Forum Sielce

Sielce - dolny Mokotów - Warszawa

Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
 
 AlbumAlbum   PomocPomoc   SzukajSzukaj   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wspomnień czar...

Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 12, 13, 14, 15, 16  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sielce -> Historia Sielc
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Anastazja
Najaktywniejszy ekspert
Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58
Posty: 562
Skąd: Mokotów

PostWysłany: 29/11/09 2:48    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Tadeusz, zdjęcia są w osobistej galerii Budrysa.
_________________
A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
tg3a
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24
Posty: 33
Skąd: Warszawa

PostWysłany: 29/11/09 14:46    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dziękuję, Anastazjo. Zupełnie zapomniałem, że każdy użytkownik ma osobistą galerię.
Interesujące zdjęcia, Budrysie. Na jednym z nich można zobaczyć kamienicę, która stała prawie w miejscu obecnego hotelu "Forum", z charakterystyczną reklamą Totalizatora Sportowego na środku ściany szczytowej, i stojące obok pawilony, będące funkcjonalnie poprzednikiem Domów Centrum.
Pamiętam, że wówczas były przejazdy umożliwiające skręt tramwajów z Alei Jerozolimskich w Marszałkowską. Wykorzystywała to okrężna linia 30, jeżdżąca na trasie "Mosty". Po zbudowaniu ronda wszystkie te łączniki zostały skasowane.
Pozdrawiam
Tadeusz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 30/11/09 22:54    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

PODRÓŻE...
(wiosna 1944)

Ziemia Podlaska... Małkinia, Łuków, Węgrów, Sokołów Podlaski, Kosów Lacki to miejscowości na jej północno-wschodnich terenach. Nazwy tych miejscowości, dla mnie, zawsze zawierały w sobie znamiona szczególnej egzotyki. Pobrzmiewało w nich echo mego dzieciństwa przypadającego na czasy ostatniej wojny. Rozmowy moich rodziców, w których powtarzały się nazwy tych miejscowości, pobudzały moją dziecięcą wyobraźnię. Wybiegałem wspomnieniami naszych wyjazdów „na wieś”. Nie było ich wiele. Raz, może dwa... To były prawdziwe wyprawy w miejsca znajdujące się „gdzie indziej”, poza naszym mieszkaniem w Warszawie. Poza asfaltowe podwórze i brukowaną „kocimi łbami” ulicę Łucką. Nazwa ulicy również zawierała podlaską egzotykę.
Wyprawa na podlaską wieś widziana oczami pięciolatka wygląda w moich wspomnieniach jako wyrwane z sennego marzenia obrazy. Wielką pomocą dla moich wspomnień jest szczególny rodzaj pamięci; pamięci fotograficznej. Pozwala ona przywoływać oglądane ongiś miejsca. Przywoływać zapachy tych miejsc i nastrój dawnych lat, dni, godzin.
Dla pięciolatka mieszkającego w mieście, egzotyką bywa wszystko: sąsiednie podwórko, następna ulica, spacer po parku czy bazar warzywny na dawnym Placu Kazimierza. Lecz egzotyka tych podlaskich miejscowości - zawierała w sobie element szczególnych emocji z pogranicza deja'vu. Jak cukierek smakowałem brzmienie słowa „Kosów Lacki”, a zwłaszcza „Lacki”, które z racji swej niezrozumiałej dla mnie etymologii jawiło się jak hasło, jak tajemnica.
Wczesnym przedpołudniem przejazd zatłoczonym tramwajem na Pragę, na Dworzec Wileński. To też była nie lada atrakcja. Gwar, tłok, rozdzwonione tramwaje. Obraz Warszawy wiosną 1944 roku nie różnił się dynamiką wielkomiejskiego życia od gwaru na Marszałkowskiej z wczesnych lat 50-tych. Okupacyjne akcenty nie były dla mnie widoczne w takim stopniu jak przedstawiają to historycy tego okresu. Warszawa moich wspomnień to zieleń ulicznych drzew, czystość, porządek, mokre chodniki i asfalt jezdni polewanych latem przez dozorców i uczucie bezpieczeństwa gdy trzymałem się ręki matki. Groza wojny była jednak wyczuwalna, mimo że dla mnie była zawsze gdzieś poza mną, obok, nie dotykając mnie bezpośrednio.
Dworzec Wileński tamtych czasów to nieustanny gwar. Nawoływania, bieganina z peronu na peron, głos megafonu i napierający na siebie tłum wsiadających i wysiadających z „pulmanów”. Tak nazywano potocznie nie spotykane już dziś wagony kolejowe z charakterystycznymi, długimi stopniami wzdłuż obu boków i oddzielnymi wejściami bezpośrednio do każdego przedziału.
Zatłoczone perony wyglądały tak, jakby nagle wszyscy ludzie zapragnęli podróżować pociągiem, i to właśnie z tego dworca. Niezmiernie ciekawe i charakterystyczne były postacie podróżnych. Dzieliły się one w zasadzie na dwa rodzaje: tych z prowincji, i tych miejskich - warszawiaków. Oto chłop w grubej kurtce „trzy-czwarte”, w mocno naciśniętej na czoło czapce, w bryczesach i długich butach „oficerkach”, dźwigający na plecach ciężki tobół owinięty w białą płachtę, którego dwa końce zawiązane na supeł pod szyją. Chwiejnym, kaczkowatym truchtem biegnie ku wyjściu z peronów przeciskając się w napierającym od wejścia tłumie jedną ręką podtrzymując dławiący go węzeł, w drugiej dźwigając ciężki wiklinowy koszyk - „kobiałkę”. Kilka kobiet w chustach z podobnymi tobołami skutecznie tarasuje wejście na peron. Jakieś krzyki, jakieś nawoływania, a nad tym wszystkim, gdzieś, górą płynie hałas ulicy. Dudnienie tramwajów, zgrzyty na zakrętach, dzwonienie i popiskiwanie klaksonów samochodowych w różnych tonacjach. Dźwięki te jakby gnane wiatrem, falami docierały nad dworzec.
Nagle rozbiegany tłum rzednie, spowolnia swoje ruchy i milknie na chwilę. To idą „granatowi”, policja. Nie patrzą na tłum, jakby szklanym wzrokiem, spod długich daszków swych okrągłych czapek, omiatają przestrzeń gdzieś ponad głowami. Chrzęst żwiru na peronie pod ciężkimi, podkutymi butami, jest przez moment jedynym dźwiękiem.
Idą powoli, jakby spacerowym krokiem, z założonymi do tyłu rękoma i aż dziw, że nie otrą się o nikogo. Oczekujący na pociąg również zawieszają swój wzrok na bagażach, na jakichś szczegółach swojej garderoby, lub w kierunku, skąd spodziewają się nadejścia pociągu. Nie widzą się wzajemnie. W ich najbliższym otoczeniu gwar jakby tłumiony był zapachem mundurowego sukna. W odległości kilku kroków za nimi, również powoli, chwiejąc się z nogi na nogę, idzie dwóch żandarmów. Jedną ręką napinają pas karabinu niesionego na ramieniu, drugą, założona do tyłu, podtrzymują kolbę. W pełnym uzbrojeniu, w ciężkich szynelach, hełmach, ładownicach przy pasie, zwisających u boku bagnetach, nadającym ich postaciom wymownego znaczenia – okupacja, bo z nimi kojarzyło mi się owo, nie w pełni zrozumiałe słowo. Kroczyli milcząc, z twarzami bez wyrazu i wzrokiem utkwionym gdzieś nad głowami idących przed nimi policjantów. Tuż za nimi, jak za płynącym po wodzie statkiem, tłum zalewał pustą przestrzeń, wracał gwar i peronowy tumult. Wszystko wracało do stanu poprzedniego.
Zadziwiający swą różnorodnością był świat zapachów. Inaczej pachniała ulica, a inaczej dworzec. Jako całość, i jako szczegóły, na których oparłem swój wzrok. Podróżnych mogłem również rozróżnić po zapachu. Ludzie z miasta pachnieli szafami z naftaliną, zaś ze wsi – mlekiem, sianem i ostrym zapachem potu.
cdn
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 30/11/09 22:55    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

cd
Nagle tłum zafalował. Zbił się w gęsta masę tuż na skraju peronu. Jedzie! Jedzie! Nawoływania spotęgowały się. Z oddali, powoli, górując nad tłumem przesuwało się, dymiąc z komina, czarne czoło parowozu. Jeszcze ktoś zeskakiwał z peronu, przebiegając tory i wdrapywał się na drugą stronę. Jeszcze megafon dworcowy powtarzał echem: „odjazd-jazd-jazd pociągu-gu-gu-gu do...”, a już setki rąk wyciągało się do klamek drzwi wolno przesuwających się wagonów. Wrzawa, walizki, toboły, głowy, ręce... W wąskich przejściach do przedziałów bagaże blokowały wejścia. Niecierpliwe pokrzykiwania i energia napierającego tłumu zda się rozsadzi od środka pęczniejące „pulmany”.
Powoli tłok na peronie zmniejszał się. Ostatnie bagaże podawano przez otwarte okna. Pasażerowie z tobołami, bańkami, koszykami i innym większym bagażem tłoczyli się ma korytarzach i przy wejściu. Ci, „walizkowi”, zapychali półki bagażowe w ciasnych przedziałach, siedząc lub stojąc stłoczeni, odpychając się jedną ręką od ścian aby nie przygnieść siedzących na ławkach „szczęśliwców”. Zdobycie siedzącego miejsca wymagało sprytu i siły. Te, dość brutalne reguły, miały jednak swoje wyjątki. Dotyczyły one matek z dziećmi na ręku i dzieci. Wiek dziecka określano według wzrostu. Siedzący ścieśniali się do granic możliwości, wciskając miedzy siebie małego „szczęśliwca” lub sadzając go sobie na kolanach. Ja, jednak, nie akceptowałem takiego sposobu podróżowania o ile nie były to kolana matki lub ojca.
Największym marzeniem małego podróżnego było miejsce „przy oknie”. Rzadko omijała mnie taka frajda w moich nielicznych podróżach. Przez odsłonięty skrawek okna oglądałem fantastyczny, na pół realny świat „wsi”. Niekiedy miejsce przy oknie nie dawało spodziewanej satysfakcji. Pasażerowie spóźnieni, młodsi lub z mniejszym bagażem, przeważnie plecakami, okupowali zewnętrzne stopnie wzdłuż wagonu, gęsto ściśnięci, uczepieni za klamki, poręcze, otwarte okna, skutecznie zasłaniali widok.
Powoli peron pustoszał. Jeszcze jakieś bagaże, kolejarskie wózki bagażowych, spóźnieni, biegnący pasażerowie, i... przechadzający się po peronie niemieccy żandarmi. Nie było w nich nic z czujności, skupianiu uwagi. Co jakiś czas przystawali odwróceni plecami do wagonów, prowadząc miedzy sobą przyciszoną, lecz wyraźna rozmowę w niezrozumiałym języku.
„Proszę ws...adać! Drzwi zam..kać!” Dobiega zza okna oczekiwany sygnał konduktorów. Gwar w wagonie przycicha. Twarze pasażerów zwrócone w stronę okien jakby w oczekiwaniu czegoś nieuchronnego. „Jedziemy...jedziemy...”. Niedostrzegalnie, powoli, bez szarpnięcia, pociąg rusza nabierając prędkości. Wagony przechodzi drżenie i coraz bardziej rytmiczny stukot kół zaczyna wybijać charakterystyczny, kolejowy rytm. Peron przesuwa się powoli mijając grupki licznych już pasażerów oczekujących na inny pociąg. Żandarmi, stojący teraz twarzą zwróconą w kierunku odjeżdżającego pociągu, odprowadzają go wzrokiem.
Nabierając szybkości mijamy koniec peronu, ową magiczną bramę do nieznanego świata, w którym wszystko jest inne, ciekawe, pełnego radosnych zaskoczeń.
Pasażerowie na ławkach sadowią się jak najwygodniej przed planowana drzemką. Zamykają oczy lub nasuwają na nie czapki i kapelusze. Świat za oknem nie stanowi dla nich atrakcji. Świat wrogi pełen okupacyjnych niespodzianek. W zbitej masie jakby zatracali swa tożsamość, czują się bezpieczni. Gwar rozmów przycicha. Stojący też drzemią, podparci rękami o ścianę lub drzwi, kiwają się w takt pociągu.
cdn
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 30/11/09 23:01    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

cd
Z przyklejonym do szyby nosem, przesuwam się przez bajeczny świat łąk, lasów. Obserwuję niezauważalnie przesuwający się horyzont i migające za oknem słupy telegraficzne. Co jakiś czas ktoś otwiera drzwi lub okno. Wówczas wpada do przedziału z hałaśliwym stukotem kół zapach dymu z lokomotywy. Drzemiący pasażerowie budzą się i sennym wzrokiem badają przyczynę hałasu. Trwa to chwilę, lecz wystarczająco długo by egzotykę podróży pociągiem spotęgować zapachem lokomotywy parowej. To taka, nieznana współcześnie, mieszanka sadzy, pary i gorącej oliwy, którą obciekały tłoki i koła parowozu.
Zmęczony wpatrywaniem się w coraz bardziej monotonny krajobraz mniej zwracam uwagi na krótkie postoje na mijanych stacyjkach. Ta-ta... ta-ta... stukocą koła, zmieniając swój rytm na szynowych rozjazdach i mijanych mostkach na ta-ta-ti-ti... ta-ta-ti-ti... Powieki coraz bardziej ciążą. Z głowa wsparta o szybę zapadam w marzycielski, beztroski sen, ukołysany tą jedyną, niepowtarzalną melodią pędzącego pociągu... Ta-ta... ta-ta... ta-ta-ti-ti...
Gwałtowny wstrząs budzi mnie. Bardzo powoli dociera do mojej świadomości i miejsce i czas. Pociąg stoi na stacji. Syk pary i białe jej tumany omiatają wagony. Zapadający zmrok zaciera szczegóły.
- Kosów Lacki! – z za okna dobiega mocny, męski głos konduktora.
W przedziale poruszenie. W mdłym, podsufitowym blasku lampy jakieś postacie w pośpiechu zdejmują z półek bagaże. Odpędzam od siebie obezwładniający sen. Mama?...
- Szybciej... weź go na ręce... – dociera do mnie głos matki. Mocne dłonie ojca unoszą mnie w chłodny mrok. Jakieś inne dłonie chwytają i śpiewny głos popędza: - Chodźcie!... chodźcie!... tutaj... tedy...
- Stryjek! – przytulam się do jego „drapiących” policzków. I ten, kiedyś zapamiętany, zapach baraniego kożucha, siana, końskiego potu i czegoś nieokreślonego, dawnego... To wieś! Nareszcie Dzięcioły!
Ale do Dzięcioł jeszcze długa droga. Okryty kożuchem, siedzę w furmance na sianie przykrytym końską derką i wpatruję się w wykoślawione zapadającym zmierzchem cienie mijanych drzew. Czarny las, lekki chłód na twarzy i w ciszy parskanie konia, przyciszone rozmowy, skrzypienie kół wozu i wychwytywany uchem szelest przesypującego się piasku między szprychami. Przerwany w pociągu sen wraca natrętnie. A tak pragnąłem się napatrzeć, nawąchać, zapamiętać... Zapadam się coraz bardziej i rozżalony w myśli powtarzam: Jutro... jutro...
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 03/12/09 13:53    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Komentarz do postu powyżej,

Zapamiętany przeze mnie obraz Warszawy lat okupacji to przede wszystkim czystość ulic i podwórek. Jedynie nieliczne, dostrzeżone przeze mnie gruzowiska domów przyciągały moją ciekawość. Na moje pytania o ich pochodzenie dorośli odpowiadali: „to z czasów wojny... w trzydziestym dziewiątym... jak się urodziłeś”. Tak, jakby w tym czasie wojna nie trwała. Ze słyszanych rozmów między dorosłymi wojnę kojarzyłem ze słowami: Niemcy, Polacy, bolszewicy, powstanie, łapanka. Rozmowy dorosłych w mojej obecności nie uwzględniały faktu że poza nimi ktoś ich słucha. „To jeszcze dziecko...”. Zajmując się poznawaniem świata poprzez zabawę nie kierowałem swojej uwagi na dorosłych, co skutkowało ignorowaniem mnie przez nich. Jednakże niezrozumiałe dla mnie słowa zapadały w moją pamięć tworząc fantastyczne skojarzenia. Nie pamiętam okoliczności, kiedy nauczono mnie wiersza: „Kto ty jesteś – Polak mały...”, jednak stanowił on podstawę do rozumienia i kojarzenia wielu okoliczności z okupacyjnego życia małego warszawiaka.
Późniejszy chaos wojenny Powstania Warszawskiego i lat „po wyzwoleniu” Warszawy odbierałem jako niepokojąco długi stan przejściowy do „normalności” ładu i czystości okresu przedpowstaniowego. Pozorna beztroska dzieciństwa w okupowanej Warszawie powodowała, że nie znajdowałem w pamięci wielu dramatycznych faktów przedstawianych w filmach wojennych dotyczących Warszawy. Powodowało to wewnętrzny konflikt mojej pamięci z faktografią wojenną prezentowaną w filmach. Dopiero po latach zrozumiałem, że życie ma swoje prawa w każdych okolicznościach, zaś wojna składa się z rozrzuconych w czasie incydentów po latach kojarzonych w ciasno ograniczoną zbitkę pojęciową. Stąd w filmach oglądamy nieustanną strzelaninę, łapanki, walkę i czyny bohaterskie. Dramat wojny w czasie rzeczywistym jest stanem „normalności” bez przypisywania mu cech, jakie nadają mu komentatorzy z lat późniejszych. Zubaża to wiedzę i interpretacją wydarzeń przez pokolenia, które jej nie zaznały. Może to i lepiej...
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 25/12/09 21:09    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Święta... Czas sprzyjający by odgrzebać w pamięci święto Bożego Narodzenia mojego dzieciństwa...
Przygotowania do świąt zaczynały się dla nas już w listopadzie. Piszę „dla nas” ponieważ w tamtych czasach i tamtych warunkach święta całej sieleckiej dzieciarni wyglądały podobnie...
Po podniosłym i pełnym powagi smutnym Świecie Zmarłych (1 listopad) następował krótki okres radosnego podniecenia w oczekiwaniu na pierwszy śnieg. Po kilku dniach jesiennej pluchy przybywał Marcin na „białym koniu”, czyli... 12 listopada. Dawniej „ludowe” porzekadła i przypowieści miały swój praktyczny sens... I nie zdarzało się by było inaczej. Dla nas zima zaczynała się z pierwszym śniegiem. Rano, przed wyjściem do szkoły, wyglądaliśmy oknem by sprawdzić prawdziwość przypowieści. A za oknem... biało.... duże płatki mokrego śniegu wirując sypały z nieba coraz gęściej.... Pierwszy śnieg pokrywał białym, czystym puchem okaleczone wojną Sielce... Gruzowiska wyglądały jak pagórki... Tylko sterczące kikuty zrujnowanych domów przypominały czas i miejsce... Otoczenie zmieniało się nie do poznania pod wpływem tej śnieżnej magii... Ten pierwszy śnieg przyjmowaliśmy z pewną satysfakcją i wiarą w prawdziwość przepowiedni przekazywanych nam przez starszych. Śnieg miał dla nas jakąś dziwną moc oczyszczającą świat i nas...
Po kilku dniach śnieg zamieniał się w błotne bajora i tylko gdzieniegdzie przetrwał zamieniając swą biel w szare, brudne plamy. Najdłużej zachowywał swą świeżość w Łazienkach. Na niektórych trawnikach, pod drzewami i w różnych zakamarkach przetrwał do „prawdziwej zimy”... W drodze do szkoły, mijając ogrodzenie Łazienek oglądaliśmy postępy w przybywaniu lub ubywaniu pokrywy śnieżnej. Nadchodząca zima mobilizowała nas do przygotowania „sportowego” sprzętu... Niewielu miało łyżwy przykręcane do butów... niewielu miało sanki... ale każdy z nas miał „melo”, czyli długi kanciasty pręt wygięty w kształcie litery „L”, na którym odpychając się jedną nogą można było ślizgać się na zaimprowizowanych ślizgawkach. Pręty na „mela” pozyskiwano w różny sposób, lecz najlepsze były zrobione z ogrodzeń balkonowych znalezionych na gruzach... Bardzo cennym sprzętem były „ślify”, czyli kawałki desek z przybitymi do nich dwoma starymi, zardzewiałymi łyżwami znalezionymi na gruzach... „Ślify” to był sprzęt wyczynowy... Trzeba było nie lada odwagi by pokusić się na zjazd lodową rynną spod pałacyku Szustra...
Ale do zimowych harców było jeszcze sporo czasu... A o świętach przypominała nam szkoła... a to za sprawą lekcji z „robótek ręcznych”. Kończył się czas wyszywania serwetek „ściegiem krzyżykowym” i cerowania starych skarpetek, a zaczynał lepienia łańcuchów na choinkę i „ozdób choinkowych”, którymi były wydmuszki z jajek oblepiane bibułkami na różne sposoby. Taka zmiana profilu „prac ręcznych” bardzo nam odpowiadała, bo o dziurawe skarpety było coraz trudniej. Cerowaliśmy skarpety bliższej i dalszej rodziny... a nawet sąsiadów. Byli tacy co mieli dwie lub trzy pary skarpet przeznaczonych na cele „edukacyjne”. W domu wycinali nożyczkami pocerowane miejsca lub robili nowe dziury... i taka skarpeta mogła służyć do wprawiania się w cerowaniu nawet miesiąc. Chociaż z „wydmuszkami” było podobnie... Do świąt kawał czasu... Co drugi dzień lekcje z „robótek ręcznych”... Na każdą lekcję należy przynieść co najmniej dwie wydmuszki... Skąd brać? Skoro jaja przed świętami to towar deficytowy... Więc po powrocie do domu usuwało się bibułki, myło w ciepłej wodzie i... na następną lekcję były „jak nowe”. A nauczyciel?... Sprawdzał czy mamy przyniesione na lecję „akcesoria” i wychodził na herbatę... Pod koniec lekcji wracał i wstawiał ocenę do dziennika... Nieskomplikowana ta edukacja... Prawda?... Te drobne szachrajstwa z wydmuszkami były bardzo przydatne w późniejszym życiu... To od nich zaczęła się „propaganda sukcesu” epoki „późnego Gierka”...
Na użytek prywatny, na domowe choinki ozdoby były robione na dwa, trzy dni przed Wigilią. Biegaliśmy do sklepu „papierniczego” na Puławską, naprzeciwko Rakowieckiej i kupowaliśmy szopki do wycinania, kolorowe główki aniołków, „glanspapier” na wycinanki, bibułkę w różnych kolorach, krepinę i różne cieszące dziecięce oko bożonarodzeniowe detale. Z nich to powstawały ozdoby zależnie od gustu i zasobności dziecięcej kieszeni...
Jak wyglądała taka choinka?... Sprawa gustu i decyzji dorosłych, ale zawsze kolorowo. Kupowana na ogrodzonym sznurkiem terenie przy Belwederskiej róg Zajączkowskiej... Musiała mieć przynajmniej dwa metry... Najlepiej jodła... Ale różnie bywało... Na choince, oprócz wspomnianych wyżej kolorowych łańcuchów, wisiało kilka bombek z różnych kompletów (wszak to materiał kruchy), cukierki ”choinkowe” – długie w kolorowym celofanie, pierniczki, jabłka, wycinanki okolicznościowe i... płaty waty imitujące śnieg, zimne ognie oraz małe świeczki choinkowe w oprawkach-klipsach przypiętych do gałązek... Widok taki przyprawiłby współczesnego strażaka o ból głowy... a jednak... zdrowy rozsądek i uwaga sprawiały że paliły się i świeczki i zimne ognie... choć niekiedy choinki.
A pod choinkami?... Różnie... Świadomi byliśmy stanu domowych budżetów. Więc przeważnie znajdowały się pod nimi w formie prezentów różne detale zimowej garderoby.... szaliki, rękawiczki, nauszniki... Dodatkową atrakcją były „łakocie” z paczek „unrowskich”, które niekiedy pracujący domownicy otrzymywali dla dzieci w okresie powojennym. Krótko to trwało... ale smak tamtej gumy do żucia i twardej jak kamień czekolady pamiętam do dzisiaj...
Radości związane z choinką były dwie. Pierwsza, gdy choinkę „się ubierało” i druga, gdy „rozbierało”. Przeważnie po święcie Trzech Króli. Wiązało się to z bezkarnym obżarstwem pozostałymi do tego czasu na choince łakociami. Łagodziło to nieco smutek związany z odchodzącą świąteczną atmosferą. Poza wspomnieniem pozostawał jeszcze na długo zapach igliwia i pierniczków... Pamiętam do dziś...
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Anastazja
Najaktywniejszy ekspert
Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58
Posty: 562
Skąd: Mokotów

PostWysłany: 25/12/09 23:52    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witaj Budrysie,
Dzięki, że wciąż roztaczasz przed nami ...dawnych wspomnień czar....
Ciekawa jestem czy w tamtych latach powojennych chodzili po Sielcach kolędnicy?
Wszystkiego dobrego Ci życzę.
_________________
A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 26/12/09 12:06    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witaj Anastazjo w świateczny poranek... Very Happy
W pierwszych powojennych latach po Sielcach chodzili kolędnicy. Byli to przeważnie starsi chłopcy (14-16-letni). Odwiedzali okoliczne domy w rejonie swojego zamieszkania. Akcesoria kolędników były skromne. Wycieta z tektury szopka i odśpiewana kolęda. Datki dla kolędników tez były skromne... ot..., kilka złotych.
Dla nas większą frajdą były "Zapusty". Watahy rozwrzeszczanych dzieciaków szalały po ulicach. Poprzebierani za "Baby Jagi" z pomalowanymi twarzami wzbydzały zgrozę i wesołość. Odwiedzali okoliczne domy - tak jak kolędnicy, Spiewali piosenkę której treści nie pamiętam. Zaczynała sie mniej więcej od słów: "Na Zapusty baran tłusty...". Otrzymywali datki w postacvi cukierków... Ale często byli przepędzani z racji swego hałaśliwego zachowania.
W późniejszym okresie ksiądz chodził "po kolędzie" tylko do wcześniej zgłoszonych domów... Zaczęła sie komunistyczna walka z "religijnym zabobonem" i tradycję... Sprowadzali sie nowi mieszkańcy. Nie wiadomo na kogo można było trafić...
Pozdrawiam
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 27/12/09 23:58    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

I jeszcze ciekawostka...
Wraz z postępującą sowietyzacją Polski komuniści starali się zawłaszczyć niektóre święta kościelne zmieniając ich charakter, w tym tradycję choinki i świętego Mikołaja. I tak...
Z choinki bożonarodzeniowej przetworzono na choinkę noworoczną. W ozdobach tylko łańcuchy i świecidełka, żadnych aniołków czy innych symboli religijnych. Zamiast św. Mikołaja - Dziadek Mróz. Dziadek Mróz ubrany był w strój identyczny z obecnie przyjętym. Czyżby pozostałość po sowieckim modelu Mikołaja?... Dawniej św. Mikołaj ubrany był w strój podobny do biskupiego..., z kapą na ramionach i infułą na głowie... oraz laską biskupią. Zachowało się w moich zdjęciach jedno właśnie tak przedstawiające św. Mikołaja.
I jeszcze o metodach sowieckich speców od indoktrynacji. Opowiadał mi repatriant z sowieckiego raju przybyły słynnymi transportami z końca lat 50-tych...
Pochodził z polskich kresów. Stracił rodziców po napaści 17 września. Trafił do ośrodka wychowawczego dla "janczarów", czyli polskich dzieci wychowywanych do służby sowietom. W nowy rok urządzono choinkę. Komendant kazał im głośno wołać: "Boże, Boże... daj nam cukierki!...". I nic... cukierków nie było. Wówczas kazał im wołać: "dziadku Stalinie!... daj nam cukierki!...". I wtedy przez klapę w suficie ukazywał się portret Stalina i siedzący na strychu kacap sypał garściami cukierki...
O atmosferze tamtych czasów niech świadczy książka "Poemat pedagogiczny" Makarenki... Kto ma możliwości dostępu do tego "dzieła" i cierpliwość - posmakuje tamtych czasów...
Pewien lwowianin opowiadał jak słowny żart krążący wśród polskich dzieci spowodował wywózkę całej rodziny. Brzmiałon mniej wiecej tak: "Wolę nosić w majtkach jeża niźli w sercu Włodzimierza...".
Pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Viceversa
Użytkownik
Użytkownik


Dołączył: 05/10/09 7:40
Posty: 7
Skąd: Kaszubska

PostWysłany: 29/12/09 0:45    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam
widzę, że dzięki Budrysowi mamy tu prawie że powieść na forum, niesamowite źródło. Ja bym chciała się dowiedzieć czegoś więcej o ul. Kaszubskiej, bo do chwili obecnej znajduje się tu stara kamienica, taka z wysokim kominem. Historię tego budynku znam bardzo powierzchownie, więc jakiekolwiek głębsze informacje byłyby dla mnie bardzo cenne. Pozdrawiam wszystkich Sielczan Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 04/01/10 1:17    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam Sielce w zimowy, styczniowy wieczór...
Siedzę sobie w bujanym fotelu... na kolanach kocyk a na kocyku śpiący kot... Przy kominku wyleguje się Misiek. Misiek to pies... mój przyjaciel i przyjaciel mojego kota... W pokoju półmrok i tylko płomienie z kominka igrają blaskiem po ścianach i meblach. Tomik wierszy Or-Ot’a i kieliszek „Martini” tworzą nastrój sprzyjający wspomnieniom... Cisza... Zapach palącego się w kominku brzozowego drewna miesza się z zapachem igliwia z niewielkiej bożonarodzeniowej choinki... Misiek chrapie... Co jakiś czas się budzi i spogląda w ciemne okno groźnie powarkując... Kto?... Wilki?... Wędrowiec na szlaku?... Widocznie jakieś psie przywidzenia... Nikt tu nie zagląda. Szczególnie nocą... Kompletna głusza... Gdzieś tam... za kniejami i ośnieżonymi polami pozostał realny świat codziennych spraw. Wielkich i małych... Trosk i radości... Problemów które nie są już moim udziałem... Tam... w świetle ulicznych latarń świat gna lawiną samochodów ku przyszłości. Tu odgrzebuję przeszłość... Coraz trudniej, z coraz większym wysiłkiem... Czy opowiedziałem już wszystko?... Z pewnością nie. Nie sposób ubrać w słowa czas i życie które minęło. Dzielę się z Wami moimi przeżyciami, które dla historii Sielc mają niewielkie znaczenie. Dawne Sielce są jedynie tłem dla moich opowiadań. Są to raczej opowieści o ludziach, o dzieciach na tle kilku lat historii powojennych Sielc.
Czas i okoliczności sprzyjają, więc jeszcze jeden obrazek z wiosny 1945 roku.
Wieczór... Za oknami śnieg i mróz... Jedynie w dzień czuje się zbliżającą wiosnę. W pomieszczeniu kuchennym przed kaflową kuchnią opalaną drewnem z resztek połamanych mebli siedzi kilka osób. Ciche rozmowy... Wspominają rodziny, znajomych pogubionych gdzieś w zawierusze wojennej. Twarze surowe. Jakby zastygłe we wspomnieniach... Gdy mówią nie patrzą na siebie, tylko gdzieś w przestrzeń... Rozmawiają też o jutrzejszym dniu. Gdzie pójdą, kogo będą szukać... Na Pragę... Tam są jakieś urzędy... Może wiedzą...
Siedzących dokoła kuchni oświetla wisząca nad nią „karbidówka”. Słabe ale ostre białe światło tworzy na twarzach głębokie cienie... Matka obiera ziemniaki i płucze je w jakimś naczyniu... kroi na plasterki i kładzie na gorący blat kuchni. W powietrzu unosi się smakowity zapach pieczonych ziemniaków. Ja siedzę przy kuchni i pilnuję by „cipsy” się nie przypaliły. Posypuję też blat kuchni solą... dla smaku... Gdy uznam że już upieczone, zdejmuję jakimś widelcem i kładę w wyciągnięte dłonie siedzących... Gorące... Parzą, ale rozgrzewają i zaspokajają głód.
Po „biesiadzie” pora spać. Okna bez szyb, zabite dyktą... Ogień w kuchni przygasa... Zimna noc. Wszyscy zakładają palta, kurtki... co kto ma ciepłego z wierzchniej odzieży. W pomieszczeniu, przy ścianie stoi jakaś wąska leżanka.... Dostawiają kulawe krzesła, taborety... i kładą się w poprzek leżanki z nogami na krzesłach. Ciasno... bokiem... jedno przy drugim. Wszyscy muszą się zmieścić... Razem będzie cieplej... W nocy, przy próbie obrócenia się na drugi bok obracają się wszyscy... „Karbidówka” sama zgaśnie gdy zabraknie wody...
Zimny ranek... Matka rozpala ogień w kuchni... Nagle słychach odległe detonacje. Wszyscy spoglądają na siebie z niepokojem. Przecież jeszcze trwa wojna... Ktoś wychodzi na zewnątrz posłuchać jak daleko... Wraca... Wisła ruszyła!... To kra pęka na Wiśle!... Na Sielcach słychać było jak odległą kanonadę... Uspokojenie... Nawet radość i jakaś nieokreślona nadzieja na zmianę... Tylko problem. Już nie przejdzie się na Pragę po zamarzniętej Wiśle...
Gdy sam „gospodaruję” w kuchni... czasami wyciągam starą kuchenną płytę i kładę na kuchenkę gazową. I piekę na niej plasterki ziemniaków... Smakują jak dawniej...
Pozdrawiam i życzę ciągle ciepłych kaloryferów.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 28/05/10 21:05    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witam...
Dawno nie pisałem... Nie dlatego bym już całkowicie „wyczyścił” swoja pamięć, ale czas nie był ku temu sprzyjający. Ostatnie dwa miesiące to następujące po sobie tragedie... Katastrofa pod Smoleńskiem..., powódź..., to wydarzenia które nie przemijają bez skutku z dnia na dzień. Tak to współczesność przez swój dramatyzm i dynamikę przyćmiewa przeszłość... W takich okolicznościach trudno o mobilizację do wspominek o przeszłości. Ale życie ma swoje prawa i swoją codziennością wymusza na nas dystans do najbardziej dramatycznych wydarzeń, które z racji upływającego czasu przechodzą do historii. A właśnie historia jest tematem moich postów. Co prawda mała i bardzo osobista... ale wpleciona w kanwę wielkich wydarzeń w które uwikłane było moje pokolenie... W następnych postach zamieszczę kilka „migawek” z okresu przedsieleckiego... Czas Powstania Warszawskiego oglądany oczami dziecka. I na tym prawdopodobnie zakończę swoją aktywność na Forum.
Miłym dla mnie zaskoczeniem była wiadomość na Forum o organizowaniu Pikniku Sąsiedzkiego na terenie Sielc. Również aktywność Anastazji w organizowaniu paneli historycznych dla młodzieży na Sielcach godna jest większej uwagi. Myślę, że przy pomocy wszystkich uczestników Forum udałoby się zebrać wystarczający materiał do opracowania przewodnika historycznego po Sielcach, podkreślającego wyjątkowość na tle dziejów Stolicy. Byłby to znaczący przyczynek do promocji tego najbardziej urokliwego zakątka Warszawy...
Pozdrawiam wszystkich mieszkańców i fanów Sielc.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 06/06/10 17:30    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Stwierdzenie, że czas mija, jest w takiej samej mierze trywialne jak stwierdzenie że woda jest mokra... Wkraczając w dorosłość godzimy się z faktem przemijania. Jakieś ważne dla nas wydarzenia lokujemy wśród innych pomagających zlokalizować je w miarę precyzyjnie w znanej nam z doświadczenia przeszłości. A co ma zrobić dziecko nie posiadające wystarczającego bagażu doświadczenia? Dziecko zapamiętuje. Przeważnie jako wyrywkowe obrazy nie lokując ich w żadnym określonym czasie. Są jak kadry filmu pozostające poza cenzurą doświadczenia, zdrowego rozsądku i interpretacji. Jak zapis „czarnych skrzynek” z samolotu, nad którym w przyszłości doświadczenie podejmuje próbę weryfikacji i narzuca własna logikę wydarzeń. Był czas, w wiele lat po opisywanych tu wydarzeniach, gdy podejmowałem próby wplecenia zapisanych w mojej pamięci obrazów w szerszy kontekst wydarzeń z mojego dzieciństwa. Wyniki były mizerne. Racjonalna interpretacja wykoślawiała sens wydarzeń sprowadzając je do poziomu banału lub nadawała cechy nieprawdopodobieństwa. Z tym się pogodzić nie mogłem z konieczności zachowania w pamięci autentyku przeżyć z nimi związanych. Z tego względu i ze względu na odmienną niż u dorosłych percepcję czasu, moje opisy pozostawiam takimi jaki pozostały w mojej dziecięcej pamięci ...
Ulica Łucka... Idziemy z matka na Krochmalną. Kilka domów przed Karolkową mieszka moja ulubiona ciotka. Trasę znam doskonale... Od jakiegoś czasu byłem prowadzany do „ochronki” (przedszkola) na Krochmalnej. Wspomnienia z tej „ochronki” nieciekawe... Ponure wnętrze na parterze jednej z czynszowych kamienic.
Mijamy długi, drewniany, parterowy dom na rogu Łuckiej i Wroniej... Chodnik wąski bo dom ten stoi bardzo wysunięty w kierunku jezdni. Rosnące wzdłuż chodnika drzewa ograniczają przejście... Mijamy Wronią... Gdy zbliżamy się do Towarowej zauważyłem jakiś dziwny ruch wśród przechodniów. Jedni przystawali rozglądając się wokoło... inni biegali w różnych kierunkach... Wśród tego rozgardiaszu ulicznego dobiega mnie charakterystyczny skowyt syren „bud” policyjnych. Matka mocniej chwyciła moja rękę. Zawahała się i próbowała cofnąć z powrotem w Łucką... Niestety... Od Wroniej w naszym kierunku już szła tyraliera żandarmów spychając przechodniów w kierunku Towarowej. Na Towarowej gęstnieje tłum... Według mojej współczesnej oceny ok. 200 osób. Podobny kordon żandarmów zbliża się od strony Chłodnej i Dworca... „Łapanka!”... Wszyscy stoją bezradnie wyczekując na dalsze wypadki... Nie ma żadnej szansy na ucieczkę. Wczepiony dłońmi w płaszcz matki wyszukuję prześwitu w tłumie by zobaczyć co się dzieje przy kordonie... W pewnym momencie kilku żandarmów wchodzi w tłum. Kolbami karabinów torują sobie przejście. Rozdzielają go na dwie części. Niemieckie wrzaski i falujący pod naporem żandarmów tłum. Nagle kordon się rozstępuje i do stojących podjeżdża okryta plandeką ciężarówka... Żandarmi otwierają klapę z tyłu ciężarówki i odsłaniają plandekę... W samochodzie stoją ludzie... Wszyscy maja związane do tyłu ręce... Na ustach jakieś dziwne białe, szerokie paski... Niemcy opróżniają samochód, ustawiając przywiezionych pod ceglastym murem ogrodzenia... twarzami w naszym kierunku... Stoją pojedynczo lecz ciasno stłoczeni... Po obu stronach tylko niewielka przestrzeń dzieli ich od otaczającego tłumu. Zrobiło się cicho... Tylko wrzaski żandarmów i jakieś komendy... Matka odwraca mnie od tego widoku przyciskając głowę do kolan... Salwa karabinowa i jeszcze kilka pojedynczych strzałów... Cisza... wszyscy stoją nieruchomo jak zahipnotyzowani... Jeszcze jakieś komendy niemieckie... Samochód odjeżdża ... Rozglądam się... Żandarmów też już nie ma, tylko pod murem zakrwawione kłębowisko ciał. Przy rozstrzelanych stoi dwóch żandarmów z karabinami. Pilnują... Przed czym?... Powoli ludzie rozchodzą się w milczeniu...
Tak zapamiętałem scenę egzekucji na Towarowej. Gdy pytałem matkę o te dziwne paski na ustach rozstrzelanych usłyszałem nowe dla mnie słowo” zakneblowany” i „zagipsowany”... Dlaczego „zagipsowany”? Kojarzyło mi się z wpychaniem przez oprawców w usta skazanych gipsu... Być może taka była „technika” uciszania ofiar... We współczesnych wspomnieniach, na którejś ze stron internetowych, znalazłem stwierdzenie że rozstrzelani na Towarowej wznosili okrzyki... Nic takiego nie miało miejsca... I to jest jedna z tych sprzeczności między pamięcią dziecka a interpretacja po latach...

C.d.n.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 225

PostWysłany: 08/06/10 23:16    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

c.d.

Drugie piętro lewej oficyny kamienicy przy Łuckiej 24 było w moim odczuciu azylem spokoju i bezpieczeństwa. Gdzieś tam... poza tym azylem, działy się sprawy dziwne, straszne, zasłyszane z rozmów dorosłych. Chłonąłem te wieści nadając im własna interpretację. Podzielność uwagi bawiącego się gdzieś w kąciku dziecka owocowała przyswajaniem sobie nowych, nieznanych i trudno zrozumiałych słów. Poza rozmowami dorosłych o troskach codzienności życia „pod Niemcami” były również rozmowy o bombach, karabinach, automatach, granatach, „rozpylaczach” i innych wojskowych akcesoriach i... Powstaniu. Mieszkanie nasze co jakiś czas zamieniało się w lokal konspiracyjny. Zbierało się wówczas sporo ludzi. Jakieś szkolenia... jakieś narady... instrukcje... (Kompania „Anna” „Kuby” zgr. „Garłuch” - .dowiedziałem się od matki w kilka lat po Powstaniu).
Wychowywałem się w atmosferze ciągłego napięcia poprzedzającego jakieś nieznane i radosne wydarzenia. Nie było w tych projekcjach dziecięcej wyobraźni nic z lęku czy grozy śmierci z którą niedługo miałem się zetknąć. Nic więc dziwnego, że przeważnie moje zabawy sprowadzały się do biegania po mieszkaniu z drewnianym karabinem na sznurku i strzelaniu do wyimaginowanych Niemców i „bolszewików”. Nie zawsze z tych zabaw uzyskiwałem pełna satysfakcję. Bardzo zależało mi na uznaniu mojego „bohaterstwa”. A kto najlepiej mógł docenić moja waleczność?... Oczywiście ... matka!... Więc zanudzałem ją próbami włączenia w moje gry wojenne. Polegało to na tym, że stawałem przed zamkniętymi drzwiami do pomieszczenia kuchennego, w którym matka z ciotką prowadziły ze sobą rozmowy i pukałem... Na moje pukanie do drzwi musiały głośno wołać: „Ach... gdzie jest nasz kochany synek!?... może jest ranny?... może zabity?...”... Wówczas ja otwierałem szeroko drzwi i stawałem w progu w pozie bohaterskiej z karabinem na ramieniu, ręką na temblaku zrobionym z chustki do nosa. Wówczas matka z ciotka musiały obowiązkowo głośno okazywać swoja radość z mojego „powrotu z wojny”. O ile ja mogłem bez końca powtarzać ten sam scenariusz, to matka po kolejnym razie mojego bohaterskiego powrotu zagroziła mi zamknięciem w pokoju. Uznałem wiec że moje powroty „z wojny” są mało atrakcyjne. Ręka na temblaku to za mało... W pokoju stał kredens „stołowy”... rzeźbiony z szufladami i szafkami ze szklanymi drzwiczkami. W jednej z tych szafek znajdowała się spora, ozdobna butelka z... jodyną. To było to! Widok jodyny uwiarygodni moje rany odniesione na „wojnie”!. Przystawiłem krzesło do kredensu i balansując na jego krawędzi wyjąłem butelkę ze szklanym korkiem. Trwało tylko chwilę jak wymazałem sobie jodyną ręce i twarz... Nie wiem jak wyglądałem po tym „zabiegu”... Widocznie wystarczająco wiarygodnie, gdyż przy kolejnym wejściu do kuchni jako bohater zrobiłem wrażenie tak wielkie, że obie o mało nie pospadały z krzeseł.
Przemilczę dalszy przebieg wydarzeń... był dla mnie bardzo przykry. Nie doceniono mojej inwencji. Przez tydzień nigdzie nie mogłem wyjść jako że ślady jodyny z twarzy i rąk zeszły dopiero po wielokrotnym codziennym szorowaniu. Najwięcej radości sprawiłem mojemu starszemu bratu... Szyderstwom i kpinom nie było końca...

c.d.n.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sielce -> Historia Sielc Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 12, 13, 14, 15, 16  Następny
Strona 13 z 16

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach