Forum Sielce

Sielce - dolny Mokotów - Warszawa

Miejsce spotkań mieszkańców i miłośników Sielc w dzielnicy Mokotów w Warszawie
 
 AlbumAlbum   PomocPomoc   SzukajSzukaj   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Wspomnień czar...

Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 14, 15, 16  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sielce -> Historia Sielc
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 12/03/09 0:39    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Zanim przejdę do „folkloru” sieleckiego - słówko o „metodach wychowawczych” zasygnalizowanych w poprzednim poście. Odniosę się do „instrumentu” pedagogicznego w postaci „pasa” z punktu widzenia dziesięciolatka.
Tzw. „kary cielesne” były dość powszechnym instrumentem wychowawczym zarówno w domu jak i w szkole. Mam świadomość że poniższym tekstem drażnię „nawiedzonych” zwolenników wychowania „bezstresowego”. Nie wdając się w polemikę z tymi „nowoczesnymi” i „naukowymi” metodami wychowawczymi zaprezentuję fakty i okoliczności w jakich argument „pasa” był stosowany.
W szkołach stosowano kilka, obecnie już „legendarnych” kar. Było to stawianie „do kąta” w kilku odmianach – „twarzą do ściany”, „twarzą do klasy”, klęczenie w kącie również w tych dwóch wersjach. Najsurowszą karą był wpis do dzienniczka. Stosowano również „wyrzucenie” z lekcji z obowiązkiem stania na korytarzu przy drzwiach oraz... „łapy”. Ta ostatnia polegała na uderzeniach przez nauczyciela w wyciągniętą dłoń raz lub kilkakrotnie drewnianą linijką. Było to dość bolesne i ręka „szczypała” przez kilka minut. Kary te stosowano tylko i wyłącznie w celu zdyscyplinowania niewłaściwie zachowujących się uczniów. Arogancja w stosunku do nauczyciela była nie do pomyślenia... Tego typu kary wymierzane publicznie, przed cała klasa wywoływały u skarconego poczucie wstydu i skutecznie przeciwdziałały rozwydrzeniu studząc nadmierne temperamenty.
Kary te stosowano dość rzadko i umiarem. Nie podlegały żadnej dyskusji. Nauczyciel był zarazem wychowawcą. Nie zdarzały się nadużycia przez nauczycieli swojej władzy w klasie. Jednak, gdyby informacja o ukaraniu w szkole dotarła do rodziców... w domu otrzymywał dodatkową porcje lania. Choć nie było to regułą.... Nigdy nie stosowano kar cielesnych w przypadkach złych postępów w nauce lub innych związanych z tym zaniedbań. Jedynie zachowanie ucznia podlegało tej „egzekucji”.
To były czasy, gdy każdy dorosły mógł, miał prawo, a nawet obowiązek zwracać uwagę źle zachowującemu się małolatowi na ulicy, a nawet zaprowadzić do rodziców, gdzie... wiadomo. Złe zachowanie dziecka przynosiło przede wszystkim wstyd rodzicom, głównym strażnikom właściwego zachowania dziecka. Pas był „w robocie” zawsze jako ostateczność.
Warto tez wspomnieć o samych pasach. Były to przeważnie „pasy ojca”, którymi posługiwały się matki samotnie wychowujące dzieci. Był to zarazem pewien symbol. Samo „lanie” odbywało się bez zbędnej szarpaniny i przymusu... po prostu... skazaniec miał na polecenie położyć się na krześle lub innym meblu przeznaczonym do „tortur” i wypiąć tyłek na który spadały razy zadawane „ojcowskim pasem”. Nieśmiało przyznaję, że znam to z autopsji i konsultacji ze swoimi kolegami... W czasie trwania takiego seansu pedagogicznego obowiązywał płacz lub przynajmniej szloch często skutecznie zmiękczający serce egzekutora.
Nie było „praw dziecka”... nie było „urazów psychicznych” ani „traumy”... Był tylko obowiązek bycia posłusznym, dobrze się uczyć i być grzecznym... przynajmniej gdy spoczywało na nas oko dorosłych. Piszę o tym w kontekście poprzedniego postu, gdzie „wozacy” sprawili nam zasłużone (byliśmy tego świadomi) lanie. Skutek był taki, że bomba na Górskiej doczekała do rozbiórki gruzowiska a nasze „pirotechniczne” zainteresowania skierowaliśmy w nieco bezpieczniejszym kierunku. Kierunku strzelania z kluczy...
Tej techniki nie będę opisywał by przypadkiem nie posłużyła za instrukcję dla współczesnych małych kandydatów na „terrorystów”.... Nadmienię jedynie, że również w tym przypadku stosowana była opcja „pasa ojca” szczególnie gdy do tej zabawy służył „klucz na sznurowadle” rozerwany i nie nadający się do użytku...
Miało być o folklorze sieleckim... a wyszły zwierzenia z „pedagogiki” tamtych czasów. No cóż... będzie w następnym....
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 12/03/09 16:52    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Monotonię codzienności przerywały niekiedy drobne wydarzenia, które przez kilka dni były tematem komentarzy i... wszystko wracało do normy, czyli do stanu sieleckiej sielanki. Rytm codziennych zajęć urozmaicały wyprawy na „forty” lub nad Wisłę. Życie toczyło się spokojnie i jakby z dala od intensywnego tempa Puławskiej i reszty Warszawy. Były jednak coroczne wydarzenia w których uczestniczyli wszyscy – dorośli i dzieci. Jednym z takich wydarzeń były święta wielkanocne.
Oznaką zbliżającej się wiosny i świąt było pojawienie się na ulicach Sielc chłopskiego wozu ze słomą. Terkocząc po bruku żelaznymi obręczami kół zatrzymywał się co jakiś czas przed domami a woźnica gromkim głosem wołał „słona!... słoma do sienników”... słoma!”...”. Był to sygnał dla mieszkańców, że nadarza się coroczna okazja by wymienić zawartość sienników w domowych legowiskach. Gdy wóz się zatrzymywał podchodzili do wozu mieszkańcy i po dokonaniu transakcji taszczyli do mieszkań ciężkie snopy słomy. Niekiedy narzekali że słoma jest zbyt pognieciona... ale przecież i tak przy wkładaniu do sienników specjalnie „wzruszano” słomę by nadać siennikowi kształt puszystego wora. Dziwiłem się temu, ale... widocznie moja logika była inna od logiki dorosłych. Spanie na takim sienniku to dopiero była frajda! Ten zapach... ta puszystość posłania... pewnie „Księżniczka na groszku” nie miała lepszego. Kto nie miał okazji spania na sienniku wypchanym słomą – wiele stracił...
Zapamiętałem pewien incydent związany z takim świątecznym słomianym biznesem. Oto Stępińską w kierunku Podchorążych podskakując na bruku gna drabiniasty wóz ze słomą. Obok trzymając lejce biegnie woźnica krzycząc – „wody!... wody1... ludzie!...”. Róg Bończej i Stępińskiej, przy kiosku grupa mężczyzn zatacza się od śmiechu na widok pędzącego wozu. Sytuacja dziwna i nie zrozumiała... Wóz zatrzymuje się... rolnik zbiera pozrzucane uprzednio z wozu snopki słomy i wygraża pięścią w kierunku turlających się ze śmiechu mężczyzn. O co chodzi? Dziwne zachowanie woźnicy i typów stojących przy kiosku.... Okazało się, że woźnica naraził się jednemu ze stojących mężczyzn, zamieszkałego w „pekinie”, tj. oficynie zrujnowanego domu róg Stępińskiej i Bończej. Mężczyzna ten posiadał zadziwiające właściwości hipnozy i zasugerował woźnicy że jego słoma się pali. Siła sugestii była tak wielka że woźnica widział swoja słomę płonącą! Stąd jego zachowanie i zachowanie obserwujących to zdarzenie mężczyzn. Powiało grozą i tajemnicą... Przez długi czas omijaliśmy z daleka dom w którym mieszkał „dziwny człowiek”.
Kolejnymi oznakami zbliżających się świąt było mycie okien, wietrzenie, bieganina do sklepów po jakieś zapomniane świąteczne dodatki... W tym okresie trzeba było być w pełni dyspozycyjnym na polecenia matki. Do dzieci należało zaopatrzenie w chleb. Biegaliśmy do dwóch piekarni na Sieleckiej taszcząc zapasy chleba „na święta”. Było bieganie ze „świeconym” do kościoła na Chełmskiej... i jakby wyczekiwanie na coś nieokreślonego, związanego z tym świątecznym rytuałem. Wszystko pachniało niecodziennie... świątecznie... i słoma... i pasta do podłogi... i wiosenne powietrze... i ciasto lukrowane, które matka „w drodze wyjątku” pozwalała „próbować”...
Dwie główne atrakcje związane ze świętami to bezkarne obżeranie się łakociami i... niedzielne, poranne nabożeństwo w kościele. Nabożeństwo, jako takie, dla nas – małoletnich grzeszników – było nudne i zdecydowanie za długie. Trwało od szóstej rano do dziewiątej. Trzy godziny! Dzięki wyrozumiałości księży, my – jako ministranci, pełniliśmy swoje obowiązki na zmianę. Dla nas główna atrakcja znajdowała się na ulicy. Do tradycji należały popisy dorosłych mężczyzn polegające na „strzelaniu z kalichlorku”. Za każdym razem sceneria tych popisów była podobna. Wzdłuż Chełmskiej, od Górskiej do Iwickiej po obu stronach jezdni stały tłumy mężczyzn odświętnie ubranych jak na okoliczność Wielkanocy przystało i... zabawiali się, a może drażnili? ... z biegającymi wzdłuż tego szpaleru milicjantami. Zawsze było ich dwóch, i zawsze biegali razem. Już wtedy dawała znać ograniczoność inteligencji mundurowych. Gdy milicjanci znajdowali się przy Iwickiej, przy Górskiej z tłumu wychodził „strzelec” kładąc na kamieniu pobocza jezdni białe zawiniątko z „kalichlorkiem” i upuszczał na nie dość ciężki przygotowany do tego celu kamień... Huk wstrząsał ulicą... biały obłok dymu snuł się po jezdni wskazując miejsce dokonania zabronionego czynu. Milicjanci biegli w tym kierunku, a przy Iwickiej następowała kolejna eksplozja... potem przy kościele... i znów przy Górskiej. W różnych miejscach wzdłuż szpaleru... A milicjanci wśród śmiechu i kpin biegali... biegali... biegali. Nie zdarzyło się by udało się im kogokolwiek zatrzymać. W przerwach między wybuchami nasłuchiwano odgłosów kanonady z innych parafii... Dochodziły odgłosy z Czerniakowa, od św. Michała z Puławskiej i innych miejsc, które trudno było zlokalizować. Taki kalichlorkowy festiwal trwał około półtorej godziny. Zaczynał się przed szóstą, a kończył po siódmej. W ciągu dnia również słychać było wybuchy. To „upłynniano” nadmierne zapasy, których nie spożytkowano w porannej kanonadzie. My też nie próżnowaliśmy. Co prawda nasze „strzały” wyglądały dość mizernie przy „prawdziwych” petardach dorosłych... ale zaspokajały nasze poczucie uczestnictwa w tradycji. Były „korkowce” z potężnym zapasem korków... były też jakościowo lepsze i głośniejsze od korków strzały z puszek na karbid.
I tak pełni satysfakcji ze spełnionego należycie obowiązku wobec tradycji i kościoła wracaliśmy do domciu na zasłużone świateczne śniadanko...
Dodam jeszcze, że zdarzały się przy tej strzelaninie wypadki wśród dorosłych „kanonierów”... ale śmieszne nigdy śmiertelne... Gdy przesadzono z ilością materiału wybuchowego w zawiniątkach – strzelający jawił się wśród rozwiewającego dymu z poszarpanymi do kolan nogawkami spodni...
Pozdrawiam...
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Anastazja
Najaktywniejszy ekspert
Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58
Posty: 562
Skąd: Mokotów

PostWysłany: 12/03/09 21:02    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Budrysie Szanowny, chciałabym Cię zapytać, co wiesz o kapliczce wbudowanej w ogrodzenie Łazienek na zakręcie ul Podchorążych. Napisałeś, że obok kapliczki była dziura w murze....
Ktoś mi opowiedział, że zbudowanie kapliczki zawdzięczamy góralom. Czy słyszałeś cokolwiek na ten temat? Pozdrawiam
_________________
A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 12/03/09 23:28    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nie znam historii tej kapliczki. Nie wiem czy jeszcze istnieje... Pamiętam że miała konstrukcję drewnianą o bokach ażurowych z listewek, dwustronny spadzisty daszek. Wysokość jej nie przekraczała wysokości muru (ogrodzenia) Łazienek. Porośnieta była wraz z murem z obu stron dzikim winem. Nie było dziury w murze. Ułatwieniem w przechodzeniu przez mur były listwy wspomnianego ażuru. Było na czym zaczepić stopę i wgłębienia w kruszejącym murze. W okresach "napadów" dziecięcej "religijności" opiekowaliśmy sie ta kapliczka. Sprzątaliśmy i przynosiliśmy kwiaty do wazonów za jakie służyły mosiężne "gilzy" po pociskach artyleryjskich (była to dość powszechna praktyka przy ozdabianiu kapliczek podwórkowych w całej Warszawie. Przez pewien czas takie "wazony" były również w kosciele na Chełmskiej). W czasie lokalnych procesji (na Boże Ciało?) i budowy na jej trasie kilku przydomowych ołtarzy, kapliczka była włączana jako ołtarzyk na szlaku procesji. Za mojej pamieci nie podejmowano pró renowacji drewnianej konstrukcji kapliczki. Nie była ona wbudowana w mur ogrodzenia - stała przylegając tylną ściana do muru. Jeżeli juz jej nie ma, to dodam jeszcze że opierała sie "plecami" o poczatek muru na odcinku Podchorązych biegnącym w kierunku Gagarina. Tylko tyle. Niewiele...
Pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Jamad
Aktywny użytkownik
Aktywny użytkownik


Dołączył: 26/02/07 0:48
Posty: 71
Skąd: Prawie Sielce - 2 km od PeKiNu.

PostWysłany: 12/03/09 23:53    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Budrys napisał:
... Jeżeli juz jej nie ma, to dodam jeszcze że opierała sie "plecami" o poczatek muru na odcinku Podchorązych biegnącym w kierunku Gagarina. Tylko tyle. Niewiele...
Pozdrawiam.

Istnieje do tej pory. Poniżej zdjęcie, które w październiku ubiegłego roku wrzucił na forum Zag:


_________________
Pozdrawiam
[||==||][==||==||]
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 13/03/09 0:10    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

No tak... teraz wyglada pięknie... no i obmurowana. Widać budowniczowie ogrodzeniia Łazienek uszanowali zabytek. Wydaje sie jakby wyższa. Ale być może pamięc zawodzi. Wnętrze zachowane w pierwotnym stylu.
Pozdrawiam i dziękuje za foto Very Happy
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zofia
Stały użytkownik
Stały użytkownik


Dołączył: 09/01/09 15:36
Posty: 22
Skąd: Sielce

PostWysłany: 13/03/09 20:15    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Budrysie,

czy pamiętasz może mogiły popowstańcze na Sielcach tj. w których miejscach i gdzie je potem przeniesiono?

Zofia
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 14/03/09 12:01    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Niestety, Zofio.... Nie przypominam, sobie takich miejsc... Sytuacja Sielc w czasie Powstania nie została wystarczająco udokumentowana. Poza niemieckim ostrzałem i bombardowaniami nie było długotrwałych zmasowanych ataków niemieckich na sieleckie placówki powstańcze. Były niemieckie próby przebicia sie Czerniakowską w kierunku Powiśla. Po upadku Mokotowa padły Sielce. Nie znam opowiadań stałych mieszkańców Sielc o tym okresie. W pierwszych powojennych latach dokonywano ekshumacji w całej Warszawie, na Sielcach również. Nie znam jej wyników. Utrudnieniem był fakt że o takich miejscach mogli powiedzieć i wskazać uczestnicy tych walk. Przeważnie jednak było tak, że placówki powstańcze były obsadzane przez zołnierzy mieszkajacych w innych dzielnicach Warszawy. Stąd miejsca pochówku poległych powstańców i ich dane były wiadome tylko ich kolegom z oddziału. Gdy na mogile nie zaznaczono kto jest pochowany - mogiła była anonimowa.
Na temat ekshumacji w Warszawie jest wstrząsajacy artykuł w "Kalendarzu Warszawskim 1948 r.". Na życzenie mogę dostarczyć skan o ile będzie zainteresowanie i brak dostępu do tej publikacji.
Często bywało tak, że gdy zabrakło skwerów na miejsce pochówku - chowano na chodnikach po uprzednim zerwaniu płyt. Walace się mury niszczyły groby i ślad po nich. Dopiero po latach, w okolicznościach wykopów w tym miejscu natrafiano na szczątki - przeważnie już anonimowe. Np. ekshumacja kompanii mojego ojca, która poległa w czasie ataku na Okęcie odbyła sie dopiero po kilku latach. Zwłokom z racji niemożności rozpoznania przypisano nazwiska według imiennego stanu kompanii na czas ataku.
Wiem o jednej takiej ekshumacji, która miała miejsce poniżej schodków na Dworkowej w kierunku Zajaczkowskiej. Pod betonową, okragłą płyta był jakiś kanał w którym znajdowały sie zwłoki.
Bliższych informacji można znaleźć na stronie http://www.sppw1944.org/ w dziale "Relacje świadków" autor Aleksander Kowalewski - tytuł "Dlaczego dokonano bestialskiej egzekucji przy ul. Dworkowej w dniu 27 września 1944 r."
Opis wspomnień uczestniczki Powstania dotyczacy placówki sieleckiej można znaleźć pod adresem wyżej podanej strony w tym samym dziale, czyli "Powstańcze relacje świadków' - "moje wspomnienia wojenne - Zofia Jastrzębska-Kowalewska".
Pozdrawiam
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
rwawrzycki
Aktywny użytkownik
Aktywny użytkownik


Dołączył: 12/01/09 12:06
Posty: 58
Skąd: Turecka 2

PostWysłany: 16/03/09 18:27    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Budrys napisał:
Na temat ekshumacji w Warszawie jest wstrząsajacy artykuł w "Kalendarzu Warszawskim 1948 r.". Na życzenie mogę dostarczyć skan o ile będzie zainteresowanie i brak dostępu do tej publikacji.


Z chęcią byśmy przeczytali Smile
_________________
Pozdrawiam,
Rafał Wawrzycki
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Anastazja
Najaktywniejszy ekspert
Najaktywniejszy ekspert


Dołączył: 27/06/06 17:58
Posty: 562
Skąd: Mokotów

PostWysłany: 16/03/09 20:59    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Pozwólcie, że wrócę do pewnego wątku, który pojawił się w wypowiedziach i nie jest dla mnie jasny. Otóż chodzi o "Żółtą karczmę". Obecnie jest tylko jeden budynek znany mi pod taką nazwą. Położony jest przy alei Wilanowskiej. Mieści się w nim Muzeum Polskiego Ruchu Ludowego. Obok budynku, czego nie widać na zdjęciu, jest mały park z rzeźbami. Czy tę willę mieli Panowie na myśli?


Budrys napisał:

Cytat:
Około 200 m. od skrzyżowania z Dolną, po lewej stronie, znajdowało sie gospodarstwo "badylarskie" rodziców szkolnego kolegi Andrzeja B. Z jego terenu widać juz było "żółtą willę" na skarpie i drzewa okalajace "wojskowy" fort. Wojskowy w odróżnieniu od kanału po lewej stronie Sobieskiego zwanego "fortem".


sp44L.113.272 napisał:

Cytat:
Niestety, nie pamiętam tego obiektu - dobrze za to pamiętam inną "żółtą willę", stojącą w szczerym polu po prawej stronie Sobieskiego między "fortami wojskowymi" przy Idzikowskiego a skrzyżowaniem z ul. Bonifacego (chyba stałą na wysokości wylotu dzisiejszej Limanowskiego)





_________________
A jeśli komu droga otwarta do nieba,
Tym co służą ojczyźnie.
Jan Kochanowski
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 17/03/09 1:08    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Prawdopodonmie chodzi o inny obiekt. O tym, o którym pisałem - znajdował sie na skraju skarpy, w linii prostej od Idzikowskiego. Był koloru żółtego, bardzo charakterystyczny również z uwagi że jako jedyny budynek był widoczny na skarpie z ul. Sobieskiego. Podobno w pobliżu tej "żółtej willy" znajdowało sie źródełko z którego woda wypływała do "wojskowych fortów". Nigdy w pobliżu tego obiektu nie byłem...
Pozdrawiam.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ted Maryniak
Użytkownik
Użytkownik


Dołączył: 15/03/09 6:08
Posty: 3
Skąd: USA

PostWysłany: 17/03/09 20:12    Temat postu: Sentyment Odpowiedz z cytatem

Budrys napisał:
Belwederska - zakończenie

Pora zakończyć temat Belwederskiej. Miały być luźne wspomnienia a zaczyna się robić pamiętnik... Belwederska to przede wszystkim „ciuchcia”. Kolejkę wilanowską nazywano tak nawet gdy zastąpiono parowozy „motorkami”. Wtaczała się na Belwederska w kłębach pary i dymu. Sapiąc i niekiedy gwiżdżąc z mozołem ciągnęła wagoniki oblepione pasażerami do granic możliwości. Rano wiozła „ludzi pracy” na warszawskie budowy, handlarzy na mokotowskie bazary i... szmuglerów. Tradycja nielegalnej aprowizacji z czasów okupacji na linii wilanowskiej funkcjonowała jeszcze kilka lat. Wiązało się to z kontrolą państwa nad produkcja rolną i „obowiązkowymi dostawami” dla państwa. Ubój w gospodarstwach rolnych bez wiedzy odpowiedniego urzędu był nielegalny. Stąd pokątny handel wyrobami mięsnymi. Zdarzało się obserwować jak z tłumu wiszących na pomostach wagoników wypadały jakieś worki, paczki... Widocznie na docelowej stacji pod Belwederem były jakieś kontrole. Więc towar wyrzucano wcześniej w umówionym miejscu. Miejscem tym były okolice Grottgera. Gdy kolejka oddaliła się jacyś ludzie podbiegali i zbierając w pośpiechu worki znikali miedzy domami na Grottgera. Bardzo mnie ciekawiło ci jest w tych workach. Ciężkie, że dwóch mężczyzn musiało je dźwigać. Dowiedziałem się przez przypadek, gdy jeden z worków rozerwał się przy upadku. Kiełbasa.... pęta świeżo wędzonej kiełbasy.
Zdziwienie współczesnych może dziwić fakt, że dla mnie i moich kolegów atrakcja nie była sama „ciuchcia” ale... dym z parowozu. Mieszanina pary, sadzy i gorącej oliwy tworzy niezapomniana mieszankę zapachów. Kto nie podróżował pociągiem z parowozem – wiele stracił. Dziś to prawie niemożliwe. Powoli snujący się po Belwederskiej dym z parowozu nastrajał do marzeń o podróżach i jakichś niejasnych wspomnień...
Belwederska miedzy Grottgera a Promenadą to przede wszystkim otwarty teren porośnięty wysokim zielskiem z dwoma sadzawkami w których topiono różne śmieci. Poprzecinany ścieżkami wydeptanymi przez okolicznych mieszkańców. Nas, chłopców ze Stępińskiej, Górskiej i Bończej nie interesował specjalnie jako teren dziecięcej „eksploracji”. Mieliśmy swoje, ciekawsze miejsca do zabaw. Jedynie zimą Promenada stawała się atrakcyjniejsza. A to za przyczyną skarpy z której ślizgawki ciągnęły się aż do połowy Grottgera. Zjeżdżało się na „byle czym”, Czyli na kawałku blachy, deski czy wprost na pupie... Lodowe rynny stanowiły różne poziomy trudności. A zimy wówczas były że hoho...
Promenada i Dolna stanowiły wspólny kompleks budynków. Gdy się mówiło o chłopcach z Promenady miało się na mysli również chłopców z Dolnej.
Inna atrakcja – to fabryka eteru. Ogrodzona, szczelnie zamknięta zdradzała swą produkcję zapachem. Z południowym wiatrem zapach niósł się aż do Tureckiej.
Dalej za Dolną Piaseczyńska, przy której z rzadka znajdowały się liche gospodarstwa warzywne. Odwiedzałem jedno z nich gdzie mieszkał mój kolega. Głównym obiektem do zabawy był betonowy bunkier ze strzelnicami i zardzewiałym karabinem maszynowym. Znajdował się on na terenie uprawianym po brukselkę... Poniewierające się niemieckie hełmy w których gospodarze nasiadywali kury. I pola... łąki aż hen po „forty”. Ale „forty” to oddzielny temat.
Wracając na Belwederską do tajemniczego trójkąta Sułkowicka – Podchorążych – Belwederska... Rzeczywiście budynek na styku Sułkowickiej z Belwederską był obsadzony przez Rosjan. Nigdy nie wiedzieliśmy co w nim się działo. Czasami tylko jacyś oficerowie przyjeżdżali lub wyjeżdżali. Po wewnętrznej stronie ogrodzenia pilnowali uzbrojeni sowieccy żołnierze. Gdy zatrzymywaliśmy się przy ogrodzeniu przepędzali nas: „uchadi... uchadi...”. Budynek (willa?) był koloru czekolady... Dostrzegłem go na jednym ze współczesnych zdjęć i rozpoznałem. Być może że gospodarzem tego obiektu było NKWD, bo KGB to ta sama „firma” tylko z późniejszego okresu.
Co do aptek, to było ich dwie... jakie pamiętam. Jako pierwsza to apteka na Puławskiej przy pl. Unii. Druga na Belwederskiej w ostatnim domu przed skręcającą Parkową. Przed tym (obecnie zamkniętym odcinkiem Parkowej przy której znajduje się hotel rządowy) a domem z apteką stała jeszcze jedna tajemnicza budowla. Odgrodzona wysokim murem mała willa. Ciekawili nas jej mieszkańcy. Niestety nigdy nie udało się nam nikogo dostrzec.
Dla uzupełnienia panoramy ówczesnej Belwederskiej należy wspomnieć o transporcie, który w pierwszych powojennych latach odbywał się tą ulicą. Spacerową w dół do Belwederskiej (Spacerowa przebiegała trochę inna trasą) i dalej Podchorążych do Czerniakowskiej ciągnęły konne furmanki z gruzem z Mokotowa na „zwałkę” przy Bartyckiej. Byli to wynajęci przez BOS wozacy z podwarszawskich miejscowości. Było też kilku na Sielcach. M.in. na Górskiej i Sieleckiej. Transport konny był wówczas dość powszechny. Poczta miała swoje „furgony”. Podobnie piekarnie rozwoziły „furgonami” pieczywo do sklepów. Kuźnia przy belwederskiej, o której wspomniałem w innym miejscu miała pełne ręce roboty. Tylko niekiedy przejeżdżały Belwederską traktory, samochody osobowe i ciężarowe, niektóre pamiętające czasy okupacji... napędzane na „holzgas”. Taka była belwederska lat 1945-46. Pewnie pominąłem jakieś szczegóły... ale tak zawsze bywa... Very Happy
Pozdrawiam.




    Przypadkowo wpadlem na to forum, zerejestrowalem sie i wprawdzie nie jestem rodowitym warszawiakiem, ale ze wzgledu na jeszcze zyjaca moja mame (90 lat) ktora wychowywala sie w Warszawie przedwojennej chcialbym ze wzgledu na sentyment skreslic kilka slow.
    Wspomniane byly ulice Belwederska i Grottgera. Otoz mojej mamy siostry maz byl przedwojennym inzynierem i zamieszkiwali na ulicy Grottgera, lecz jak wrocili po wojnie z tulaczki, mieszkanie to bylo juz zarekwirowane przez kogos innego i po pewnych staraniach udalo im sie znalezc mieszkanie na ul Polnej gdzie jej syn z rodzina do dzis mieszka.
    Natomiast drugi brat mamy zamieszkiwal na rogu ulicy Wczasowej, ktorej nie moglem znalezc pod ta nazwa, ale dowiedzialem sie, ze zmieniono nazwe na Holowki. Jako dziecko bywalem tam razem z siostra wiele razy pod koniec lat 50-tych i pozniej, odwiedzalismy wujka, mieszkal tam samotnie, mial skonczone studia, pracowal w gazowni, w czasie okupacji wpadl w lapance i pozniej uciekl z transportu do obozu.
    W pamieci mi utkwila kapliczka, o ktorej ktos z forumowiczow wspomnial (Holowki 3) ale nie pamietam adresu wuja, ktory zreszta nie zyje od lat.
    Otoz idac od strony ul Czerniakowskiej przez taka tunelowa brame, po prawej byl jakis sklep spozywczy, szlo sie przez podworko, po prawej stronie byly jakies niskie zabudowania, z forum wyczytalem ze to byly garaze MSW, ale wtedy o tym nie wiedzialem.
    Nastepnie na narozniku Wczasowej skrecalo sie w lewo przez brame, po prawej bylo mieszkanie dozorcy, a po lewej pamietam - byla na pewno wtedy - kapliczka na pewno, ale z kim? chyba z Matka Boska....
    Nastepnie szlo sie dalej, skrecalo w prawo i jeszcze raz w prawo i szlo prosto do bramy klatki schodowej, wuj mieszkal na parterze i jego okno wychodzilo wlasnie na te wspomniane garaze MSW.
    Gdyby ktos pomogl mi w jakis sposob i pstryknal zdjecie tej kapliczki, bramy i ewntualnie podworka, bylbym bardzo wdzieczny.
    To sa wspomnienia mojej mlodosci, 30 lat w Polsce i 30 lat za oceanem.
    Sentyment. Poza tym gdzies w literaturze powstaniowej przeczytalem, ze KK Baczynski zamieszkiwal ta okolice, ale gdzie, to dokladnie nie wiem. A na tym forum znalazlem zdjecie tablicy pamiatkowej ku jego czci, wynikalo by z tego ze kompleks budynkow przy ul. Wczasowej (Holowki) powstal przed wojna (WSM ?) tego nie wiem.
    Z powazaniem, Tadek
    tedmar2811@yahoo.com
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Budrys
Aktywny ekspert
Aktywny ekspert


Dołączył: 31/01/09 13:09
Posty: 226

PostWysłany: 17/03/09 23:04    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Witaj Ted... Miło że wpadłeś na nasze forum. Very Happy Ja tylko dzielę się wspomnieniami z lat powojennych na Sielcach. Nie byłem ponad 40 lat... kupa czasu. O współczesnych Sielcach dowiaduję sie od piszących posty w różnych tematach ponieważ przebywam poza Sielcami, a nawt poza Warszawą. Myślę, że interesujące Cie zdjęcia wspomnianej kapliczki na Hołówki są mozliwe do uzyskania, ponieważ na forum już była rozmowa na ten temat. Uczestnikami forum sa również mieszkańcy Grottgera i Hołówki i z pewnością sa w stanie dostarczyć Ci aktualne zdjęcia z tych miejsc. Może zapamietałeś jakieś szczególne wydarzenia lub ciekawe miejsca w czasie swoich odwiedzin na Sielcach? napisz...
Serdecznie pozdrawiam... oraz Twoja Mamę-Sielczankę Smile życzę zdrówka.
_________________
wspomnień czar...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Jamad
Aktywny użytkownik
Aktywny użytkownik


Dołączył: 26/02/07 0:48
Posty: 71
Skąd: Prawie Sielce - 2 km od PeKiNu.

PostWysłany: 18/03/09 10:54    Temat postu: Re: Sentyment Odpowiedz z cytatem

Ted Maryniak napisał:
... W pamieci mi utkwila kapliczka, o ktorej ktos z forumowiczow wspomnial (Holowki 3) ale nie pamietam adresu wuja, ktory zreszta nie zyje od lat.
Otoz idac od strony ul Czerniakowskiej przez taka tunelowa brame, po prawej byl jakis sklep spozywczy, szlo sie przez podworko, po prawej stronie byly jakies niskie zabudowania, z forum wyczytalem ze to byly garaze MSW, ale wtedy o tym nie wiedzialem.
Nastepnie na narozniku Wczasowej skrecalo sie w lewo przez brame, po prawej bylo mieszkanie dozorcy, a po lewej pamietam - byla na pewno wtedy - kapliczka na pewno, ale z kim? chyba z Matka Boska....
Nastepnie szlo sie dalej, skrecalo w prawo i jeszcze raz w prawo i szlo prosto do bramy klatki schodowej, wuj mieszkal na parterze i jego okno wychodzilo wlasnie na te wspomniane garaze MSW.
Gdyby ktos pomogl mi w jakis sposob i pstryknal zdjecie tej kapliczki, bramy i ewntualnie podworka, bylbym bardzo wdzieczny ...

Znalazłem zdjęcie tej kapliczki w zasobach tego Forum. Opublikowała je Anastazja we wrześniu 2006 roku:


_________________
Pozdrawiam
[||==||][==||==||]
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
dlotiwl
Aktywny użytkownik
Aktywny użytkownik


Dołączył: 02/09/06 19:41
Posty: 89
Skąd: Iwicka

PostWysłany: 18/03/09 13:03    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Panie Tadku polecam ten wątek ... http://nasza-klasa.pl/school/61653/forum/18
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Sielce -> Historia Sielc Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 14, 15, 16  Następny
Strona 5 z 16

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach