 |
Sielce - dolny Mokotów - Warszawa
Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
|
Wspomnień czar...
| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 12/07/10 23:02 Temat postu: |
|
|
c.d.
Świadomość wracała powoli... jakbym wypływał na powierzchnię z jakiejś otchłani... Przez szum w uszach zaczęły docierać do mnie inne dźwięki. Krzyki... Ciemno... „Mamo!... mamo!...”. Co chwila dotykają mnie jakieś ręce... Krztuszę się... kaszlę... pył z tynków wdziera się do nosa, gardła, oczu... Wśród krzyków słyszę: „Zasypało nas!... zasypało!...”. Powoli się przejaśnia... Widzę postacie ludzi. Nie zasypało... Postacie jakieś dziwne... białe... Jak duchy. To pył tynków na głowach, ubraniach... „Mamo!...”. Jedna z nierozpoznanych postaci wyciąga do mnie ręce... To matka. Dziwnie wygląda w tej bieli... i w porozpinanym płaszczu... Otrzepuje mnie z pyłu. Wtedy dostrzegam że ja również jestem porozpinany... i brat... i inni ludzie... To impet wybuchu zrywał z nas ubrania... Ani jednego guzika... Ktoś woła: „Trafiło w podwórka!... Tam byli ludzie!...”. Stoimy w bramie... Czekamy... Na co? „Jak skończy się ostrzał... wracamy... nie dojdziemy... „ – decyduje matka. Czekamy... Dzwonienie w uszach powoli ustaje. Znowu seria wybuchów... Gdzieś dalej. Z klatki schodowej do bramy wchodzi kilka osób. Wśród nich mężczyzna w bryczesach i koszuli. Dźwiga cos na rękach... Staje niedaleko nas... Widzę wyraźnie ... płacze... „Ludzie!... pomóżcie!...”. Na rękach, przed sobą trzyma młoda kobietę. Ona obejmuje go za szyję i powtarza bez przerwy: „Będę żyła?... powiedz... będę żyła?...” . Stoję wpatrzony w tą dziwna parę... Ona nie ma nóg!... Poniżej kolan wiszą jakieś krwawiące strzępy... Stoję i patrzę jak w hipnozie... Jego rozpacz powoduje że chce mi się płakać... I jej spokojny, przytomny głos... Nie boli jej?... Ta scena prześladuje mnie po dziś dzień...
„Idziemy...”. Matka pociąga mnie za sobą w stronę wyjścia z bramy. Mijamy podwórko na którym dopalają się jakieś rupiecie... Następna brama i podwórko ze studnią... Trudno przejść by ominąć wykop z pompą... Nie ma gdzie nogi postawić. Dookoła walają się jakiś dopalające się tobołki... Smród tlących się szmat i spalonego tłuszczu... Porozrzucane naczynia na wodę... Gramolę się przez te tlące się jeszcze sterty... Nagle dostrzegam twarz czarną od spalenizny... i nogi, ręce... czarne obnażone tułowia... To ludzie!... Spaleni... nie zdążyli... W bramie matka myje mi ręce z tłustej czarnej sadzy resztką wody z przewróconego dzbanka... Idziemy dalej... Do barykady. Wracamy na Chmielną...
C.D.N. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 14/07/10 22:42 Temat postu: |
|
|
c.d.
Nie podejmowaliśmy więcej prób wydostania się poza nasz kąt w rozbitym sklepie na Chmielnej. Jak długo jeszcze trwała ta wegetacja – nie wiem... Pamiętam tylko ten jeden dziwny dzień, w którym zrobiło się cicho... Tylko gdzieś daleko... zza Wisły, dobiegały z rzadka głuche eksplozje. Kapitulacja... Ludzie wychodzili z piwnic i różnych zakamarków... Dziwiłem się że jest nas tak dużo. Z bezładnego tłumu jakieś kobiety w czystych ubraniach, z opaskami próbowały formować kolumny... To kobiety z RGO... „Wychodzimy kolumnami!... wychodzimy kolumnami!...”. Każda z kolumn miała do ok. 500 osób. Same kobiety i dzieci. Z rzadka zdarzali się mężczyźni, przeważnie starsi lub w bandażach... Mimo pewnego odprężenia po ustaniu ostrzału, ludzie byli nieufni... Dawali temu wyraz w głośnych rozmowach. Po doświadczeniach Woli i morderczych bombardowaniach... „Wychodzimy!... wychodzimy!...”. Kolumny ruszają... Ale droga do nieznanego celu jeszcze daleka... Idziemy ulicami nadającymi się do przejścia. Omijamy ulice zasypane gruzem... Domy się palą... W jakimś momencie widzimy pierwszych Niemców. Stoją z rzadka rozstawieni z karabinami gotowymi do strzału... Ludzie głośno się modlą... Na jakiejś szerszej ulicy dołączają do nas inne kolumny... Nie widać początku ani końca...
Później był Pruszków... wywózka... i powrót „z wygnania”. Na Nowogrodzką dotarliśmy dopiero po kilku miesiącach...
Jakiekolwiek byłyby współczesne oceny „wyzwolenia” przez Armię Czerwona, dla nas w tamtym czasie wypędzenie Niemców stanowiło poczucie bezpieczeństwa i możliwość powrotu do domu... Ale dom już nie istniał... Tylko śnieg pokrywał ruiny i ta cisza...
Na Nowogrodzkiej zastaliśmy już rodzinę stryja w komplecie. Im się udało... nikt nie zginął... Czekamy na kogoś, kto ma przyjść... „Przyjdzie twoja ciocia z Krochmalnej... pamiętasz?...”. Nie pamiętam... „Ta do której biegałeś z ochronki na racuchy...”. Nie pamiętam... Nic nie pamiętam... O kim oni mówią?... Ciekawie czekam. Kto to taki?... „Już idzie...”. Stoję przed wejściowymi drzwiami... Już... Drzwi się otwierają i w progu staje jakaś opatulona postać. Kto to?... Patrzę w twarz... Uśmiecha się do mnie... Nagły wstrząs, którego nie zdołała udźwignąć moja dziecięca psychika... W jednej chwili... „w mgnieniu oka” przypomina mi się WSZYSTKO... Od zarania mojej świadomości... W jednej chwili oglądałem swoje krótkie życie ze wszystkimi szczegółami... To jak wędrówka po innym wymiarze. I jakiś niewysłowiony żal... I dławiący gardło szloch... I histeryczny płacz, z którego nie mogli mnie uspokoić...
To właśnie przeżycie zaważyło na moim małym fenomenie pamięci... Zmagałem się z nim później przez wiele lat... Zacząłem doceniać dar niepamiętania... Prawdopodobnie w moim pokoleniu wielu było takich... Okaleczonych pamięcią...
A później na długie lata były Sielce... i tylko Sielce...
Nie ma już moich rówieśników na Sielcach, nie ma z kim powspominać wypraw na kasztany do Łazienek... na „forty”... nad Wisłę... Nie zagram już w „zośkę” ani w „cymergaja” na szkolnym parapecie...
Pozdrawiam. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
c. Stały użytkownik


Dołączył: 22/11/09 2:25 Posty: 45 Skąd: SIELCE
|
Wysłany: 15/07/10 13:02 Temat postu: |
|
|
Jeżeli brak "c.d.n." oznacza koniec Twoich opowieści, to będzie to naprawdę olbrzymia strata dla tego Forum... Historia Twojego zwyczajnego-niezwyczajnego dzieciństwa była chyba dla wszystkich niezapomnianą lekturą, chylę czoło! _________________ I tylko zawsze pamiętaj skąd jesteś, gdziekolwiek byś szedł. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 17/07/10 19:28 Temat postu: |
|
|
Witaj „C” ... Dziękuję za dobre słowo... Niestety wszystko ma swój koniec. Gdy spojrzę wstecz... Uzbierało się trochę. Nie myślałem że będzie tego aż tyle. Nie było w moim życiu nic nadzwyczajnego. Ot..., typowe dla czasów w jakich przyszło mi zaistnieć. Każde życie i każdy czas w którym się ono toczy jest na swój sposób ciekawe i pouczające. Oczywiście, gdy potraktujemy je jako obserwator zdarzeń w których bierzemy udział. Wszyscy przez cały czas swej życiowej drogi jesteśmy świadkami historii... Gdy o tym pamiętamy, oznacza że dobrze odrabiamy lekcję życia. Zaś wnioski z niej płynące... to już sprawa indywidualna. Mój cicerone z lat młodości mawiał: „Życie – dla jednych to lekcja, dla innych pauza...”. Zawsze o tym pamiętałem. Skutek tego taki, że pozostała pamięć, natomiast pożytków praktycznych z tej formuły poszukuję do dziś... Życie nie było pasmem sukcesów..., było mniej lub bardziej szczęśliwymi przypadkami... Nie zrobiłem kariery... nie dbałem o to. Nie zdobyłem majątku – większą wartość dla mnie miała wiedza o świecie, o ludziach, o sobie... Dziś procentuje to spokojnym snem i codzienną radością z każdego kolejnego oddechu... Udział w tym moim niewielkim sukcesie ma poezja Antoniego Langego. Zawsze towarzyszyła mi jak swoiste memento...
Pragnę jeszcze dorzucić wyjaśnienie do moich postów... I przeprosić za chaotyczność tematów. Pisane były na „zapotrzebowanie chwili”... Bez szlifowania stylu i korekty merytorycznej. Zawsze w swojej pierwotnej formie, by nie ulec pokusie „wygładzania” i niezamierzonych przekłamań w kreśleniu obrazu... Starałem się jedynie o opis faktów nie wplatając w nie stanów emocjonalnych. Nie wiem czy mi się to udało...
Jeżeli nie będzie zastrzeżeń co do przekraczania formuły tego Forum, skreślę jeszcze kilka obrazów z czasów wojennych, ale nie swoich... zasłyszanych i wiarygodnych, które wpisują się w losy ludzi tamtych czasów.
Życzę Wszystkim Forumowiczom skutecznej ochłody w wyjątkowo skwarne dni bieżącego lata w postaci lodów z „Zielonej Budki”, schłodzonej „Coli” i relaksu w Łazienkach lub na basenach „Legii”...
Pozdrawiam _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
c. Stały użytkownik


Dołączył: 22/11/09 2:25 Posty: 45 Skąd: SIELCE
|
Wysłany: 17/07/10 22:50 Temat postu: |
|
|
| Budrys napisał: |
Życzę Wszystkim Forumowiczom skutecznej ochłody w wyjątkowo skwarne dni bieżącego lata w postaci lodów z „Zielonej Budki”, schłodzonej „Coli” i relaksu w Łazienkach lub na basenach „Legii”...
Pozdrawiam |
Heh, czas o którym pisałeś wcześniej nie omija niczego- baseny Legii od lat były jedynie straszącymi ruinami, lada miesiąc zostaną rozebrane... Zielonej Budki też już nie ma- obecnie właściciel "kręci lody" pod szyldem Grycan... Dobrze, że chociaż Łazienki przetrwały. Chociaż jak czytam, że ich nowym dyrektorem ma zostać człowiek, który w atmosferze skandalu opuścił kiedyś stanowisko głównego konserwatora zabytków po decyzji o wykreśleniu jednej z konstancińskich willi z rejestru zabytków, żeby pani właściciel mogła wybudować tam coś modniejszego...
Pozdrawiam i czekam na zasłyszane wojenne historie! _________________ I tylko zawsze pamiętaj skąd jesteś, gdziekolwiek byś szedł. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 19/07/10 22:55 Temat postu: |
|
|
Właśnie... To jest tak, gdy żyje się przeszłością... Dobrze że przynajmniej jest Coca-Cola i Łazienki... Mój kontakt z rzeczywistością jest ograniczony z przyczyny kaca moralnego od dwudziestu lat..., od „okrągłego stołu”... Nie tak miało być... Ale, że polityką się nie zajmuję, powoli przestaję rozumieć współczesność. Przechodzę na pozycje „milczącej większości”. Pamiętliwej i groźnej dla „klasy politycznej lodziarzy”... Choć niestety historia wielu niczego nie uczy, to jednak lubi się powtarzać... A ja czekam... I „ku pokrzepieniu serc” czytam wiersz „Ulica” Oppmana...
Pozdrawiam. Ciąg dalszy wojennych opowieści w następnym poście. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 22/07/10 9:42 Temat postu: |
|
|
Mieszkańcy ulicy Krochmalnej przyjęli wybuch Powstania z entuzjazmem. Ludzie wychodzili na ulice... wystawali w bramach... Zgłaszali się ochotniczo do budowy barykad. Kobiety szyły setki biało-czerwonych flag i opasek z poszewek i prześcieradeł. Z podwórka domu, w którym mieszkała ciotka, wykopywano i wywożono zamelinowane wcześniej beczki z benzyną lotniczą. Część na miejscu rozlewano do butelek. Entuzjazm był powszechny... Z oddali słychać było strzały... „Nasi biją się z Niemcami!”. Docierały wieści z sąsiednich i dalszych ulic. Ale nikt nic nie wiedział dokładnie...
Mijały godziny... i kilka dni... Groza wojny zaczęła pokazywać swoje oblicze... Zaczęły docierać różne wieści o zmieniającej się sytuacji. Z godziny na godzinę... „Niemcy na Okopowej!... Na Lesznie!... na Wolskiej!...”. Wzmagający się ciężki ostrzał i bombardowania spowodowały że ulica opustoszała. Mieszkańcy zeszli do piwnic i jedynie podwórka były względnie bezpiecznym miejscem. Podawane sobie z ust do ust informacje o sytuacji były dramatyczne: „Niemcy rozstrzeliwują... W szpitalu wymordowali wszystkich... palą domy....”.
Próby wydostania się do Śródmieścia nie miały szans powodzenia... Ostrzał wzdłuż Towarowej. „Niemcy na Karolkowej!”. Pułapka zaczęła się zamykać... „Nasi się wycofali!...”. Nieliczne grupy uzbrojonych powstańców nie były widoczne już od jakiegoś czasu.
Wyglądający przez okna piwnic i suteren informują pozostałych: „Niemcy na podwórku!...”. Strzały... Brzęk tłuczonych szyb... Niemcy strzelają w okna... Ludzie się modłą... Dzieci płaczą... Tupot podkutych butów na schodach do piwnicy... „Wychodzić!... Raus!.... Schnell... Schnell!...”. Mieszkańcy kamienicy wychodzą z piwnic na podwórko... Niemcy biegają po mieszkaniach na piętrach... Słychać strzały... Kto został w mieszkaniach?... Niemcy są brutalni. Kolbami karabinów wypędzają mieszkańców przez bramę na ulicę... Czuć od nich alkohol... Są pijani... Na ulicy stoją już mieszkańcy sąsiednich domów. Tylko nieliczni maja ze sobą jakieś torby, zawiniątka, walizki... Większość opuszcza dom bez niczego... Bez przerwy, gdzieś za rogiem, od strony Karolkowej słychać karabin maszynowy.... Na ulicy Niemcy spędzają ludzi w kilkudziesięcioosobowe grupy. Idą w kierunku Karolkowej. Powoli..., grupa za grupą znika za rogiem... Karabin maszynowy ciągle strzela... Do kogo?... Każda grupa znika za rogiem oddzielnie... Zatrzymują się tylko wtedy gdy milkną strzały długich serii... Groza.... Niepewność... „Schnell!...”. Grupa w której znajduje się ciotka, poganiana wrzaskami Niemców, wchodzi w Karolkową w kierunku Leszna... Widok jaki ujrzeli na ulicy powoduje brak złudzeń co do losu jaki ich czeka... Za chwilę... Naprzeciw kościoła, na gruzach jakiegoś domu Niemcy ustawiają karabin maszynowy... Jezdnia zasłana jest stosami trupów... To do nich strzelali... Teraz ich kolei...
„Halt!...”. Do czoła ich grupy podjeżdża na motocyklu jakiś oficer... Coś wrzaskliwie mówi do żołnierzy prowadzących grupę pod ogień karabinu maszynowego... Czekają. Selekcja... Niemcy wyciągają z grupy wszystkich mężczyzn. Pędzą ich w kierunku karabinu maszynowego... „Boże!... rozstrzelają ich!...”. Nie... Każą im oczyścić ulicę z trupów. Układają na stosy. Stosy tak wysokie że nie są w stanie już wrzucić wyżej. W perspektywie ulicy, gdzieś przy Lesznie, pala się takie stosy... Dym i smród palonych ciał dociera aż tutaj.
Czekają... Po jakimś czasie Niemcy wpędzają wszystkich do kościoła. Dołączają do nich następne grupy... Kościół jest już pełen. „Wysadzą kościół w powietrze?... Spalą nas?...”. Niepewność... Czekają... Kościół wypełniony ludźmi tak, że nie można nawet usiąść na podłodze... Niektórzy mdleją... Czekają... Po kilku godzinach na ambonie pojawia się kilku niemieckich oficerów. Jeden z nich mówi po niemiecku... Jest tłumacz... Mówi że nie mają się czego obawiać. Pójdą pod konwojem do Pruszkowa. Tam dostaną jedzenie... CUD!...
W kościele spędzili jeszcze noc. Bez picia..., głodni, wyruszyli kolumną mijając dopalające się stosy tych, którym nie dane było zaznać Cudu...
c.d.n. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 23/07/10 14:02 Temat postu: |
|
|
Kolumna mija peryferia Woli. Idą przez Ursus. Po obu stronach kolumny konwojujący Niemcy z karabinami gotowymi do strzału. Mijają zabudowania i miejscowości przy drodze na Pruszków. Za nimi nad Wolą wisi czarna chmura dymu. Pali się Wola... pali się Warszawa... Mieszkańcy mijanych miejscowości wychodzą do drogi... Przyglądają się kolumnie... Niektórzy podbiegają do kolumny z wiaderkami wody i kubeczkami. Konwojenci słabo reagują... Jedynie krzykiem utrzymują kolumnę w porządku. Kilka godzin marszu i półgodzinny odpoczynek w przydrożnych rowach. Są próby ucieczki... Niektóre udane, szczególnie na postojach. Niemcy strzelają do uciekających. Niecelnie... Jakaś kobieta z dwojgiem dzieci zdejmuje z palca obrączkę i łańcuszki z szyi dzieci... Kiwa na konwojenta idącego obok... Niemiec się zbliża... Kobieta wciska mu w dłoń złoto... Niemiec nic nie mówi. Chowa do kieszeni... Idzie obok. Za zakrętem drogi jakieś krzaki na poboczu, lasek... Gdy znika za zakrętem z pola widzenia następnego konwojenta idącego ok. 100m za nimi krzyczy: „Raus!...”. Kobieta z dziećmi biegnie w kierunku krzaków... Za nią od kolumny odrywa się jeszcze kilka osób... Niemiec strzela kilkakrotnie... ponad głowami uciekających... Kolumna idzie dalej. Udało się... Nie wszystkim... Wzdłuż kolumny, od czoła i z tyłu słychać niekiedy strzały... Na poboczach i w rowie leżą jakieś zwłoki... Kolejny odpoczynek... Pruszków niedaleko. Niektórzy są tak osłabieni, że siadają i kładą się wprost na jezdni...
Po prawej stronie rów. Za nim szereg przydrożnych drzew. Skutecznie ogranicza pole widzenia konwojentów... Tuż za drzewami jakieś pola... uprawy... zboża... Taka okazja się nie powtórzy... Ciotka z dwoma innymi kobietami wczołguje się miedzy uprawy... Ostrożnie... dalej..., jeszcze dalej... Jest im łatwiej... żadna nie ma ze sobą bagażu... nic... Za niewielkim poletkiem jęczmienia zagon ziemniaków. Kładą się w redlinach... Czekają... Od strony kolumny słychać pokrzykiwania Niemców. Kolumna formuje się na nowo... Idą... około pół godziny trwał przemarsz pozostałej części kolumny.
Udało się!... Miedzami i polnymi drogami dochodzą w pobliże jakiejś wioski. Przejeżdżający drogą chłop zatrzymuje się. „Z Warszawy?...” „Tak...”. „Uważajcie... we wsi są Niemcy...”. „Ta wieś to Wiskitki...”. Wozem podwiózł je na skraj wsi... do pierwszej chałupy. To dom sołtysa. Niepewność... Ale już zostały zauważone przez gospodarza. Zaprasza je do środka... Gospodyni daje jeść i pić... Są bardzo zmęczone... Odpoczywają w stodole. Zbliża się wieczór. Po odpoczynku poczęstunek... Sołtys mówi że Niemcy wyłapują Warszawiaków... Proponuje im zameldowanie we wsi z datą sprzed pierwszego sierpnia. Tak będzie bezpieczniej... Nie mogą się odwdzięczyć... Nie mają nic... Sołtys macha ręka...
Jutro pomyśli się co dalej. Idą na nocleg do stodoły...
Ciąg d. N. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 28/07/10 14:20 Temat postu: |
|
|
c. d.
Ze względu na zwartość fabuły mojego opowiadania pominąłem niektóre szczegóły. Może jednak warto skreślić kilka zdań dających wgląd w pełniejszy obraz sytuacji w jakiej się znaleźli ci, którym udało się dzięki sprzyjającym okolicznościom, uniknąć deportacji.
Sytuacja trzech uciekinierek mimo odzyskania wolności nie wyglądała dobrze. Tereny na zachód od Warszawy stały się strefą przyfrontową. Bez przerwy drogami głównymi i bocznymi przemieszczały się oddziały niemieckie. Widać było stacjonujące wojsko we wioskach i ich pobliżu. Z rzadka widać było mieszkańców wiosek przy pracach polowych, a i to przeważnie w pobliżu zabudowań. Podejście do nieznanej wsi było ryzykowne. Nie było wiadomo na kogo się trafi... „Miejski” ubiór wyraźnie wskazywał na pochodzenie... Trzeba było zdecydować się na jakiś plan... Znajdowały się na nieznanym sobie terenie...
Jedna z kobiet zaproponowała by odejść od Warszawy jak najdalej na zachód. W kierunku na Sochaczew... Tam mieszka jej rodzina, i tam mogą znaleźć schronienie. Problem był w tym, by nie zostać zatrzymanym przez niemieckie patrole.
Kilka godzin spędziły w krzakach na jakiejś miedzy przy rosnącej na niej gruszy. Owoce już dojrzewały, wiec miały pierwszy posiłek... Postanowiły iść w nocy. Tuż przed zachodem wyruszyły przez pola w dalszą drogę. Lecz w ciemnościach była to droga przez mękę... Zatrzymały się wiec przy pierwszym napotkanym stogu w pobliżu kartofliska...
Rano odkryły przy stogu jakieś derki, worki i fartuchy wiejskie, a w redlinach kartofliska ukryte motyki do kopania. Zrzuciły z siebie „miejskie” płaszcze i przebrały się „na ludowo” w brudne fartuchy, zawiązując na głowach chustki zrobione ze znalezionych szmat. Z motykami w ręku wyruszyły w dalsza drogę. Pomysł z przebraniem okazał się dobry. Gdy polne drogi były zgodne z kierunkiem ich marszu, korzystały z nich, omijając jednak napotykane zabudowania. Znienacka napotykane niemieckie patrole nie niepokoiły ich. Tylko przypadkowo napotkani i mijający ich „miejscowi” przyglądali się im jak na przebierańców.
Do miejsca pod Wiskitkami, gdzie bezbłędnie rozpoznał je jadący wozem chłop, dotarły po dwóch dniach...
Po odpoczynku w stodole i posiłku u sołtysa, zostały zakwaterowane u trzech gospodarzy we wsi. Mimo, że mieszkały oddzielnie, trzymały się razem i do końca działań wojennych na tym terenie pozostawały ze sobą w kontakcie. Za miejsce do spania i posiłki odpracowywały pomagając w gospodarstwach.
We wiosce stacjonowała jakaś jednostka zaplecza Wehrmachtu w której służyło kilku starszych wiekiem „poznaniaków” biegle posługujących się językiem polskim. Przy tej jednostce była kuchnia polowa. Do pomocy w kuchni Niemcy brali kobiety ze wsi pod przymusem lub dobrowolnie. Praca u nich się opłaciła... Jeżeli nie mieli skrupułów w zabraniu gospodarzowi krowy na gulasz, to gotowym posiłkiem częstowali hojnie... Było to jakieś wyjście w pogarszającej się sytuacji żywnościowej mieszkańców wsi.
Praca w kuchni była źródłem informacji o tym co dzieje się w Warszawie. Wojenne opowieści Niemców docierały do nich przez „poznaniaków”. Niemcy byli wściekli, a jednocześnie z podziwem opowiadali o „fanatyzmie” Warszawiaków, szczególnie dzieci. Na obrzeżach wioski znajdował się lazaret w którym leżeli ranni żołnierze niemieccy. Opowiadali, że nawet na zajętym terenie nie czuli się bezpiecznie... Nie wiadomo skąd pojawiały się na gruzach domów i wypalonych oknach grupy dzieci z butelkami z benzyną... Obrzucali nimi stojące czołgi i koczujące oddziały. Mieli po 12-14 lat... Trudno było z nimi walczyć. Złapać któregoś z tych dzieci nie udawało się Niemcom nigdy... Chociaż wielu zabili... Niemcy, szczególnie starsi wiekiem, byli świadomi że „Hitler kaput...”, Walczyli jednak „w gniewie i złości”, że „takie coś” śmie się porywać na ich armie... To była ich główna motywacja.
Niemcy wyłapywali mężczyzn nie mających dokumentów lub nie mających zameldowania na tym terenie. Skutek zawsze był jeden – rozstrzelanie na miejscu... Takie niemieckie działania nasiliły się szczególnie po kapitulacji Powstania. Po prawie dwumiesięcznym pobycie w tej miejscowości, ciotka i jej dwie towarzyszki ucieczki były już obeznane z panującą sytuacją i pewne swego względnego bezpieczeństwa. Było to jednak złudne... Bywały okoliczności w których ryzyko wpisywało się w los...
Obok domu w którym znajdowało się zaplecze kuchni niemieckiej pracowały we trzy przy obieraniu ziemniaków. Nieopodal do szczytu domu w którym kwaterowali oficerowie podchodzi kilku Niemców pędząc przed sobą pobitego mężczyznę, Polaka... Obszarpany... pokrwawiona twarz i ręce... Z twarzy wygląd na dwudziestolatka... Wychodzi oficer... Coś rozmawia z żołnierzami... Podchodzi do pobitego chłopaka... Coś mówi... Bierze od niego jakiś papier... Czyta i rzuca go na ziemie... Bije go w twarz i cofając się kilka kroków sięga do kabury pistoletu... „O Boże!... zabije go!...”. Jedna z kobiet zrywa się i biegnie w ich kierunku. Dobiega... rzuca się z krzykiem na szyje chłopaka... „To mój brat!...”. Oficer kopiąc odrywa ją od stojącego pod murem domu. Coś krzyczy... klnie... Ustawia ją obok niego i sięga po pistolet... Kobieta krzyczy histerycznie... Jeden z przyglądających się „poznaniaków” coś mówi do oficera... „Papiere!...”. Kobieta sięga w zanadrze i podaje oficerowi Kennkarte ... Oficer podnosi z ziemi rzucony wcześniej papier... Czyta... Chowa pistolet do kabury... Odchodzi...
Kobietą była ta, która proponowała przedarcie się do Sochaczewa. Nie miała brata... Chciała tylko uratować chłopaka. Zbieżność ich nazwisk była przypadkowa... Chłopak był z rozbitego oddziału AK w Kampinosie... Przedzierał się do domu w Łowiczu... Pozostał w Wiskitkach. Przeżył... do styczniowej ofensywy...
Cud?...
c. d. N. _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
LeM Stały użytkownik

Dołączył: 26/07/10 5:10 Posty: 22
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
LeM Stały użytkownik

Dołączył: 26/07/10 5:10 Posty: 22
|
Wysłany: 28/07/10 14:49 Temat postu: |
|
|
| W tle budynek poczty przy Dworkowej rzecz jasna. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 07/09/10 0:16 Temat postu: |
|
|
cd.
Bardzo charakterystyczna i zadziwiającą rzeczą jest ilość „cudownych” przypadków jakich doświadczyli ludzie w czasie wojny. Zadziwiające „zbiegi okoliczności” wpływające na losy tych którzy otarli się o śmierć... Ja tez postrzegam moje dziecięce przeżycia z czasu Powstania w kategoriach „cudu”... Tak niewiele brakowało... Ale, jak mawiali doświadczeni przez los: „co komu pisane...”. Oficjalna wiedza historyczna nie uwzględnia takich przypadków, traktując je jako nieistotne i nie mające szerszego znaczenia na tle ważnych wydarzeń dających się ująć w ramy racjonalnych wniosków. Jedynie w niektórych pamiętnikach i relacjach skrótowo, i jakby wstydliwie, ich autorzy wspominają o zadziwiających zdarzeniach. Taki „dziwne” zdarzenia nie były udziałem jedynie Polaków... Niemcy tez doświadczali ich na swój sposób... Oto relacja mojej ciotki z pobytu w Wiskitkach.
Niemcy rozstrzeliwali wszystkich złapanych mężczyzn nie posiadających wiarygodnych dokumentów. Obszar na zachód od Warszawy traktowali jako strefę przyfrontowa. Wystarczyła decyzja podoficera dowodzącego patrolem by na miejscu schwytania dokonać egzekucji. Opis takiej egzekucji pochodzi od jednego z „poznaniaków”, niemieckiego żołnierza w starszym wieku, stacjonującego ze swoja jednostka w Wiskitkach.
Patrol schwytał ukrywającego się w pobliskim zagajniku mężczyznę. Posiadał dokumenty, jednak Niemcy mieli jakieś wątpliwości. Przyprowadzili go więc do dowództwa jednostki. Tam zapadła decyzja: rozstrzelać... Patrol który przyprowadził mężczyznę już odszedł a „pod ręką” było tylko kilku starszych wiekiem żołnierzy, w tym kilku „poznaniaków”. Dostali rozkaz wyprowadzenia skazanego za teren wsi i rozstrzelania. Dodatkowa udręka skazanego było danie mu szpadla w celu wykopania dla siebie grobu. Zaś ulubionym miejscem egzekucji były przydrożne rowy. Ot, sposób praktyczny... Płytki dołek w głębokim rowie... Oszczędza czas... Mężczyzna świadom co go czeka nie płakał, nie prosił tylko trząsł się cały i modlił półgłosem. Przez cały czas, aż do momentu gdy kazano mu uklęknąć nad wykopanym dołem... Egzekucji miało dokonać czterech żołnierzy i podoficer...
Gdy padła komenda „ognia!”, nie padł ani jeden strzał z czterech karabinów... Przerepetowali i... następna salwa również nie padła. Mężczyzna na klęczkach odwrócił się do nich twarzą... nic nie mówił... Zdziwienie Niemców przerodziło się w jakiś dziwny niepokój... Wyrzucili z karabinów pozostałe naboje i załadowali nowymi z ładownic. Następna komenda: „ognia!”... i znowu nic... Zdenerwowany podoficer wyciągnął pistolet i podbiegł do klęczącego... Przystawił mu broń do głowy, pociągnął za spust, i... nic. Pistolet nie wypalił... Żołnierzy ogarnęła histeria... Nic takiego nie powinno się zdarzyć... Opowiadający Niemiec nie powiedział o czym wówczas myśleli... Podoficer zaczął kopać klęczącego skazańca krzycząc: „raus!”... Mężczyzna na klęczkach oddalał się rowem, potem wstał i pobiegł w kierunku drzew za zakrętem drogi. Gdy mężczyzna zniknął im z oczu, podoficer strzelił za nim z pistoletu... Pistolet wypalił... Żołnierze przerepetowali karabiny i oddali próbną salwę w powietrze... wypaliły...
W czasie styczniowej ofensywy Rosjanie zbliżali się od południa. Niemcy w popłochu uciekali. Wielu z nich nie miało szans... Szły rosyjskie czołgi. Jeden z czołgów trafił w niemiecką ciężarówkę pełną żołnierzy...
Po wkroczeniu rosyjskiej piechoty do wioski mieszkańcy chodzili oglądać tę ciężarówkę i zamarznięte trupy Niemców... Wśród tych trupów był „poznaniak”, uczestnik opisanej egzekucji, którego relację z wydarzenia usłyszały uciekinierki z konwoju...
Cdn. ... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 03/10/10 14:12 Temat postu: |
|
|
cd.....
Wśród wojennych opowieści zdarzały się również takie, które mimo swej racjonalności wydają się być skutkiem nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Oto przykład następny:
Powstanie zbliża się ku swemu tragicznemu końcowi... Plac Napoleona.... Wśród gruzów zalegających okoliczne ulice stoi warszawski „drapacz chmur”.... Ostrzelany przez Niemców najcięższymi pociskami zieje dziurami jak szwajcarski ser... Na parterze i dolnych piętrach poniewierają się pogruchotane urządzenia jakichś biur. Wśród zalegających podłogę papierów walają się opatrzone banderolą pliki pieniędzy. „Młynarki” okupacyjne... Nikt się nimi nie interesuje... Wiadomo, okupacyjne... niemieckie... są jak symbol przemijającego czasu... złego czasu... Dwóch młodych żołnierzy Powstania bawi się nimi. Nigdy nie widzieli tak wielkiej sumy pieniędzy. Ulęgają urokowi bezwartościowej „fortuny”. Dla żartu, „na pamiątkę” ładują pliki banknotów do plecaków...
Kapitulacja.... Powstańcze oddziały wychodzą z Warszawy. Zdarzały się próby ucieczek z konwoju wojskowego. Przede wszystkim trzeba było mieć gdzie uciekać... Może sprzyjające okoliczności, może brak wyobraźni spowodowały że powiodła się ucieczka dwóch posiadaczy „fortuny”.... Okazało się, że owe bezwartościowe pieniądze w strefie przyfrontowej po stronie niemieckiej nie straciły na swojej wartości. Pomogły im w znalezieniu bezpiecznej meliny i.... nabyciu pokaźnych działek w okolicach Ożarowa.
Praktyka przejęcia władzy nad zajmowanymi terenami polegała miedzy innymi na zastępowaniu nowymi środkami płatniczymi. Wraz z przesuwającą się linią frontu następował krach fortun zgromadzonych w gotówce... Sytuację „wymiany” obserwowałem pod koniec lutego 1945 roku w Częstochowie.
W drodze powrotnej do Warszawy zmarł mój braciszek urodzony „na wygnaniu”. Zatrzymaliśmy się w Częstochowie w celu pochówku. Po załatwieniu przez Matkę sprawy w kancelarii jednego z kościołów, udaliśmy się z powrotem na dworzec w celu kontynuowania podróży. Przy wejściu na perony znajdował się głęboki rów wzdłuż którego stali uzbrojeni wartownicy. Po przejściu nad rowem pojedynczo przez wąska kładkę trzeba było zatrzymać się przy stoliku za którym siedział oficer i wydawał dorosłym nowe banknoty w zamian za oddanie starych, okupacyjnych. Niezależnie od kwoty oddania starych otrzymywało się 100 (sto złotych). Osoby dorosłe podlegały wyrywkowej rewizji osobistej i bagażu. Odebrane stare pieniądze wyrzucano do rowu. Leżała już tam spora ilość wymieszana z topniejącym śniegiem. Odbierano też znalezione w czasie rewizji różne przedmioty. W pudle stojącym przy stoliku widziałem jakieś dzbanuszki, lichtarze i dużo sztuczcy. Prawdopodobnie srebrne. Osoby dorosłe otrzymywały dodatkowo po 50 zł na każde towarzyszące im dziecko. Tak więc do Warszawy powróciliśmy z gotówką 200 nowych złotych. W tym czasie w Warszawie bułka kosztowała 50 zł....
Cdn.... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Budrys Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09 Posty: 225
|
Wysłany: 26/12/10 2:13 Temat postu: |
|
|
Do wspomnień z czasów powojennych na Sielcach należy dodać garść refleksji na tematy ogólne, czyli jak byśmy współcześnie określili – społeczno–polityczne. O ile życie społeczne i jego jakość widoczne były każdego dnia, o tyle życie „polityczne” dla małego warszawiaka na Sielcach skrywane było za zaskakującymi drobnymi wydarzeniami w naszym otoczeniu i poprzez przysłuchiwanie się rozmowom dorosłych.
Do takich „zaskakujących” wydarzeń było zniknięcie sąsiadki, działaczki PPS-u i jej powrót po półrocznej nieobecności. Wróciła... Torturowana, schorowana, zmarła po kilku miesiącach. Takie czasy, z ledwie dostrzegalną śmiercią w tle... Matka była na pogrzebie. Mówiła, że było zaledwie pięć osób... Nie miała rodziny. Wszyscy zginęli podczas wojny... Do dziś pamiętam kulturalną, mądrą, życzliwą o łagodnym spojrzeniu „panią Gołębiowską”... Do zapamiętanych wydarzeń z pogranicza grozy były najścia bezpieki na mieszkanie innej sąsiadki – „pani Piorunkowej”. Samotnie mieszkająca krawcowa, szyła na zlecenie mundury dla wojska, była obiektem kilkuletnich „nalotów” typów z UB. Scenariusz zawsze ten sam... Rano, przed świtem, pod dom zajeżdżał „citroen”... Wysiadało z niego czterech „smutnych” i ostrożnie, cicho podchodzili do drzwi mieszkania. Potem pukanie do drzwi... Po otwarciu krótkie wrzaski, tumult i cisza.... Wystarczyło by połowa mieszkańców domu się obudziła. Po jakimś czasie „citroen” odjeżdżał tylko z kierowcą. Trzech „smutnych” na dwa, trzy dni pozostawało w jej mieszkaniu... „Kocioł!”... Poszukiwali jej brata, który „był w lesie”... Nie znaleźli... Jedynym skutkiem było załamanie psychiczne osaczonej kobiety. Pewnego dnia zniknęła....
Podobne przypadki zdarzały się w tym czasie na całych Sielcach. Wiem to od kolegów z innych ulic. Opowiadania o takich przypadkach wchodziły w repertuar naszych dziecięcych „konsultacji politycznych”. Pokolenie dzieci w moim środowisku, doświadczonych przez wojnę, traktowało takie fakty jako jej przedłużenie... W zmienionych warunkach. Tylko tym razem wróg był niedostrzegalny i trudno rozpoznawalny.
„Władza” w postaci milicji była na Sielcach niewidzialna, mimo że na Podchorążych znajdował się przez pewien czas komisariat. Były trzy miejsca, które stanowiły symbol „nowego porządku”. Była to „czerwona willa” przy Belwederskiej w której widywało się umundurowanych Rosjan, „getto ubowskie” oraz „szkoła partyjna” w której więziono i przesłuchiwano (obecnie Szpital Czerniakowski przy Stępińskiej). Dla nas, dzieci, Rosjanie byli raczej obiektem ciekawości bez jakichkolwiek podtekstów politycznych, zaś milicję i „smutnych” darzyliśmy cichą, dziecięcą pogardą.
Dla zobrazowania dwóch światów, dwóch wartości moralnych i zachowań w tamtych czasach w relacjach między Polakami a Rosjanami niech posłuży opowiadanie mojego znajomego – pana Stasia.
Pan Stać działał w konspiracji w Warszawie w czasie okupacji niemieckiej. Pod koniec 1943 roku była „wsypa”. Musiał opuścić Warszawę. Załatwiono mu „lewe” papiery i melinę w jednej z wiosek w pobliżu linii kolejowej między Warszawą a Łowiczem. Załatwiono mu również pracę na kolei w charakterze dróżnika. Pracował na jednym z punktów aż do 1945 roku, do wejścia Rosjan na te tereny po ofensywie styczniowej. Wojna jeszcze trwała a do pomocy i kontroli panu stasiowi dodano Rosjanina Wanię. Wszak na zachód szły transporty wojskowe... Współpraca układała się bardzo dobrze. Wania nie wtrącał się do niczego, zadowolony że jest z dala od frontu. Na swoją zmianę Wanię podwożono „willysem” i zabierano po dwunastu godzinach. Pan Staś dojeżdżał do pracy ze swojej meliny rowerem. Wania albo spał pijany, albo opalał się w wiosennym słonku. Do czasu... Ten czas nadszedł z chwilą gdy skończyły się „fanty” w postaci zegarków, na wymianę za bimber. Obiektem zainteresowania Wani stał się rower pana Stasia. Wania proponował panu Stasiowi handel wymienny...
- Nic z tego... nie mogę osiem kilometrów pieszo chodzić do pracy...
Kilkakrotne nagabywanie nie odniosło skutku. Wania przez kilka dni chodził trzeźwy i wściekły. Dla przełamania niechęci pana Stasia, Wania przywiózł na punkt duży zegar z kukułką... (zegarki i zegary były obsesją wielu Rosjan pochodzących z odległych prowincji i stanowiły dla nich uznaną „zdobycz wojenną”). Do wymiany nie doszło...
Pod koniec zmiany zniknął Wania i... zniknął rower. Pan Staś domyślił się kto był sprawcą zniknięcia roweru. Z telefonu kolejowego zadzwonił do sowieckiego dyspozytora z którym miał ciągły kontakt służbowy i powiadomił go o fakcie kradzieży roweru. Do domu wrócił pieszo...
Następnego dnia przywieźli Wanię na służbę kompletnie pijanego. Zrzucili go z „willysa” i pojechali. Pan Staś wtaszczył go do dyżurki i próbował dowiedzieć się komu „opchnął” jego rower. Niestety... upojenie alkoholowe Wani było tak wielkie, że nie kontaktował zupełnie. Około południa pod dyżurkę zajechał „willys”. Obok kierowcy siedział radziecki oficer... Wszedł do dyżurki i pochylił się nad leżącym na stole Wanią... Wania na widok oficera jakby momentalnie wytrzeźwiał. Oficer nie pytał o nic... Kazał Wani wyjść na dwór i postawił go na baczność. Chwilę mu się przyglądał i... pierwszy cios pięścią w twarz zwalił Wanię z nóg. Wyjął pistolet i kopał leżącego bez opamiętania. Pan Staś myślał że jeżeli go nie zastrzeli to zabije kopniakami. Zaczął prosić oficera o litość dla Wani. Oficer przestał kopać Wanię, schował pistolet do kabury i kazał kierowcy wrzucić go do auta. Pojechali...
Przez dwa dni pan Staś był na dyżurze sam. Trzeciego dnia jak co rano „willys” przywiózł Wanię... żywego i trzeźwego. Wania trzymał się dzielnie choć całą twarz miał fioletowo-czerwoną od razów. Odżałował już swój rower na widok skutków jego donosu... Zapytał jednak...
- Gdzie mój rower?... powiedz Wania... warto było?...
Wania popatrzył na niego zdziwiony i skwitował:
- Oj... Stanisław, jaki ty durak... dostał ja kilka razy w mordę i kopa.... ale co się napił za ten twój rower, to hoho...
I tak zadzierzgała się słynna przyjaźń polsko-radziecka... _________________ wspomnień czar... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
rwawrzycki Aktywny użytkownik


Dołączył: 12/01/09 12:06 Posty: 58 Skąd: Turecka 2
|
Wysłany: 04/03/11 2:00 Temat postu: |
|
|
Prosimy o jeszcze! _________________ Pozdrawiam,
Rafał Wawrzycki |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|