 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Wspomnień czar...
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 11/06/10 11:56 Temat postu: |
|
|
c.d.
W swoich zabawach czułem się bardzo osamotniony. Brat, starszy ode mnie o prawie dziesięć lat, chadzał własnymi drogami. Z „ochronki” na Krochmalnej zrezygnowano, ponieważ wychowawczynie skarżyły się na moje ucieczki z tego przybytku zabawy drewnianymi klockami i torsji na sam widok „pożywnego obiadku”. Moje ucieczki były zamierzone i w pełni skuteczne. Kilka domów wcześniej, po tej samej stronie Krochmalnej, mieszkała moja ciotka, do której uciekałem przy każdej nadarzającej się okazji... Za każdym razem przekonywałem ciotkę że „wpadłem na chwilę” na placki. Ciotka ze zrozumieniem kiwała głową i raczyła mnie naleśnikami z marmoladą.
Tymi ucieczkami przysparzałem matce wiele kłopotów, ponieważ wychowawczynie często nie zauważały mojego zniknięcia. Matka szukała mnie i z domysłu odnajdowała u ciotki przy talerzu z naleśnikami. Niekiedy czas wpadnięcia do ciotki „na chwilę” przedłużał się. A to z racji atrakcji jakim było podwórko domu w którym mieszkała. Rozległy plac zastawiony różnymi szpargałami, stosami desek, furgonami... Takiej okazji do zwiedzania samodzielnie zakazanego dla mnie świata nie mogłem przepuścić... Ale mimo hultajskiego usposobienia niespełna pięciolatka, byłem karny i posłuszny. Zawsze zjawiałem się na pierwsze głosy nawoływań...
Z racji tych właśnie okoliczności matka postanowiła pozostawić mnie w domu. Mój świat zacieśnił się do terenu mieszkania. Często gdy matka gdzieś wychodziła pozostawałem sam. Nie stanowiło to dla mnie dolegliwości. Byłem przyzwyczajony obcować sam na sam ze swoja wyobraźnią. Do świata poza mieszkaniem gnała mnie jedynie ciekawość... Niekiedy tylko zabierała mnie na targ warzywny na „Placu Kazimierza” albo w wędrówkę po sklepikach w okresie gdy okazjonalnie zajmowała się akwizycją „Barszczu Strójwąsa”. Do dziś pamiętam obrazek na opakowaniu przedstawiający tańczącego grubasa w krakowskim stroju z nienaturalnie długimi wąsami.
Miejscem dla mnie zakazanym, do którego niekiedy tęskniłem, było podwórko. Przeważnie oglądałem je z perspektywy drugiego pietra mieszkania w oficynie. Tam była wolność i przestrzeń do biegania. Z nosem przy okiennej szybie obserwowałem z rzadka pojawiających się ludzi, którzy zmierzali do klatek schodowych. Spoglądałem z góry na parterowy domek „pana dozorcy” po przeciwległej stronie podwórka i krzątającego się dozorcę. Przechadzał się powoli z nieodłączna miotłą, z „sikawki” polewał asfalt i ogrodzony żelaznym, ozdobnym płotkiem skrawek zieleni w centralnej części podwórza. Niekiedy zatrzymywał się przy wylocie bramy spoglądając na coś na ulicy, co było niewątpliwie bardzo ciekawe a pozostające poza możliwością mojej obserwacji. Cała moja uwaga skupiała się na krzątaninie dozorcy. Z prawej strony wysoki, sięgający prawie drugiego piętra mur do „Haberbusza”... Nic ciekawego... Natomiast podwórko, brama i to co poza bramą było obiektem moich tęsknot.
Aż nadszedł taki dzień, w którym z racji domowych porządków matka wyprowadziła mnie na podwórko powierzając dozorcy by „miał baczenie” na mnie. Bieganie dookoła żelaznego ogrodzenia trawnika z patykiem szybko mi się znudziło. Gdy przystawałem u wylotu bramy zjawiał się dozorca z groźną miną i jeszcze groźniejszą miotłą. W żaden sposób nie udawało mi się czmychnąć za bramę...
Nagle zauważyłem wybiegającego z klatki schodowej brata. Dźwigał ciężki, szklany syfon na wodę sodową. Matka wysłała go do sklepiku znajdującego się w tym samym budynku, na lewo od bramy. To była szansa... Za moją część czekoladowego zająca, stojącego od Wielkanocy w szafce w kredensie, zgodził się zabrać mnie ze sobą. Dozorca nie protestował...
Ulica rozświetlona przedpołudniowym słońcem w najdrobniejszych szczegółach odsłaniała swoje atrakcje. Wyjście z mrocznego, wilgotnego podwórza-studni było jak wejście w inny, radosny świat. Brat wchodząc do sklepiku pozostawił mnie betonowych schodkach przed wejściem. Usiadłem i obserwowałem przejeżdżający powoli chłopski wóz na żelaznych obręczach i ciągnącego go z mozołem konia... Nielicznych przechodniów... Kilka osób stojących przed bramą i prowadzących przyciszoną rozmowę... Słońce było tak jaskrawe, że musiałem mrużyć oczy...
Niemiec w wojskowym mundurze pojawił się niewiadomo skąd... Wchodził po schodkach do sklepiku ocierając się o mnie butami. Szwab się rozpycha!... Pierwsze i następne uderzenia cienkim patykiem po wyglansowanych cholewach butów pozostawiały znikające powoli fioletowe ślady... Widziałem wyraźnie.. i prawie czułem zapach pasty... Trwało to chwilę. Niemiec znieruchomiał z jedną nogą postawioną na wyższym stopniu. Spojrzałem w górę. Stał przyglądając mi się ciekawie... Jak śmie!... Ogarnął mnie istny amok. Ponownie zacząłem smagać go patykiem po cholewach i z krzykiem wymyślając od hitlerowców, szkopów i bolszewików. Nic... żadnej reakcji... Nagle zza pleców Niemca pojawił się brat. Wyskoczył ze sklepu chwytając mnie za kark i ściągając ze schodków.
Biegnąc, w połowie drogi do bramy, usłyszeliśmy za plecami głośny wrzask: „Halt!”... Brat jako bardziej obeznany z realiami okupacyjnego życia – zatrzymał się... Ludzie stojący przed bramą cofnęli się w głąb... Niemiec powoli zszedł ze schodków. Podszedł do nas i chwytając mnie za rękę pociągnął z powrotem w kierunku sklepiku. Nie protestowałem... Pewnie mnie bierze do niewoli... Prawidłowo ocenił moje bohaterstwo. Wciągnął mnie do sklepu bez przerwy trzymając z rękę. Coś rozmawiał ze sprzedawczynią... i po chwili wręczył mi wielką, wypchaną, papierową torbę... Spojrzałem w górę na niego. Uśmiechał się... Potarmosił mnie ręka po czuprynie mówiąc: „Gut... chlopcyk... gut... matka... matka...”...
Samodzielnie dotarłem do bramy dumnie trzymając przed sobą wielką torbę. Nie była ciężka... Były w niej suchary wojskowe, którymi handlowano w całej Warszawie. W pewnym okresie były one, obok żółwi wykradanych z niemieckich transportów, symbolem zaradności „okupacyjnej gospodarki” warszawiaków...
Ktoś już zdążył powiadomić matkę o zajściu... Nim dotarłem do mieszkania zdążyła zemdleć... Gdy ją ocucono wręczyłem torbę. Traktowałem ja jako łup wojenny... Matka powiedziała tylko: „Jak ojciec wróci to z tobą porozmawia... ja już nie mam do ciebie siły...”. A brat złośliwie dodał: „Będzie manto... hehehe...”.
Nie przypominam sobie aby rodzice stosowali wobec mnie kary cielesne. Ale w tej sytuacji uznałem groźbę za realną. Domowym azylem bezpieczeństwa dla mnie była pusta szafka nocna z uszkodzonym zamkiem Zamykać ją można było jedynie od środka. Bojąc się „lania” spędziłem w niej czas do wieczoru, do momentu ściągnięcia do domu ciotki z Krochmalnej, która była gwarantem mojego bezpieczeństwa...
A suchary? Suchary zasiliły zapasy przygotowywane na Powstanie...
Intencji Niemca nie rozumiem do tej pory...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
tg3a Stały użytkownik


Dołączył: 21/05/09 10:24 Posty: 33 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 11/06/10 22:50 Temat postu: |
|
|
| Budrys napisał: | | Intencji Niemca nie rozumiem do tej pory... |
Witaj, Budrysie.
Pewnie byli wśród Niemców i tacy, w których tliły się ludzkie uczucia. I tylko dobrze, że w sytuacji przez Ciebie opisanej nie było obok "drugiego niemieckiego człowieka" (myślę, że nie muszę dodawać, że to sformułowanie pochodzi z "Niemców" Kruczkowskiego).
Dziękuję za kolejną porcję wspomnień, i pozdrawiam serdecznie.
Pozdrowieniami obejmuję wszystkich Forumowiczów -
Tadeusz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 12/06/10 10:57 Temat postu: |
|
|
Witaj Tadeusz... Ja również pozdrawiam Cię serdecznie...
Może masz rację w odczytaniu intencji Niemca... może... Ja nie jestem do końca przekonany o jego „ludzkich” odruchach. Bardziej skłonny jestem mniemać że niewłaściwie odczytał on moje zachowanie. Wśród wykrzykiwanych przeze mnie epitetów było słowo „bolszewik”... I przyjął agresję dziecka jako nieświadomie skierowaną pod niewłaściwy adres... Stąd wyrozumiałość i akceptacja tej agresji.
Wojna to czas nienawiści... samonakręcającej się spirali krzywd i zemsty... Jedyne ludzkie uczucie u okupanta to STRACH. Był on prawdopodobnie uświadomieniem ogromu zbrodni przez nich popełnionych i winy ciążącej na nich jako całości nacji jak i indywidualnie. Gdy wygrywali kolejne kampanie, gdy czuli się silni i bezkarni, puszczały wszelkie hamulce moralne... do czasu... Zbliżająca się nawała sowieckiej armii odpłacała im z nawiązką... Kto wie czy ów „sympatyczny” Niemiec nie brał za kilka miesięcy udziału w wyrzynaniu mieszkańców Woli... Chociaż... przyjemnie jest wierzyć, że w czas krwawej pożogi mogli być „inni” Niemcy...
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 13/06/10 13:38 Temat postu: |
|
|
c.d.
Atmosfera panująca w przedpowstaniowej Warszawie udzielała mi się przez zachowania dorosłych i przez własna obserwację. Z większa uwagą i coraz większym zrozumieniem przysłuchiwałem się rozmowom prowadzonym przez dorosłych. Rozumienie wielu z wątków tych rozmów było oczywiście na poziomie dziecka. Poprzez proste, znane mi skojarzenia. Prowadziło to niekiedy do dramatycznych i komicznych nieporozumień. A oto jedno z nich...
Jestem w domu sam. Leżę w swoim łóżeczku przy piecu w malignie lekkiej gorączki (przeziębienie czy jakaś inna dziecięca choroba była przyczyną pozostawienia mnie w domu). Obserwuję jak w zapadającym za oknem zmroku jawią się w pokoju tajemnicze cienie... Taki półsen na granicy jawy i snu... Cisza... Przez lekko uchylone okno wyławiam jakieś dźwięki... dalekie dzwonienie tramwaju... jakieś stukania... gdzieś trzasnęły drzwi... Nagle... napięcie i poprzedzające przeczucie czegoś co za chwilę nastąpi... Potężny wybuch wypełnia swym głuchym dźwiękiem cała przestrzeń dookoła mnie. Zrywam się z posłania zupełnie ogłuszony. Spoglądam w okno... Drżenie przeszło po szybach... Siła impetu powietrza otworzyła szeroko okno... Szybkie skojarzenie... Powstanie!... Cóż innego mogło tak głośno wybuchnąć?... Z czym innym mógłby być skojarzony tak potężny wybuch?... Muszę coś zrobić... zobaczyć... Przystawiam krzesło do parapetu i gramolę się stając oparty o framugę. Spoglądam w dół, w głąb podwórka. W zapadającym coraz gęstszym mroku widzę postać dozorcy i kilku osób... „Powstanie wybuchło!” – krzyczę z coraz bardziej ogarniającą mnie euforią. Ludzie na dole podnoszą głowy i spoglądają na mnie... Trwa to chwilę. I krzyki: „Zejdź z okna!”. Nie bardzo rozumiem dlaczego. Przecież Powstanie wybuchło, a to najważniejsze... Myślę że ciarki zgrozy ich przechodziły widząc w otwartym oknie stojącego dzieciaka w długiej, białej „nocnej” koszulinie... Pukanie do drzwi... Potem walenie... Schodzę z okna. Za drzwiami słyszę jakiś znajomy głos: „Otwórz drzwi...”. Przystawiam krzesło, na krzesło stołeczek i staję na nim próbując otworzyć zasuwę zamka. Nie mogę, nie potrafię... Głos za drzwiami: „Zostań przy drzwiach...”. Teraz gdy powstanie wybuchło ktoś mi każe pozostać w ciemnym przedpokoju? Wracam do okna. Sadowię się wygodnie na parapecie, spuszczając nogi na zewnątrz... Na dole znowu wołania, żebym zszedł z okna... A ja również okrzykami informuję ich że „Powstanie wybuchło!”.
Nie wiem jak długo trwało to przekomarzanie się z ludźmi stojącymi na podwórku... Zgrzyt klucza w zamku i po chwili ojciec ściąga mnie z parapetu. Kładzie do łóżeczka i siada na krześle zakrywając ręce dłońmi. „Tata... Powstanie wybuchło!...”. Ojciec milczy... Tylko brat, który wrócił wraz z ojcem, uświadamia mnie: „Głuptasie... to wybuchła bimbrownia na Wroniej... do tej pory w powietrzu lata urwana głowa bimbrownika...”.
Usypiałem w rozczarowaniu i żalu... Starałem wyobrazić sobie jak „lata w powietrzu” urwana głowa...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 13/06/10 15:15 Temat postu: |
|
|
Budrysie, nie wiem ile miałeś wtedy lat, ale zdumiało mnie, że również dzieci czekały na powstanie i wiedziały co to jest. Myślałam, że atmosfera oczekiwania na powstanie była wszechobecna wśród dorosłych oraz nastolatków. Napisz, co dla Ciebie oznaczało powstanie? _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 13/06/10 22:02 Temat postu: |
|
|
Na czas Powstania Warszawskiego miałem równo pięć lat... Nie rozumiałem słowa „powstanie”. Ale kojarzyłem je z pojęciem „wojna” z opowiadań dorosłych o wrześniu 1939 roku. Dla mnie było to wystarczająco dużo by tamten czas zapadł mi w pamięci. Nie odnoszę się do dat.. do chronologii... odnoszę się do zapamiętanych obrazów i interpretacji faktów z poziomu dziecka. Być może spowodowane to było atmosferą w jakiej się wychowywałem. Pamięć, wyobraźnia i pewien szczególny rodzaj wrażliwości zaważyły na tym „pamięciowym fenomenie”. Powiedzenie że Warszawa oczekiwała na moment Powstania, jest grubą przesadą. Jedynie środowiska konspiracyjne miały świadomość nieuniknionego, zbrojnego starcia z okupantem. A to z natury rzeczy był to skromny procent wśród mieszkańców. W większości ludzie żyli własnym życiem z troską o przeżycie każdego następnego dnia. Konspiracja nie była tak powszechnym zjawiskiem jak niekiedy przedstawiają ja współcześni historycy. Konspirację i działania oporu przeciw Niemcom prowadziły „elity”. Głęboko zakonspirowane. Gdy wybuchło Powstanie szeregi powstańców zasilili ochotnicy. Byli to chłopcy i dziewczęta z różnych środowisk. Przeważnie plebejskich... gazeciarze, szabrownicy z dworców towarowych, ulicznicy... To oni najczęściej ginęli na barykadach. To ich rodziny ginęły pod gruzami domów i w krwawych masakrach m.in. na Woli. Rodziny świadomych wypadków jakie mają nastąpić przed wielu tygodniami opuściły Warszawę... Nie tylko termin wybuchu Powstania był dla większości zaskoczeniem, również sam fakt podjęcia nierównej walki w momencie gdy zbliżała się ofensywa sowiecka. Jednak gdy Powstanie stało się faktem cała ludność na terenach nim objętych udzieliła spontanicznego wsparcia. Tak rodziła się historia współczesnych Termopili... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 14/06/10 11:10 Temat postu: |
|
|
c.d.
Niemcy wycofują się zza Wisły… Małe, chude koniki ciągną furmanki... między nimi różne zabłocone samochody... Udziela się mnie dziwna podniecająca atmosfera ulicy... „Niemcy się wycofują!...”. Na furmankach, ze zwieszonymi na zewnątrz nogami siedzą żołnierze... Brudni... w zakurzonych, wymiętych mundurach... z karabinami i bez... W niczym nie przypominają Niemców do tej pory spotykanych na ulicach. I ta krowa przyczepiona za rogi do jednego z wozów... Tabory?...
Stoję z kimś z dorosłych na rogu Żelaznej i Łuckiej przy narożnym budynku „Norblina”... Przechodnie przystają na chodnikach... przyglądają się... Kawalkada najdziwniejszych wojskowych pojazdów sunie Żelazną od Jerozolimskich gdzieś w kierunku Chłodnej... Narastający huk motorów... Czołgi idą!... Stają. Staje cała kolumna. Gdzieś, w okolicach Chłodnej przejazd zakorkowany... Pierwszy czołg skręca w Łucką w kierunku Towarowej... za nim następne... Huk motorów i chrzęst gąsienic o bruk, zapach spalin i dymu... Cofamy się w głąb Łuckiej by nas nie rozjechały... nie możemy przejść na drugą stronę ulicy... Mijają nas o centymetry. Wielkie! Potężne!... Zajmują całą szerokość jezdni. Nie mieszczą się... Jedną gąsienicą wjeżdżają prawie na chodnik... z bruku sypią się iskry... Przyglądam się zafascynowany... W większej przerwie między jadącymi czołgami przebiegamy na druga stronę... do domu.
- - - - - -
Wyją syreny... nalot... Matka sadza mnie na stole i zakłada mi sweterek... Ciasny!... Siłą naciąga go na głowę. Boli! Krzyczę... uszy mi oberwie!... Do mieszkania wbiega sąsiadka „z góry”... żona „granatowego”... „Szybciej pani Jadziu!... Pomóc coś?!...”. Matka biega po mieszkaniu, chwyta jakąś torbę... Wybiegamy... W przedpokoju słyszymy zbliżającą się serie wybuchów... „O Jezu! Nie zdążymy!...”. Potężny wybuch zachwiał kamienicą... Zaraz się przewróci! Czuję jak siła grawitacji przesuwa nas na ścianę... Jak powoli opadamy leżąc na tej ścianie... Mam wrażenie że trwa to bardzo długo... Nagle ściana się prostuje... Żyjemy!... Wybiegamy na drewniane schody klatki... Po drodze mijamy pootwierane na oścież drzwi mieszkań... (Taka była praktyka by zmniejszyć siłę „impetu” wybuchu). Przebiegamy przez podwórko do naszej piwnicy, do której wejście znajduje się na klatce po przeciwnej stronie kamienicy. Nowa seria bomb... W piwnicznym korytarzu i w pootwieranych piwnicach siedzą ludzie... Palące się świeczki rozświetlają słabym światłem twarze... Wszyscy nasłuchują w milczeniu. Wybuchy to zbliżają się... to oddalają... Przy schodach do piwnic, za ścianą stoją mężczyźni. Spoglądają w światło otwartego wejścia na klatkę... Za każdym kolejnym wybuchem komentują... „Pewnie na Grzybowskiej... Żelazna... gdzieś dalej...”. Nagle kolejny wybuch wstrząsa kamienicą aż do piwnic. Gdy spowodowane ogłuszającym wybuchem dźwięczenie w uszach mija, słychać jeszcze sypiące się z okien szyby... „To w Haberbusza”... Mężczyźni przyglądają się czemuś co wpadło z zewnątrz i leży na piaszczystej podłodze piwnicznego korytarza... Przeciskam się między nogami... Zobaczyć!... Na piasku leży duży kawał rozpalonego do białości żelaza. Odłamek... Jest tak gorący, że piasek na którym leży zda się że za chwilę się zapali... skwierczy... Widać po bokach żółte płomyki... „Wody! Wody!...”. Ktoś chlusnął wodą. Syk i kłąb pary wypełnia korytarz... Wybuchy stają się coraz rzadsze... „Nie wychodzić!... Jeszcze nie wychodzić!...”. Syreny wyją ponownie... Koniec nalotu. Wracamy do mieszkania.
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
trzydziestolatek Ekspert


Dołączył: 09/02/10 17:45 Posty: 121 Skąd: Iwicka
|
Wysłany: 14/06/10 16:39 Temat postu: |
|
|
Budrysie...
Ja tylko chciałem powiedzieć, że czytam z ciekawością wszystko co napiszesz...
...i wciąż sprawdzam forum czy pojawiło się dalsze C.D.N...
Pozdrawiam! |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anastazja Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58 Posty: 562 Skąd: Mokotów
|
Wysłany: 15/06/10 21:55 Temat postu: |
|
|
Budrysie, teraz na nowo rozpaliłeś naszą wyobraźnię... Wygląda na to, że jako pięcioletni dziaciak przertwałeś Powstanie.... Dzień po dniu...opowiedz... _________________ A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 18/06/10 20:45 Temat postu: |
|
|
Dziękuje i pozdsrawiam...
c.d.
Wielką atrakcją dla mnie były spacery na „Berberys”. „Berberysem” nazywano niewielki park przy placu Starynkiewicza. Taka mała, zielona enklawa między Nowogrodzką a Filtrową. Kilka ławek parkowych, krzaki i alejki po których można było biegać. Cicho tu i przytulnie. Tylko z pobliskich Jerozolimskich dobiegało dzwonienie tramwajów... Wczesnym popołudniem przychodziły tu przeważnie kobiety z dziećmi z okolicy. Na „Berberys” przychodziłem tylko z ojcem. Dla mnie atrakcją był nie tylko ten niewielki skrawek zieleni ale również..., a może przede wszystkim piesza wędrówka Żelazną do Alei. Działo się tam wiele ciekawych rzeczy... W tamtych czasach ulica Żelazna była jednym z głównych ciągów komunikacyjnych wiodących do północnych i zachodnich części Warszawy na równi z Towarową czy Marszałkowską.
Gdy padało magiczne hasło „Berberys” byłem zawsze gotowy i w radosnym podnieceniu czekających mnie atrakcji poddawałem się przygotowaniom do wyjścia. Przygotowania zawsze polegały na tych samych czynnościach. Matka zakładała mi nie lubiany przeze mnie obszerny płaszczyk z nadprutą poszewką, zaś ojciec wkładał pod poszewkę jakieś papierowe zawiniątka... Nigdy o nie nie pytałem. Ojciec też nic nie mówił... Tajemnica... Intuicyjnie wyczuwałem wielka wagę tych spacerów na „Berberys”... Ojciec wygładzał fałdy płaszczyka i oceniał jakość mojego wyglądu. Byłem gotowy...
Po wyjściu z Łuckiej, na Żelaznej zaczynał się świat pełen zadziwień... Hałaśliwe tramwaje, przechodnie, sklepiki, bramy domów... Z wąskiej ulicy Prostej wyjeżdżały na niewiele szerszą Żelazną dwukonne zaprzęgi jakichś platform... Dzwonienie tramwajów, pokrzykiwania woźniców, mijający się przechodnie... Prowadzony za rękę ociągałem się zaglądając w każda bramę ciekaw każdego szczegółu... Czasami tylko ojciec brał mnie na ręce i przystawaliśmy przed szybą wystawy jakiegoś sklepu albo wchodziliśmy w najbliższą bramę... Niemcy... „Patrole”... Chodzili po trzech... w hełmach, z karabinami na ramieniu albo pod pachą „gotowe do strzału”... W szybie wystawy widziałem ich powoli mijających za plecami. Rozmawiali głośno i śmiali się z czegoś dostrzeżonego przez nich na ulicy...
„Berberys”... Zaczynał się znany mi już wstępny „rytuał” choć w dowolnej kolejności. Na ławkę, na której siedziałem przy ojcu, przysiadała się jakaś spacerująca z wózkiem kobieta... Bierze mnie na kolana... Głaszcze po głowie... poprawia mój płaszczyk i... sięga pod podszewkę... Nie daję i spoglądam na ojca. Ojciec mruży oczy i lekko potakująco kiwa głową... Coś wyjmuje i chowa do wózka z dzieckiem... Sadza mnie z powrotem na ławce i odchodzi powoli. Następnym jest jakiś mężczyzna... Wszystko się powtarza... przyzwalający gest ojca... Takich odwiedzin na ławce jest kilka. Niekiedy zmieniamy ławki, przenosząc się w inny rejon „Berberysu”. Gdy zostaję zupełnie „odchudzony” z „tajemnicy’ kryjącej się pod podszewką, ojciec zdejmuje mi płaszczyk... „Idź się pobawić...”. Wśród biegających dzieci wyszukuję rówieśników znanych mi z poprzednich odwiedzin w parku. Zaczyna się parkowa przygoda... bieganie po krzakach... chowanie za ławkami... Czas nie istnieje... Dostrzegam stojacego na alejce postać ojca... Wracamy?... Wracamy... Droga do domu jest również ciekawa... Idziemy teraz prawą strona Żelaznej... Im bliżej domu odczuwam coraz większe zmęczenie... Fajnie było...
Ostatni powrót z „Berberysu” w następnym poście...
C.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 21/06/10 20:34 Temat postu: |
|
|
c.d.
Popołudnie... Padał przelotny deszcz... Teraz świeci słonko... Idziemy z ojcem Żelazną po wschodniej stronie. Brukowa kostka na jezdni i chodniki mokre. Po obu stronach ulicy szare ściany kamienic tworzą mroczny wąwóz. Gdzieś... na wysokości Siennej mija nas jadący od strony Alei furgon. Za nim drugi... Wyładowane po brzegi stosami desek... Konie a galopie... Poniosły?... Przechodnie odsuwają się od krawężnika.... Furgony oddalają się w kierunku Chłodnej. Ciągnę ojca za rękę w kierunku jezdni. Chcę zobaczyć pędzące furgony... W oddali jakieś zamieszanie na ulicy... Przed niemiecką „wachą” na Żelaznej przed Chłodną po lewej stronie widać stojące w poprzek ulicy wyładowane deskami furgony... Zatarasowały całą jezdnie... Ciekawe... Dlaczego?... Padają pojedyncze strzały... Przechodnie przyspieszają kroku.... Biegną dokądś. Ojciec bierze mnie na ręce. Biegniemy. Do Łuckiej jeszcze kawałek... Przebiegając Żelazną przy Łuckiej widzę wyraźnie jeden przewrócony furgon z deskami. Do domu...
W domu wyczuwam napięcie... „Nie przeszkadzaj ojcu...”. Ojciec krząta się po mieszkaniu upychając w kieszeniach marynarki jakieś przedmioty. Stoję w kuchni pod oknem w milczeniu... przyglądam się... W przedpokoju stoi matka... Widzę na jej twarzy jakiś smutek... patrzy na mnie jakoś dziwnie... Ojciec żegna się z matką... Otwiera drzwi... wychodzi... Nie!... Chce mi się płakać... Cofnął się od wyjścia, stając w drzwiach kuchni... patrzy na mnie... Kuca rozkładając ręce.... podbiegam do niego tuląc się do jego „drapiących” policzków... Nic nie mówi... Trwa to chwilę... Zdecydowanym ruchem prostuje się stawiajac mnie na podłodze... Wychodzi...
Matka stoi przed oknem wpatrując się w podwórko... Pojawiało się zza chmur słońce rozświetlając całe mieszkanie... Jest mi jakoś dziwnie... Powstanie!... Zrozumiałem że już nie będzie spacerów na „Berberys”...
Tak zapamiętałem ojca... I ten obraz powraca gdy odwiedzam kwatery jego kompanii na Powązkach. Zginął w pierwszym dniu Powstania w ataku na lotnisko na Okęciu...
C.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 24/06/10 22:54 Temat postu: |
|
|
c.d.
Okres kilku dni, między wyjściem ojca „do Powstania” a opuszczeniem mieszkania na Łuckiej zapamiętałem bardziej jako natłok wrażeń, nastrojów, zapachów... dziwnych... nieznanych... „Wola się pali...”... Umawianie się matki z sąsiadkami, że będą „trzymały się razem”. Wynoszenie do piwnicy i chowanie w niewielkiej stercie węgla jakichś szpargałów, papierów, dokumentów... Przechowywane w wielkiej, papierowej torbie suchary matka wsypała do płóciennego woreczka zrobionego na wzór małego plecaka... To ma być mój „bagaż”... Dodatkowo pod moją opieką ma być pokaźna puszka z kabłąkiem po marmoladzie. Matka i brat też maja przygotowane jakieś tobołki... Na stole w pokoju leżą przygotowane wierzchnie okrycia... płaszcz matki, kurtka brata i moja „wyjściowa” dziecięca jesionka. Czekamy.... Co jakiś czas ktoś krzykiem na podwórku informuje mieszkańców: „Niemcy na Chłodnej!... Na Towarowej!...”. Czekamy... Na co?.... Siedzę w oknie i spoglądam na podwórko, widząc jak w bramie znikają ludzie z tobołkami... Czekamy... miała przyjść ciotka z Krochmalnej... Ktoś krzyczy: „Niemcy na Wroniej!...”. Matka szybko mnie ubiera... Zabieramy swoje bagaże i wybiegamy z domu... Ostatni.
Następnie był kilkugodzinny pobyt na portierni „Norblina” i wieczorem przeprawa przez Żelazną... Opisałem to w jednym z wcześniejszych postów. Przejdę więc do wyjścia z piwnic domu w którym tak nieżyczliwie przyjęli nas miejscowi „powstańcy”.
Na podwórku domu, w którym mieliśmy ów koszmarny nocleg w piwnicach, jest studnia. Brat pompuje wieszając się na żelaznej rękojeści pompy. Obmywamy ręce, twarz... pijemy, „na drogę”. Matka nabiera wodę w pustą butelkę „po lemoniadzie” z charakterystycznym ceramiczno-gumowym zamknięciem. Idziemy. Do stryjka na Nowogrodzką. Jest wczesny słoneczny ranek... Na ulicy niewielu przechodniów... Wszystko wygląda „normalnie”. Dziwię się... Przed domami dozorcy z „sikawek” polewają chodnik i asfaltową jezdnię... Jakby nigdy nic... Tylko z oddali słychać strzelaninę... a tu nawet nie wyczuwa się zapachu spalenizny... Idziemy... Mijamy jakieś ulice, skrzyżowania... Na jednej z ulic dołączamy do sporej grupy ludzi z bagażami.... też uciekinierzy... Przed jednym ze skrzyżowań – zasieki z drutu kolczastego... Stop! Za skrzyżowaniem, na prawo, „wacha” niemiecka, posterunek... Przy zasiekach stoją powstańcy z „rozpylaczami”. Chodzą swobodnie nie kryjąc się... Kto chce iść dalej musi przejść przez niemiecki posterunek. Ustawiają nas w szeregu i odliczając po dziesięć osób przepuszczają. Nasza kolei... Powstaniec z automatem i opaska na ramieniu jedna ręką odciąga „kozioł” z drutu kolczastego i przepuszcza... Tuż za rogiem grupa niemieckich żołnierzy w hełmach, z karabinami na ramieniu. Odciągają zasieki i przepuszczają nas... Przystajemy na chwilę. Coś mówią... Idziemy dalej. Dziwne... Kolejne zaskoczenie... Nie strzelają?...
Już Śródmieście... Idziemy z grupą uciekinierów... Kobiety, dzieci, kilku starszych mężczyzn... i charakterystyczne tobołki. Na jednej z następnych ulic pusto. Grupki ludzi stoją skryci w bramach i co jakiś czas wychylają się patrząc gdzieś wysoko... w okna... „Gołębiarz!...”. Na jezdni leżą ciała kilku osób. Zwinięte, jakby wygodnie ułożone do snu... Rozmowy w bramie... ”Dokąd?...”. „Na Nowogrodzką... przy Kruczej...”. „Piwnicami... do...”. Wejście do piwnic z bramy naprzeciwko. Przebiegamy pojedynczo. Biegnę lawirując między leżącymi trupami... Żeby się nie potknąć. Nikt nie strzela. Udało się... Schodzimy w mroczną czeluść piwnicznego korytarza... Ciemno... Trzymam się matki. Wychodząc z rozświetlonej słońcem ulicy w podziemia wzrok przyzwyczaja się powoli. Ciemno... Ciemno i cicho... W głębi piwnicznego korytarza widać jakieś światło... płomyk.... To dopalająca się świeca na gruzowisku z rozbitej ściany. Dziura do piwnic następnej kamienicy. Z drugiej strony ktoś nadchodzi... Mijamy się... Oświetlają sobie drogę chybotliwym światłem świec trzymanych w ręku i elektrycznymi latarkami... „Jest przejście?... Jest...”. Droga przez piwnice i dziury w ścianach staje się kłopotliwa... Różnice między poziomami piwnic powodują że trzeba się wspinać po podstawionych jakichś skrzynkach lub skakać w ciemność z nierozpoznanej wysokości... Na ścianach jakieś napisy. Pewnie adresy domów w których znajdują się mijane piwnice. Przy jednej z dziur jacyś ludzie pomagają w przejściu. Coś mówią. Wychodzimy. Jasne słońce świecące w okna klatki schodowej poraża wzrok. Siadamy na marmurowych stopniach schodów. Odpoczywamy. Pierwszy raz widzę taką klatkę schodową... Witraże w oknach... Jak w kościele... Lustra... Wnęki, w których stoją wazony kwiatów... Na klatce i w bramie grupki ludzi... Co chwila ktoś głośno woła: „Jest ktoś z Pańskiej!?... z Siennej!?... z Twardej!?...”. Gwar rozmów usypia mnie. W pozycji półleżącej, z woreczkiem z sucharami na plecach, sadowię się na stopniach schodów... co chwila słońce zakrywają chmury... spoglądam w okno... To nie chmury... to dym... gdzieś się pali...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 26/06/10 20:52 Temat postu: |
|
|
c.d.
Kolejne dni i noce na naszym szlaku wędrówki na Nowogrodzką to nieustanne zmaganie się z piwnicznymi przejściami i przeskakiwanie ulic pod obstrzałem. Krótkie postoje w przypadkowych pomieszczeniach, bramach, piwnicach, to oczekiwanie na możliwość dalszej wędrówki. Za posiłek służyły nam suchary rozmoczone w gorącej wodzie. Ze zdobyciem wody też jest coraz trudniej... Pozyskujemy ją od takich samych jak my uciekinierów koczujących na podwórkach. Kilka cegieł i rozpalony miedzy nimi ogień służy za kuchnię... Niekiedy mieszkańcy domów wystawiają wiadra z gorąca wodą. Tylko na posiłek... o umyciu się nie ma mowy... Jedyny blaszany kubek jaki posiadamy służy do moczenia w nim sucharów. Jemy kolejno. W ostatniej porcji schłodzonej wody matka macza chusteczkę i myje mi twarz i ręce... Czarne i twarde jak kamień suchary nie kruszą się... Jedynie moczenie w gorącej wodzie zamienia je w brązowa papkę... Smakuje jak kawa zbożowa z fusami. Brat ma pudełko z okupacyjnym „rarytasem” – sacharyna... Nie na długo starczy...
Szybko uczę się nowej jakości życia... Przez obserwację starszych. Już wiem, że ulice pod obstrzałem należy przebiegać „zakosami”..., na otwartej przestrzeni być w ciągłym ruchu..., wzdłuż ulicy poruszać się „skokami” od bramy do bramy, jak najbliżej ścian budynków..., reagować na wszystkie ostrzeżenia podawane przez innych uczestników na szlaku... Już nie trzymam się płaszcza matki... Już wiem co mam robić w każdej sytuacji...Jak długo to trawa?... Nie wiem... Nieustanna trauma zawiesiła mnie w czasie... Świat..., ten przed Powstaniem rozmywa się mi w pamięci jak nierealny... Dla mnie zawsze jest „teraz”... Tylko oglądane obrazy Warszawy, ludzi, zdarzeń i zapachy osadzają się w pamięci... Już do mojej świadomości nie dociera odległa strzelanina... Reaguję tylko na bliskie odgłosy strzałów i wybuchy...
Wśród tych „typowych” dla okoliczności zdarzeń trafiały się i inne... dziwne, makabryczne, niekiedy noszące znamiona „cudu”. W popowstaniowych opowiadaniach starszych nasłuchałem się dziwnych opowieści o cudownych zdarzeniach, które kwitowali krótkim: „co komu pisane...”. Głównym źródłem opowiadań tych dziwnych zdarzeń była moja ciotka z Krochmalnej, która sama uratowała się w „cudowny” sposób z rzezi, którą Niemcy zgotowali Woli...
Do moich dziecinnych zdziwień należy niżej opisane zdarzenie.
Do bramy, w której się zatrzymaliśmy, wchodzi dozorca domu. W bramie jest nas spora grupa. Jest wieczór. Coś mówi... Trzyma w ręku pęk kluczy. Prowadzi nas na klatkę schodową i otwiera drzwi do mieszkań wpuszczając do nich po kilka osób. Wszystkie otwierane mieszkania mają nieobecnych lokatorów. Dziwne... Mieszkania schludne, jakby ktoś przed chwilą je opuścił... Siadamy przy stole... Matka rozgląda się po pokoju... idzie do kuchni... W kranach jest woda! Matka gotuje znalezioną w szafce kaszę. Zdejmuję swój „bagaż” i z przyjemnością walę się na miękkie łóżko. Matka wchodzi z garnkiem dymiącej kaszy... „Nie kładź się... jest kasza... jest woda... umyjemy się...”. Po umyciu się w „normalnej” łazience poczułem się zmęczony i senny... Takie wygodne i pachnące łóżko... Ale zapach kaszy i głód był silniejszy. Po posiłku dostrzegam w korytarzu leżącą pod ścianą dziecięcą huśtawkę... Taka sama jaką miałem na Łuckiej... Proszę brata by ją zawiesił na hakach wkręconych w futrynę drzwi do pokoju... Nagle wszystko stało się normalne... Huśtam się i czuję jakbym był „w gościach”... Nie ma strzelaniny, nie ma piwnic... Matka zdejmuje mnie usypiającego z huśtawki... rozbiera i kładzie do pachnącej pościeli...
Budzi mnie hałas. Jakaś bieganina po mieszkaniu... Zrywam się z łóżka. Jakiś obcy głos w przedpokoju woła: „Zrzuty!... zrzuty!...”. „Pani weźmie jakiś garnek!...”. Matka i brat wybiegają z mieszkania... Chwytam moja puszkę po marmoladzie i biegnę za nimi... Na podwórko... Na podwórku już stoi spora grupa ludzi. Gapią się na coś na dachu. Pod rynnę podstawiają jakieś kubki, garnki. Z rynny płynie jakaś ciecz... Podbiegam ze swoją puszką... Ktoś mówi: „Pij... to zdrowe...” . Próbuję... nieznany zapach... przyjemny... ale w smaku... gorzki! Ktoś tłumaczy: „To grejpfrut...”. Podchodzi matka. Napełniamy puszkę do połowy... „Może ktoś chce?...” pyta matka. Płyn ciągle leci tworząc dużą, pachnącą kałużę na asfalcie podwórka... Starczyło dla wszystkich. Ludzie ciągle rozmawiają o tym wydarzeniu; „Zasobniki się rozbił na dachu...”. I tak do mojego słownictwa wszedł wyraz „zrzuty”...
Wydarzenie to było dla mnie jednym z przyjemniejszych wspomnień z Powstania. Nie analizowałem go... Nie dziwiłem się niczemu... Może dziwili się dorośli, że zasobnik zamiast puszek z płynem zawierał w sobie jedną wielka bańkę narażona na roztrzaskanie? Ale to już moje późniejsze refleksje nie potwierdzone w żadnych dostępnych mi źródłach o zrzutach w czasie Powstania.
Do rana noc minęła wyjątkowo spokojnie. Rano opuściliśmy gościnny dom oddając klucze do mieszkania dozorcy...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 29/06/10 9:59 Temat postu: |
|
|
c.d.
Nie pamiętam okoliczności w jakich dotarliśmy na dłuższy pobyt do miejsca dla mnie bardzo dziwnego. Ogromna sala... rzędy fotelików... Kościół?... Nie... Nigdy takiego nie widziałem... Ludzie mówią na nie „Atlantik”... Zapamiętałem tylko nazwę ulicy – Chmielna... Na sali, na fotelikach koczuje tłum ludzi... Brudni, zakurzeni... Nawet na ulicach Śródmieścia przestaje być bezpiecznie. Pod nogami chrzęszczy szkło z rozbitych szyb. Na chodnikach i jezdni pojedyncze cegły i jakieś rupiecie lub zwaliska ze zburzonych domów... Po każdym silniejszym ostrzale czy bombardowaniu ulice zmieniają się nie do poznania... Jedynie po jakichś detalach charakterystycznych dla miejsc czy budynku można rozpoznać lokalizację. Nawet w piwnicach przestaje być bezpiecznie... Ludzie opowiadają o zasypanych... podają jakieś adresy... „Wychodzić!... wychodzić!... kino się pali!...”... „Mamo! Co to jest „kino”?...”. Na lewo od kina pomieszczenia rozbitych sklepów... Zajmujemy wolny kat w prawym rogu pomieszczenia, przy wybitej wystawie... W każdym kącie koczuje po kilka osób... Nieliczne są okresy względnego spokoju od ostrzału i bombardowań. Najspokojniej jest w nocy... Wieczorami brat gdzieś wychodzi... Wraca nad ranem przynosząc różne rzeczy do jedzenia... jakieś małe konserwy... Mówi że jest w jakichś drużynach i „chodzą na Stawki”... Każdy z nich dostaje po dwa granaty. Gdy wychodzą wieczorem, mijają nasz sklep... Szkło chrzęści pod nogami. Dorośli wsłuchują się... Liczą kroki. „Poszło dwudziestu...”. Wyglądam za nimi przez rozbitą wystawę... W szarzyźnie wieczoru i dymie rozpływają się sylwetki idących gęsiego. Dziwnie nienaturalne... Na plecach maja zwisające prawie do ziemi wielkie plecaki. Sami chłopcy w wieku mojego brata... 14-15 lat... Niektórzy w krótkich spodenkach... z jakimiś bandażami i szmatami na poobijanych kolanach... Poszli...
Rano, tuż przed narastającą kanonadą dziennego ostrzału, wracają... Dorośli liczą kroki powracających... Brakuje jednego... dwóch... Niepokój. Z naszego „sklepu” poszło jeszcze dwóch chłopców oprócz mojego brata... Kogo brakuje?... Oczekiwanie... Od nas wracają wszyscy. Przynoszą jakiś prowiant, jakieś butelki... Ogólna radość... jest jedzenie... Tylko z sąsiedniego „sklepu” dochodzą krzyki i płacz czyjejś matki... Sceny takie powtarzają się co jakiś czas... Jak często?... Nie wiem... Aż nadszedł taki dzień gdy brat nie wrócił... Chłopcy z „naszego sklepu”, którzy z nim byli opowiadają, że w jakichś gruzach Niemcy obrzucili ich granatami... Brat został... Matka nie histeryzuje... Nie patrzy na mnie... Widzę tylko łzy płynące po policzkach... Zostaliśmy sami... „Co z nami będzie?...”. Mija dzień... i następny... Wieczorem drużyna wyrusza na kolejna wyprawę. Ciągle ten sam „rytuał’... Liczenie kroków pod oknem... Niepokój. Nad ranem wracają... Mówią matce że znaleźli brata. Jest ranny... Przyprowadzili go i jest teraz na punkcie opatrunkowym... Wraca... Ma obandażowaną prawą nogę i rękę na temblaku... Wygląda zupełnie jak ja, gdy bawiłem się w „powroty z wojny”... To odłamki granatu. Na punkcie ich nie wyjęli... Nie ma warunków. Ale może chodzić. Już więcej nie poszedł z drużyną...
Dziewczyny z opaskami Czerwonego Krzyża chodzą po „sklepach” i zbierają dzieci „na obiad”... Obiad?... Będą suchary?... Jest nas kilkanaścioro w moim wieku... Prowadzą nas do kamienicy naprzeciwko kina. Na piętrze w pokoju stół z białymi talerzami. Sadzają nas... Do talerzy z dużego garnka coś nalewają... Rosół!?... Żółtawy płyn z pływającym w nim makaronem cienkim jak nitki. Smaczny... Trochę za słony... To było moje drugie miłe zaskoczenie w Powstaniu...
Po latach... Gdy pierwszy raz spróbowałem smaku „kostki Maggi”, przypomniał mi się powstańczy „obiad w PCK na Chmielnej”... Zaś drogę z Chmielnej na Stawki, do rozbitych niemieckich magazynów wojskowych, też uświadomiłem sobie po latach... Trzeba było nie lada sprytu i odwagi by przebyć ta drogę przedzierając się przez niemieckie pozycje. Tak wielka była determinacja... tacy byli ludzie... takie były dzieci...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 226
|
Wysłany: 05/07/10 20:34 Temat postu: |
|
|
c.d.n.
Matka kilka razy podejmowała próbę wyjścia poza nasz „lokal” na Chmielnej. Wszystkie te próby kończyły się niepowodzeniem. Nawet dotarcie na nieodległą ulicę Jasną stało się wielkim problemem. Nasilające się bombardowania i ostrzał z „krów” zamieniały ulice w miejsca trudne do rozpoznania. Z tej przyczyny nawet powroty z tych nieudanych wypraw były trudne. Błądziliśmy... Nie tylko my. Wiele osób przemieszczało się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu bezpieczniejszego schronienia. Trzeba było pytać się koczujących w piwnicach mieszkańców o nazwę ulicy... Dotarcie na Nowogrodzką do rodziny było jeszcze trudniejsze. Przejście na drugą stronę Jerozolimskich pod jedyną bezpieczną barykadą wymagało długiego oczekiwania w kolejce i posiadania pozwolenia na przejście. Przejście pod barykadą było kontrolowane przez powstańcze posterunki. Pierwszeństwo miało wojsko i różne służby powstańcze.
Widocznie matka uznała, że wysiłek przedarcia się na Nowogrodzką stał się koniecznością. Po pokonaniu drogi dzielącej nas miedzy Chmielna a wejściem pod barykadę było jeszcze długie oczekiwanie na możliwość przejścia. Gdy nadeszła nasza kolei, zanurzyliśmy się w głęboki wąski wąwóz wykopany w poprzek ulicy, oszalowany deskami i częściami mebli. Przekop był głęboki na ok. 2 metry ze zwałami ziemi przykrywającymi umocnienia barykady po obu stronach. Wejścia pod barykadę znajdowały się w bramach budynków znajdujących się po przeciwnych stronach ulicy, zaś sama barykada znajdowała się mniej więcej w połowie odległości między Kruczą a Marszałkowska. Dno „wąwozu” było nierówne, wyłożone deskami... jakieś rury... Szybko!... Co jakiś czas był ostrzał od strony Nowego Światu i Marszałkowskiej... z obu stron. W czeluści wykopu nie słychać było w odgłosach ogólnej strzelaniny pojedynczych trafień w barykadę. Tylko jakby pacnięcia i osuwająca się strużka piasku... Wewnątrz pachniało świeżą ziemią, gliną i ostrym fetorem kanałów...
Po wyjściu spod barykady jakiś czas odpoczywaliśmy w bramie. Pełno tam było ludzi oczekujących na przejście w druga stronę. Trwało to bardzo wolno... Co jakiś czas głośne nawoływania: „Przepuścić!... przepuścić!...” powodowały że tłum w bramie rozstępował się robiąc przejście dla kilkuosobowych grup powstańców i kobiet z opaskami niosących jakieś paczki, skrzynki i... wodę!... Ulewająca się z wiader woda znaczyła ślad w głąb podwórka. Zaś podwórka były trzy... Tak zwane „przejściowe”. Łączyły Jerozolimskie z Nowogrodzką. Wchodząc od strony Jerozolimskich i mijając kolejne bramy można było przejść do Nowogrodzkiej. Podwórka stanowiły niewielką przestrzeń między czworobokami starych, wysokich kamienic. Pod ścianami domów i przy klatkach schodowych znajdujących się w każdym rogu podwórka zalegały jakieś rupiecie, połamane meble, balie do prania i inne akcesoria domowego użytku. Wysokie ściany oficyn dawały poczucie bezpieczeństwa... Tu ludzie nie przebiegali pod ścianami..., nie kulili się na odgłos niedalekiego wybuchu... Stali w grupkach o czymś rozmawiając. Co chwila z następnej bramy wychodzili ludzie niosąc w różnych naczyniach wodę.
Następne podwórko... Tłum ludzi z wiadrami, dzbankami, garnkami tworzy pod ścianami gęstą kolejkę oczekujących... Pośrodku znajduje się wielki otwór w ziemi... jak lej po bombie... Głęboko w dole studnia... To ręczna pompa, taka jaką widywałem na niektórych podwórkach... Przy pompie kilka osób z opaskami pilnuje porządku... Pompują, podają wiadra... Co chwila przez tłum przedzierają się jakieś osoby z wiadrami... „Przepuścić!... Szpital!... szpital!... wojsko!... kuchnia!...”. Tłum w kolejce cierpliwie czeka...
Przeciskamy się przez kolejkę oczekujących na możliwość uzyskania wody i przez następna bramę docieramy do podwórka, z którego prowadzi brama wylotowa na Nowogrodzką. W bramie stoi kilka osób... „Nie wychodzić!... Ostrzał!...”. Matka pyta o kierunek do numeru na Nowogrodzkiej... „Na lewo od bramy..., nie można!... „. Patrzy na mnie i na brata... „Idziemy?... Przeskoczymy?... To tylko dwie bramy...”. Jakiś mężczyzna otwiera ażurowe drzwi w bramie i wychyla głowę patrząc wzdłuż ulicy... Długa seria obłupuje tynk nad naszymi głowami... To gdzieś od strony Marszałkowskiej... Mężczyzna cofa się w głąb bramy... „Widzicie... nie da rady...”. Matka nie wie co robić. „Może w nocy?... poczekamy...”. Kucam w bramie oparty o ścianę.. Jestem zmęczony...
Z półsennego czuwania budzi mnie charakterystyczny, znany mi już dźwięk... Jak warknięcie psa przed ugryzieniem... Krowa!... Jeszcze raz... i jeszcze raz... „Do piwnicy!... nie zdążymy...”. Stoimy pośrodku bramy ciasno stłoczeni obejmując się rękami... Krótkie wyczekiwanie przed czymś nieuchronnym... Wybuchu nie słyszałem... odpłynąłem gdzieś w niepamięć... Nie ma mnie...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|