo... Z kotami rozprawili się hodowcy gołębi, oskarżając kocie plemię o skrytobójcze mordy w gołębnikach. Nie wiem czy ich argumenty były prawdziwe... czy zaważyły względy ekonomiczne... Wyłapywali koty przy pomocy różnych sprytnych pułapek i... sprzedawali do „Higieny” na Chocimską za 30 złotych od sztuki...
Z braku psów i kotów nasza miłość do „przyrody ożywionej” (w tamtych czasach był to termin określający wszystkie żywe stworzenia) przeniosła się na mniejsze „stworzenia”. Mieliśmy w słoikach hodowle kijanek, traszek, zaskrońców... w pudełkach zaś chrabąszczy i różnych żuczków... Jednakże były to nietrwałe przyjaźnie... Szybko zdychały... Widocznie nie odpowiadały im „luksusowe” warunki jaki staraliśmy się im zapewnić... a i matki tropiły nasze „zoologiczne okazy” schowane na szafach, pod łóżkami i różnych zakamarkach mieszkania... Skutecznie... kierując się zapachem...
Pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 27/11/09 19:45    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam...
Powoli... i nieubłaganie wyczerpuje się temat "historyczny" Sielc mojego dzieciństwa. Może jeszcze kilka postów gdy pamięć podsunie jakąś ciekawszą scenę... Mam jednak "w zanadrzu" kilka opisów z życia w okupacyjnej Warszawie... Lecz nie dotyczą one bezpośrednio Sielc, więc... mam wątpliwości czy aby stosownym będzie zamieścic je na tym Forum. Co na to Admin?... i Użytkownicy?...
Pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
c.
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 22/11/09 2:25
Posty: 45
Skąd: SIELCE

PostWysłany: 28/11/09 1:47    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Budrys- oczywiście, że powinieneś pisać! Twoje historie to w moim mniemaniu najbardziej wartościowa część forum.
_________________
I tylko zawsze pamiętaj skąd jesteś, gdziekolwiek byś szedł.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
nośka
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 11/08/09 14:01
Posty: 42
Skąd: iwicka

PostWysłany: 28/11/09 10:37    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Budrys pisz!! Twoje opowieści to cudowna wieczorna lektura. Sielce to przecież część Warszawy. Smile Czekam z niecierpliwością na nowe "opowiadania".
Pozdrawiam
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 28/11/09 13:48    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam... A więc na życzenie... Very Happy
Łucka

Zapadający zmierzch przykrył mrokiem zakamarki starego podwórza. W cieniu zachodniej oficyny, na prowizorycznym ołtarzyku zbudowanym ze starego stołu przykrytego białym obrusem dopalały się świece. Gliniana figurka Matki Boskiej w biało-niebieskiej szacie, z lekko pochyloną do przodu głową jakby wsłuchiwała się w niekończącą się litanię klęczących u jej stóp.
Zwielokrotnione echo błądziło odbijane od zszarzałych ścian i wysokiego muru oddzielającego posesję od browaru Haberbuscha ginąc gdzieś w ciemniejącym błękicie majowego nieba. Gwar kilkudziesięciu, przeważnie kobiecych głosów, niestrudzenie podtrzymywał wibrujący w klatce podwórza i czeluści bramy rezonans. Ciepły majowy dzień 1944 roku kończył się błaganiem o łaskę, o opiekę, o ulżenie troskom jakie niósł następny dzień...
Usypiałem, znużony monotonią gwaru, osuwając się z klęczek na wilgotny asfalt podwórza. Nadchodzący wieczorny chłód przenikał całe ciał dreszczem. Przysunąłem się do klęczącej obok matki zaglądając jej w twarz pytająco. Matka przygarnęła do siebie rzucając lekko karcące spojrzenie. Senny wsparłem się o stopień ołtarza przykryty szorstkim chodnikiem, trąc zbolałe od klęczek kolana. Z rezygnacją podjąłem próbę prostowania postawy "do pacierza".
Wsłuchany w gwar błądziłem wzrokiem po białych i fioletowych bzach wetkniętych w potężne, wypolerowane łuski po artyleryjskich pociskach, które zastępowały wazony, po falbanach wzorzystego obrusa. Zapach bzu i krzaczastych pelargonii spływał kaskadami z ołtarza jakby w rytm powtarzanych bez końca "módl się za nami. módl, módl...".
Jedna z kobiet, przewodząca rozmodlonej gromadzie, w momentach solowych sekwencji litanii, jakby muzycznym interwałem dzieliła niosącą się echem modlitwę. W takich momentach wyławiałem dalekie odgłosy miasta: klaksony aut, dzwonienie tramwajów i bliższe, głosy majowych nabożeństw z sąsiednich podwórek, a nawet kończący nabożeństwo śpiew pieśni "Wszystkie nasze dzienne sprawy..." niosący się gdzieś zza muru Haberbuscha od strony Grzybowskiej...
Obudziło mnie szarpnięcie i dreszcz chłodu. To matka podnosiła uśpionego ze stopnia. Otulając chustą, niosła półprzytomnego po drewnianych schodach oficyny do mieszkania na drugim piętrze. Troskliwe ręce matki i jej ciepła chusta jak magiczna bariera odgradzała od dziwnego świata i czasu, w którym przyszło mi zaistnieć.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 28/11/09 21:27    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Komentarz do postu "Łucka"
Zapamiętany przeze mnie obraz warszawskiej ulicy, domów i podwórek to szarość murów i elewacji archaicznych kamienic, do których wchodziło się przez bramę, posiadającą u swojego wlotu i wylotu charakterystyczne żeliwne odbojniki w kształcie połówek dyni, mające chronić narożniki bramy przed uszkodzeniem przez wjeżdżające w nią pojazdy. Nieodłącznym elementem warszawskiej kamienicy „czynszowej” był dozorca. Trudnił się nieustannym zamiataniem podwórka miotłą z gałązek brzozy osadzoną na długim kiju. Dla dziecka postać tajemnicza i groźna z racji swego atrybutu w postaci miotły oraz zrzędliwa i ciekawska. Pan dozorca skutecznie ograniczał dziecięce zabawy i harce na podwórku ciągłym przywoływaniem do porządku, zaś przybywających z ulicy lustrował czujnym i badawczym spojrzeniem. Zachowujących się niepewnie i nie zorientowanych w topografii obszaru powierzonego jego podległości zagadywał sakramentalnym; „Do kogo?...”. Do porannych obowiązków dozorcy należało sprzątanie chodnika i połowy jezdni. Końskie odchody swym charakterystycznym zapachem dawały znać już po wyjściu z bramy, jakkolwiek dozorcy mieli obowiązek przez cały czas utrzymywać w czystości przypadającą im część jezdni przez „posesją”. Widok dozorcy w bramie opartego na miotle to typowy obrazek z tego okresu. Służbowy strój dozorcy to czapka „maciejówka” z kartonowym lakierowanym daszkiem i fartuch roboczy zakładany na tasiemce przez szyję, zawiązywany z tyłu. W tamtych czasach lokalny transport towarów i ludzi odbywał się za pomocą zaprzęgów konnych – furgonów i dorożek. Okupacyjne „ryksze” rowerowe zgrupowane były przeważnie w centrum i przy dworcach kolejowych.
Szkoda, że nie ma pamiętników dozorców warszawskich kamienic z czasów przed i wojennych. Były by nieocenioną kopalnią wiedzy o mieście, o ludziach, zwyczajach i wydarzeniach, które umknęły historii.
Innym charakterystycznym elementem warszawskiego podwórka były tak zwane „berberysy” oraz kapliczki. „Berberysem” nazywano skrawki zieleni w postaci trawnika z cherlawym drzewem, lub bez, ogrodzone ozdobnym żelaznym płotem. Najczęściej umiejscowiony był w centralnej części podwórka. Niekiedy za ogrodzeniem znajdował się niewysoki cokół, na którym stała gliniana figura Matki Boskiej w biało-niebieskiej szacie. W czasie okupacji figury przyozdabiano kwiatami. Były to miejsca, w których zbierali się mieszkańcy domu na okoliczność improwizowanych majowych nabożeństw.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 28/11/09 22:31    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Do Galerii dodałem kilka zdjęć Warszawy lat 60-tych.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
tg3a
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24
Posty: 33
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 29/11/09 1:31    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witaj, Budrysie.
Dzięki za dalsze wspomnienia. Nie szkodzi, że nie z Sielc. Zresztą ja z Sielc wyprowadziłem się akurat na Wolę, z tym, że dalej, niż opisane przez Ciebie okolice. I oczywiście dużo później, bo w latach 60-tych.
Nie mogę znaleźć w naszym albumie wstawionych przez Ciebie zdjęć. Czyżby, nie dotycząc może ani Sielc, ani najbliższej okolicy, zostały stamtąd usunięte?
Jeszcze raz życzę zdrowia, i wszystkiego dobrego. Pozdrawiam również pozostałych Forumowiczów.
Tadeusz
P.S. Budrysie, nawet gdybyś "wystukał" już swoje wszystkie wspomnienia (choć myślę, że to nieprędko nastąpi), to sądzę, że i tak zawsze będziesz tu mile widziany. Nie grozi Ci los Terminusa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sielce -> Historia Sielc Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 11, 12, 13, 14, 15, 16  Następny
Strona 12 z 16

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach